GDY WINNICA UMARŁA

Nie przepadam za książkami o wojnie. Sama pewnie nigdy nie wpadłabym na to, by wziąć do ręki powieść Zofii Mąkosy „Cierpkie grona” (pierwszy tom cyklu „Wendyjska winnica” – tom drugi autorka dopiero pisze). Lecz podarowano mi ją, więc wypadało zajrzeć. Wspominałam już o tym tutaj:Fanty i gronahttps://wp.me/p3waVI-1aU

Teraz przyszedł czas na lekturę.

Zwrócił moją uwagę przymiotnik „epicka”. „Epicka opowieść z czasów wojny”, jak głosi zapowiedź na okładce. Pomyślałam, że „epicki” jest może nadużyciem, że to tylko chwyt marketingowy ze strony wydawcy. Ale czy trafiony?

Na rynku wydawniczym ukazuje się masa nowych powieści, a ich autorzy (autorki, bo w większości piszą kobiety) są po różnych kursach pisarskich, bo szkoły i warsztaty pisania też się mnożą. Jako nie-absolwentka tych szkoleń, mam jedynie szczątkowe informacje na ten temat, więc może nie powinnam się mądrzyć. Wiele razy jednak spotykałam się ze stwierdzeniami w rodzaju: „Tak się dzisiaj nie pisze”, „Trzeba określić target” czy „Zbyt długie zdania”.  Sama się tu kiedyś przeciwko tym nowym „zasadom” buntowałam: https://kobietadomowa.wordpress.com/2015/11/22/pociac-jak-tasiemca/

Obszerne, długozdaniowe opisy, jak choćby te z „Nad Niemnem” czy „Pana Tadeusza”, to niestety dla wielu czytelników powód, by się zniechęcić do książki, a w najlepszym przypadku je omijać podczas lektury.

Więc nie miałam pewności, czy określenie „epicka”, kojarząc się z niezbyt kochanym kanonem lektur szkolnych, jest rzeczywiście zachętą.

A tu niespodzianka! Wydawnictwo „Książnica” dobrze wiedziało, co robi, nazywając powieść epicką. Bo ona rzeczywiście taka jest – a ja w niej utonęłam z lubością. Nic a nic nie nużą mnie długie opisy. Przeciwnie, dzięki nim przenoszę się i ja „do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych” okolic Unruhstadt (Kargowej), mam je przed oczyma jak na dłoni i spaceruję tamtędy wraz z Martą i Tilą, choć nigdy tam nie byłam. Zazdroszczę autorce tego malowania wsi (Altreben – Chwalim) zbożem rozmaitem, wyzłacania pszenicą, posrebrzania żytem, bielenia śniegiem i zajesienniania paletą barw więdnącej winnicy, październikowych drzew, zapachu ziemi, lasów na horyzoncie… Stworzenia pełnokrwistych postaci, osadzenia ich w doskonale pokazanych realiach pracowitej, pobożnej wsi w przededniu i podczas wojny, i „na tle” (tło to głównie niemiecko-polskie pogranicze w latach 1938 – 45; faszyzm, Hitlerjugend, Jungmädelbund, kult Führera – przyzwoitym dotąd ludziom zatruwają mózgi i dusze…).

Zgodnie z definicją epopei wydarzenia w powieści „rozgrywają się w przełomowym momencie dziejów, na tle ważnych wydarzeń historycznych”. Jak na prawdziwą epopeję przystało, „Cierpkie grona” mają bohatera zbiorowego i bohaterów jednostkowych. To cała wieś wraz z przyległościami i jej poszczególni mieszkańcy: Marta, Tila, Janka, Walter, Gustav, Karl… Ich losy, dylematy, wybory – jednostkowe, a przecież uniwersalne. Niczym Lipce w „Chłopach” Reymonta; to zresztą niejedyne podobieństwo do  arcydzieła Reymonta – wszak również wielkiej powieści epickiej.

Zofia Mąkosa (jesteśmy od niedawna „koleżankami z fejsbuka”) na swoim fanpage’u czasem napomyka o mężu, Tadeuszu (w książce są również podziękowania dla niego, za duchowe wsparcie i tłumaczenia z niemieckiego). Nazywa go „panem Tadeuszem”. Ona Zosia, on Tadeusz – czyż to nie jeszcze jedno epickie, jakże sympatyczne, nawiązanie do „Pana Tadeusza”?

Mamy więc już wielkie wzorce: „Nad Niemnem”, „Pana Tadeusza” i nade wszystko „Chłopów” – a ciekawe, co powiedziałaby autorka na to, że jej powieść przywodzi mi na myśl także „Niemców” Kruczkowskiego. To również dzieło z kanonu (choć autor, uznany dziś za „niesłusznego”, pewnie został skreślony z listy lektur). Tam i tu problem niemieckiej winy i pytanie, jak to możliwe, że pracowici, pobożni, uczciwi ludzie, żyjący według przykazań Biblii, mogli popierać nazizm.

W 1941 roku z uporem, oddaniem i mozołem pielęgnowana winnica, dziedzictwo po wendyjskich przodkach, po mroźnej, bezśnieżnej zimie umiera… Nic już nie będzie takie samo, zresztą już od kilku lat nie jest. W „Cierpkich gronach” doskonale widzimy, jak poczucie zagrożenia burzy dotychczasowe dobre relacje sąsiedzkie, rodzinne. Ludzkie. Jak wyzwala w ludziach cechy, o które sami by się nie podejrzewali. Wszak „tyle wiemy o sobie, ile nas sprawdzono”…

Fascynujące są też w powieści obrazki obyczajowe: surowe, proste, zgodne z zasadami i  przemijaniem pór roku życie wsi, codzienna ciężka praca, wierność tradycjom, dawne obyczaje, stroje, obrzędy. Widać, że to  nie tylko „research”; autorka, nauczycielka historii (urodziła się w Kargowej, a dzieciństwo spędziła w powieściowym, oczywiście już polskim Chwalimiu), ma naprawdę solidną wiedzę na ten temat. A peklowania mięsa, uprawy winorośli czy produkcji wina można się wręcz nauczyć z „Cierpkich gron” jak z podręcznika! Chapeau bas, autorko.

„Cierpkie grona” to debiut Zofii Mąkosy. Ale daj Boże każdemu TAKI debiut! Wczoraj, na Gali wręczenia Lubuskich Wawrzynów (w kategorii literackiej była to już 24 edycja konkursu), spośród kilkanaściorga nominowanych nagrodzono właśnie ją.

Bardzo mocno trzymałam kciuki. Gratulacje, Zosiu!

/23 lutego 2018./

Reklamy

8 komentarzy do “GDY WINNICA UMARŁA

  1. Jakże ja się cieszę, że pan K. podarował Ci moją książkę i musiałaś do niej zajrzeć. To kolejny powód do wdzięczności wobec tego poety. Rozważasz, czy słusznie powieść została obdarzona określeniem „epicka” i wspominasz przy tym, że niektórzy twierdzą, że tak się dziś nie pisze. Przyznam, że miałam tego typu wątpliwości, ale wychowałam się na podobnej literaturze i, co uchodzi za dziwactwo, lubiłam lektury, a wśród nich „Pana Tadeusza”. Nie wiem, czy mam jakiś właściwy sobie styl pisania, ale dobór słów i sposób przekazywania emocji są u mnie bardziej intuicyjne niż w pełni świadome. Na przykład dopiero przy którejś kolejnej stronie zorientowałam się, że piszę w czasie teraźniejszym. Drugi, powstający właśnie tom, jak dotąd jest zupełnie pozbawiony malowania słowami. Opowiadam o dramatycznych wydarzeniach i, znowu jakoś to samo się dzieje, zdania układają mi się inaczej. Obawiam się nawet, że taka różnica nie będzie odpowiadać czytelnikom. Wracając do ” tych pagórków leśnych …”, w powieści jest podobieństwo między epopeją Mickiewicza a tym, co chcę przekazać. Ja, tak jak Wieszcz (co za zarozumiałość!), piszę o raju, z którego jego mieszkańcy zostaną za chwilę wygnani. Jeśli chcę wywołać u czytelnika mocne poczucie straty, nie mogę opisać raju byle jak, pobieżnie, po łebkach. Raj musi być niezwykły, żeby człowiek wiedział, co traci.
    Jeśli chodzi o opisanie obyczajów i zajęć gospodarskich, a w szczególności wszystkiego, co z winnicą się wiąże, moim źródłem niewyczerpanym był Pan Tadeusz, ten mój własny. W tym sensie jest on na pewno współautorem książki. Jego pomysłem jest też to, że wszystkie tomy będzie łączył motyw winnicy i winiarstwa.
    Dziękuję Ci za wszystkie komplementy skierowane pod adresem powieści. Mam nadzieję, że dam Ci powód do równie życzliwej oceny następnych tomów.

    • A jakże ja się cieszę, że zechciałaś zostawić tu swój komentarz!
      W dodatku – jakbyś intuicyjnie wyczuła, o co chciałabym Cię zapytać na spotkaniu. Właśnie o ten czas teraźniejszy (byłam ciekawa, czy to Twój pomysł, czy może zasugerowało Ci to wydawnictwo). No i oczywiście o Panów Tadeuszów – i tego, który Cię „zawinnicował” (świetny pomysł), i tego, którego wieszczy duch wspierał Cię z góry. Inspiracja dziełem Mickiewicza od razu zwróciła moją uwagę.

      Ciekawe, co powiedzieliby na Twoje opisy ci ze szkoły „tak się dziś nie pisze”, którzy wybrzydzają się na „przymiotnikozę”. Ale jak inaczej opisać raj utracony?
      Wczoraj wieczorem, choć się bardzo starałam przedłużać przyjemność czytania, skończyłam lekturę Twojej powieści. W nocy myślałam o Marcie i Tili. Jakby dla utrwalenia tej atmosfery końca wojny i pierwszych dni powojennego chaosu zaczęłam rano czytać „1945. Wojna i pokój” Magdaleny Grzebałkowskiej. Znasz to?

      Ciekawa jestem, czy już od początku miałaś pomysł na cykl powieściowy. W ogóle – jako pisarka domowa – miałabym i inne pytania o „warsztat”. Może będzie okazja…
      Na razie wciąż jestem pod wrażeniem, że debiut może być tak udany. Zdania „same” Ci się układają – masz talent po prostu! 🙂 Ale przecież nie tylko w opisach. Historie fabularne, „dzianie się” w Twojej powieści też budzi emocje, trzyma w napięciu, niby jest przewidywalne, a potrafi zaskoczyć. Jeszcze raz Ci gratuluję. Oczywiście z niecierpliwością czekam na drugi tom. Niech Ci się znowu tak dobrze „sam napisze”.
      Kiedy ma się ukazać?
      Piszesz „następnych” – czyli? Ilutomowy ma być cykl? Ale o to Cię spytam na spotkaniu autorskim, które, mam nadzieję, dojdzie do skutku. 🙂

      • Książkę M. Grzebałkowskiej przeczytałam jako pierwszą przed przystąpieniem do pisania drugiego tomu, później „Wielką trwogę 1944 – 1947” Zaremby, a także „Polski Dziki Zachód” Halickiej. Był też Keith Lowe „Europa. Dziki Kontynent”. To literatura dająca ogólną wiedzę. Jest jeszcze sporo innych opracowań – zielonogórskich. To nie znaczy, że wszystko się znajdzie w powieści, po prostu chcę wiedzieć, w jakich czasach żyją moi bohaterowie.
        Pomysłu na cykl nie miałam. To propozycja wydawnictwa, które uznało, że warto to kontynuować. „Wendyjska winnica” jest planowana na trzy tomy.
        Jeśli masz ochotę i wytrzymasz słuchanie mego zachrypniętego głosu, polecam https://www.youtube.com/results?search_query=zofia+m%C4%85kosa
        Drugi tom miał się ukazać w maju tego roku, ale obowiązki rodzinne i bycie celebrytką mocno mi utrudniają wywiązanie się z tego terminu. Może to będzie jesień.

      • Liczyłam na maj, ale trudno, poczekam do jesieni.
        Na rozmowę z Tobą Anny Dziewitt Meller już gdzieś trafiłam, ale wtedy z braku czasu słuchałam po łebkach, dzięki za przypomnienie. Przy okazji, celebrytko 😉 widzę Cię na youtube w jeszcze innych filmikach, w tym z naszym wspólnym znajomym. Będę miała dłuższy seans. 😉

        U Grzebałkowskiej przeczytałam właśnie historię rodziny Wernera Henseleita, wcześniej – wzmiankę o Nemmersdorf. TAK BYŁO…

        Reszta pytań – na spotkaniu, NA KTÓRE JUŻ SIĘ CIESZĘ. ❤

        PS – Czy Ty i Pan Tadeusz macie może winnicę? Bo my mamy "winniczkę" (kilkanaście krzewów winorośli przerobowej na skarpie przy domu), ale wychodzą nam głównie gnioty winiarskie, kwasiury (nie mylić z winem wytrawnym, na które krzywiła się Franka!) albo słodziury…

  2. Nie mamy winniczki, jedynie kilka krzewów winorośli. Wino robiliśmy kiedyś, ale zrezygnowaliśmy, bo podobnie jak wy, wytwarzaliśmy kwasiury albo słodziury, które potem zalegały w piwniczce.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s