BULION SZWEDZKI (I PRAWIE SZWEDZKI)

szwecja-1-638 Najpierw najnowszy kwiatek z polsko-szwedzkiej łączki. Wisła, Odra, Warta z powodu suszy i ubytku wód ostatnio raz po raz odsłaniają ukryte na dnie skarby. Najnowsze znalezisko to zatopione ongi w Wiśle cenne marmury (bodaj pięć ton!) z Pałacu Kazimierzowskiego. Szwedzi je zrabowali w 1655 roku i chcieli wywieźć barką, lecz z powodu przeciążenia zatonęła wraz z ładunkiem. Wiadomość tę usłyszałam w radiu dosłownie w pięć minut po napisaniu tekstu o szwedzko-polskim kosmosie. No czyż nie kosmos znowu?

Byłam w takim kościółku w Szwecji, specjalnie nam go pokazano podczas zwiedzania, bo i zabytek, i świadectwo czasów potopu. W prawie surowym, ascetycznym wnętrzu świątyni znajdował się jeden element zupełnie ni pricziom, kapiący barokowym przepychem, jak na urągowisko prostym drewnianym ławkom i oknom bez witraży: zrabowana w Polsce ambona.

To też element mojego szwedzkiego bulionu, choć przymierzając się do tekstu zupełnie o nim nie pamiętałam, a w każdym razie nie od niego chciałam zacząć.

Dlaczego bulionu – o tym będzie na końcu. Składniki są następujące:

  • Florek B. Pierwsza miłość mojej mamy, marynarz, który we wrześniu 39 r. na statku Żbik opuścił Polskę i po internowaniu osiadł w Szwecji i tam się ożenił, Pelunię wystawiwszy do wiatru, mimo że przez całą wojnę pisał do niej listy miłosne. Gdyby wyszła za Florka, miałabym kręcone włosy, ale wyszła za Bilinka i mam proste. 😉
  • Odeta – właściwie: Odette. Szwedzka przyjaciółka mojej mamy, wyłącznie korespondencyjna (a także moja przyszywana chrzestna). Przez niemal siedemdziesiąt lat pisały do siebie (Odeta znała język polski) listy i kartki.
  • Wycieczki do Szwecji. Nastąpiły, gdy zawiązały się kontakty między naszym powiatem, a szwedzkim regionem Jönköping, dokładniej: Lubniewicami i gminą Sävsjö (wraz z miejscowością Rörvik). Byłam na dwóch takich wycieczkach. Niezapomniane!
  • Rewizyty szwedzkich nauczycieli u nas. W trakcie jednej z nich byłam z grupką szwedzkich kolegów w Berlinie ( jako przewodnik i tłumacz, bo ja po niemiecku jako tako i oni też).
  • Znajomość z Kjellem. Uczył nas w pracowni komputerowej (nowo wówczas powstałej, dofinansowanej przez Szwedów) obsługi komputera, tej najprostszej (zresztą do dziś, jeśliby wykluczyć sprawę poruszania się po internecie, niewiele poza te podstawy wyszłam i komputer jest dla mnie głównie maszyną do pisania oraz do zrzucania i przechowywania zdjęć).
  • Samochód. Volvo nasze ukochane – obecnie 21-letnie, ale jare! Nie ma to jak solidna szwedzka motoryzacja. Kupiliśmy je (to też fajna historia, ale nie będę się rozdygresjowywać, może innym razem) 6 lat temu, w bardzo dobrym stanie. Protestanccy niewystawni Szwedzi, nawet jeśli bogacze, jeżdżą autami często starszymi niż nasze, bo po co kupować nowe, skoro stare volvo czy saab wciąż na chodzie.
  • Książki. Zwłaszcza „Muminki” szwedzkojęzycznej Tove Jansson i „Millenium” Stiega Larssona. „Muminki” z zachwytem odkryłam na studiach, potem je kupowaliśmy, mamy sporo tomów na półce. „Wiosenną piosenkę” każdego roku czytałam uczniom na powitanie wiosny. „Millenium” pochłonęłam w tempie sprinterskim i niemal gryząc palce, choć nie lubię thrillerów. Właśnie ukazała się kontynuacja pt. „Co cię nie zabije”, już nie Larssona, bo ten nie żyje. Nie wiem, czy zajrzę. Znam podobną próbę, ciąg dalszy „Przeminęło z wiatrem”, nie rzuciła mnie na kolana.
  • No i wreszcie „Dzieci z Bullerbyn”! Specjalnie zostawiłam je na koniec, bo wiąże się z nimi miłe wspomnienie o Peluni. Nazwę je:

BULION PRAWIE SZWEDZKI

dzieci„Dzieci z Bullerbyn” czytałam wiele razy i to nawet gdy byłam już w wieku nieco starszym niż wczesnopodstawówkowy. Lasse, Bosse, Olle, Anna, Britta, Lisa – do dziś pamiętam ich imiona, zabawy, przygody. Codziennie pokonywaną drogę do szkoły i z powrotem, na górkę, gdzie znajdowały się ich domy. Surową szwedzką zimę, podczas której omal nie zamarzły w śnieżnej zawiei…

W czasie polskiej, znacznie łagodniejszej i tamtego roku chyba niezbyt śnieżnej zimy, dokładnie podczas świąt Bożego Narodzenia, siedziałam w fotelu obok telewizora i czytałam książkę Astrid Lindgren. Reszta rodziny oglądała program w tiwi, a mnie się on chyba nie podobał, w każdym razie wolałam kolejny raz sięgnąć po tak lubianą powieść. Telewizor sobie grał tuż obok, ale nie słyszałam go ani nie patrzyłam na ekran, zatopiona w świecie dzieciaków ze szwedzkiej osady. Kiedy po tym zabłądzeniu w śnieżycy wróciły szczęśliwie do domu, napojono je gorącym bulionem.

Tak sugestywny był ten opis, że zachciało mi się bulionu! Pelunia się trochę zdziwiła, przecież to święta, mieliśmy w domu tyle smacznych potraw, a ja obwieszczam taką dziwną zachciankę – ale poszła do kuchni i po chwili przyniosła mi parujący kubek. Nie wiem, czyby mi się chciało odrywać od telewizora – a mama się oderwała z ochotą… W pięć minut cudów zdziałać nie mogła, bulion zrobiła z kostki bulionowej, wzbogaciła go jedynie lanymi kluseczkami. Z pewnością ten rosołek, było nie było ersatz, niewiele miał wspólnego z przepysznym, esencjonalnym bulionem podanym dzieciom z Bullerbyn, tak to sobie przynajmniej wyobrażałam.

Jednak dla mnie miał smak niezapomniany. Peluniowy prawie szwedzki bulion w środku polskiej zimy.

(3 września 2015.)

P.S. Punkt o naszym ukochanym volvo dodałam po przypomnieniu mi przez Zuzę, że jesteśmy posiadaczami owego. No jak mogłam zapomnieć, sklerotyczka jedna! Zuz, dzięki. 🙂

2 thoughts on “BULION SZWEDZKI (I PRAWIE SZWEDZKI)

  1. Podoba mi się Twój bulion, jest taki wewnętrzny.
    Mój niestety zdecydowanie bardziej skromny, ale też kontaktów było mniej. Ten ostatni odsłonił mi piękny kraj, który funkcjonuje bez reklam przydrożnych. Niestety jest też we mnie obraz Larssona, który przeraził. Ruchy neofaszystowskie silne i działające niemal jawnie. Świętujące rocznicę „nocy kryształowej”. Czytałam dzisiaj wywiad Orlińskiego z Lagercrantzem (ten od kontynuacji „Millenium”) i to, co mówi o dzisiejszej Szwecji bardzo smuci. Ciekawe, czy uda mu się, i kontynuować i wyzwolić od magii Larssona.
    A o volvo zawsze marzyłam. I na tym poprzestanę.

    • Alu, Ty niedawno uwarzyłaś bardzo ciekawy i też „wewnętrzny” bulion amerykański. 🙂

      Szwecja jest w istocie pięknym krajem, gdzie „aż kapie od porostów”, ale po lekturze „Millenium” też mi się jawi dość przerażająco.

      Już kiedyś bez zachwytu przeczytałam kontynuację „Przeminęło z wiatrem”, więc kontynuację Larssona chyba sobie daruję.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s