DAWNYCH WSPOMNIEŃ CZAR

jubileusz 035

Gienka Kurzawę znam od czasów młodości. Studiowaliśmy na tej samej uczelni, która w dawnych czasach nazywała się WSP, a dziś jest Uniwersytetem Zielonogórskim. Byliśmy też wspólnie na kilku spływach kajakowych, spotkaniach zwanych „Pieczonym baranem”, korespondowaliśmy intensywnie w okresie, gdy Gienka wywiało aż na Suwalszczyznę i tam w charakterze dziennikarza stanowił jeden z filarów „Krajobrazów”.
Wspomnień zatem miałabym niemało, lecz ograniczę się do dwu, które, mam nadzieję, spodobają się Jubilatowi.

I
O TYM, JAK EUGENIUSZA KURZAWĘ POGRZEBANO ZA ŻYCIA

Gdyby nie przypadek, pewnie nie dowiedziałabym się o tym. Telefonów komórkowych nikt przecież wtedy nie posiadał, a pojęcie Internetu tym bardziej nie było nam znane. Tak się jednak złożyło, że nasi zielonogórscy znajomi przyjechali do Lubniewic w jakichś swoich sprawach i przekazali nam tę straszną wiadomość. Po odpowiednim wstępie, żeby osłabić ewentualny szok, choć ten i tak był ogromny: Gienek Kurzawa nie żyje. Właśnie umarł. Na serce.
Taką informację przywieźli z Zielonej Góry i nie znali żadnych innych szczegółów.
Nie mogąc ochłonąć, wciąż w szoku, pomyślałam też o Lidce, żonie Gienka. Wyobrażałam sobie, jaki to dla niej musi być cios. Napisałam do niej. O tym, jak wszyscy ceniliśmy Gienka, jak nam będzie go brak… Starałam się w delikatny sposób jakoś ją pocieszyć.
Lidka docenia ten gest, tak przynajmniej twierdzi. Ja jednak wciąż mam poczucie, że wyrwałam się jak Filip z konopi. Albowiem po jakichś dwóch, trzech dniach otrzymałam list pisany ręką… Gienka! Znowu szok – pomyślałam „O Boże, jeszcze przed śmiercią zdążył do mnie napisać!”… Drżącą ręką rozerwałam kopertę, a w niej… Zaskoczenie tym razem było jeszcze większe, tyle że z radości! Gienek -wściekły, czemu trudno się dziwić – oznajmiał, że jest jak najbardziej żywy i ta historia z jego śmiercią to jakieś straszliwe nieporozumienie.
Jak to się mogło stać? Prawdopodobnie w błąd wprowadził zielonogórzan ktoś, do kogo – przez pomyłkę – wydzwaniano z redakcji „Gazety Zielonogórskiej”, gdy akurat Gienek był w trakcie przenosin na Ziemię Lubuską i miał zacząć pracować w redakcji „Gazety” (a może to była powstająca wówczas „Gazeta Nowa”? – oj, już pamięć nie ta….). I tamten ktoś, nękany telefonicznymi zapytaniami , czy jest Kurzawa, wciąż odpowiadał, że nie, aż w końcu zdenerwowany wypalił, że Kurzawa nie żyje!
Co gorsza, ta nieszczęsna plotka dotarła i do Zbąszynia (może to „Gazeta” zdobyła się na zamieszczenie nekrologu, znów nie pamiętam). I sąsiadki pospieszyły do rodziców Gienka z kondolencjami … I to już wcale nie było śmieszne.
W każdym razie bohater tej historii, pogrzebany za życia, z pewnością będzie żył jeszcze długie, długie lata w szczęściu i zdrowiu – czego Mu z całego serca życzę.

II
O TYM, JAK EUGENIUSZ KURZAWA WSTĄPIŁ NA SCENĘ

Ta historia zdarzyła się w naszych czasach studenckich, bodaj wiosną 1976 roku. Ma związek z bardzo modnym wówczas teatrem otwartym. Czy to było z okazji Bachanaliów? Czy może stanowiło jeden z elementów odbywającego się w Zielonej Górze przeglądu? Nie pamiętam…
W wypełnionej głównie studencką publicznością sali widowiskowej Wojewódzkiej Biblioteki im. Norwida zaprezentował swój spektakl teatr z WSP. Tu istotne będzie wspomnieć, że inscenizacje teatru otwartego obowiązkowo musiały posiadać takie cechy charakterystyczne, jak na przykład wbijanie noża w chleb, rozbieranie się do naga oraz całkowite zbliżenie z parterem, czyli zaleganie na deskach scenicznych. Ten właśnie ostatni chwyt wykorzystał wspomniany wyżej teatr z WSP. Odtwórca głównej roli (dziś znany działacz kulturalny miasta Gorzowa) zgodnie z owym trendem zaległ oraz wił się na scenie w potwornych mękach. Umierał niczym Cybulski w „Popiele i diamencie”.
Umieranie się przedłużało. Cierpliwość publiczności malała. Jednak nie dane nam było dowiedzieć się, „co poeta miał na myśli”. Bowiem nagle z tylnych rzędów podniosło się i pomaszerowało w stronę wykonawcy dwóch interesujących, długowłosych młodzieńców i zanim ktokolwiek zdążył się zorientować, co jest grane, wkroczyli na scenę. Chwycili za nogi i ręce nieszczęsnego artystę i pomimo jego – dość słabych zresztą – prób oporu, znieśli go ze sceny i ułożyli poza nią. Cała byłam rozdarta, bo z jednej strony akt ten stanowił świętokradczą ingerencję w dzieło, a z drugiej – czułam ulgę oraz wdzięczność dla obu panów, że skrócili artyście te męki.
Jednym z tych młodzieńców był znany mi już wcześniej Gienek Kurzawa, drugim – nieznany jeszcze osobiście Jan Stecyszyn. Obaj, zwani wówczas Karolami, byli mieszkańcami wspólnego pokoju w słynnym akademiku „Tekturowiec” (a swoją drogą, zjawisku „Tekturowiec” należy się solidna monografia – Gienek, weź się za to!). Janek został potem moim mężem (i jest nim do dziś), a Gienek był świadkiem na naszym ślubie. IMG

Jak widzisz, Gieniu, przyłożyłeś rękę do dobrej sprawy. Żyj sto lat!

Pozdrawiam Cię serdecznie – Hania

(napisane w grudniu’ 2013)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s