GDZIE JESTEŚ, MAŁY KSIĄŻĘ?

Mały Książę2 „Gdzie jesteś, Mały Książę, gdzie odszedłeś z mej książeczki kart?”, zapytywała ongi Kasia Sobczyk z zespołem Czerwono – Czarni”. https://www.youtube.com/watch?v=I0qtq3UuAMA

Wszystko w tekście Krzysztofa Dzikowskiego (muzykę skomponował późniejszy „Trubadur”, Ryszard Poznakowski) było z ducha książki, z wyjątkiem lisa – nie lis radził Księciu, by nie wierzył oczom i patrzył sercem. Wiatr mu radził. Widać autorowi wiatr bardziej pasował do rymu. Tak czy siak, piosenka stała się hitem i podobno gdy Kasia Sobczyk zaczynała swoje parlando, zawsze ktoś z widowni wołał „Tu jestem!”.

Mały Książę nie odszedł z mej książeczki kart, tylko jak najbardziej fizycznie odszedł z mej biblioteczki półek! Miałam egzemplarz wydany pod koniec lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Kiedy? Gdzie? mi go wcięło?! Przeryję wszystkie półki raz jeszcze, wszystkie zakamarki, może znajdę. Na szczęście mamy w domu „Małego Księcia” z roku 1976, którego mój mąż wniósł ” w posagu”. Oczywiście w przekładzie Jana Szwykowskiego.

Kiedy chodziłam do podstawówki, z biblioteki szkolnej wolno było korzystać dopiero od drugiej klasy. Pierwszaczki wszak najpierw musiały się nauczyć czytać. Ale ja, nie pamiętam już, jak to się stało, z biblioteką zaprzyjaźniłam się już jako pierwszak, pod koniec roku szkolnego.
Książka, którą wypożyczyła mi bibliotekarka, pani Dorota, była jakąś wierszowaną historyjką, z tłumem ilustracji i niewielką ilością tekstu, przeczytałam ją już w drodze ze szkoły. W domu szybko wpisałam książkę do dzienniczka lektur, bo taki należało prowadzić, walnęłam nawet jakiś rysunek, a że ze Słowackiego do „Jedynki” miałam dość blisko, poleciałam wypożyczyć następną. Bibliotekarka trochę się zdziwiła, ale dała mi książkę – i historia się powtórzyła, nim doszłam do domu, znów było po lekturze. A w domu obiad – i nie miałam już możliwości jeszcze jednej wizyty w bibliotece.
Poszłam tam nazajutrz. Po kolejnej historii z szybkim czytaniem i powrotem po następną książkę pani Dorota powzięła podejrzenie, że ja w ogóle ich nie czytam i zaczęła mnie odpytywać z treści. Dopiero wtedy uwierzyła, że nie oszukuję z tym dzienniczkiem i z czytaniem.

Kiedy byłam w piątej klasie, podsunęła mi „Małego Księcia”. Może uważała mnie za dojrzalszą i głębszą czytelniczkę, niż w istocie byłam? Gdy oddawałam książkę, spytała, czy mi się podobała. Nie chcąc sprawić jej przykrości, powiedziałam bez przekonania, że tak, choć – czego już nie wyartykułowałam – nie bardzo rozumiałam, dlaczego w piątej klasie mam czytać baśnie. W drugiej, trzeciej, owszem, ale jako dwunastolatka? Bo ja tak tylko, „po wierzchu”, wówczas „Małego Księcia” odczytałam. Jak ładną baśń. To nie był TEN moment dla zbyt smarkatej czytelniczki. Coś w oczach pani Doroty, a może jakieś jej słowa, nie pamiętam dokładnie, kazały mi po paru latach, jako już ósmoklasistce, samej poprosić o ponowne wypożyczenie „Małego Księcia”.
Wówczas nastąpił TEN moment doroślejszego odczytania książki. Ale nie pamiętam już, czy wróciłyśmy do rozmowy na ten temat.

Kiedy zaczęłam pierwszą klasę liceum, „Mały Książę” stał się moją własnością. To pamiętam doskonale. W Poznaniu na rogu ulicy Kanałowej i Małeckiego znajdowała się wtedy mała księgarenka. Na wystawie dostrzegłam „Małego Księcia”, wróciłam do babci, u której wtedy byłam z wizytą – mieszkała w sąsiedniej bramie – poprosiłam o pieniądze i szybko pobiegłam do sklepu. Obsługujący mnie ekspedient powiedział, jak bardzo się cieszy, że kupuję właśnie tę książkę. Pewnie też był fanem „Małego Księcia”.
To była przez wiele lat moja ukochana książka, nadal zajmuje wysoką pozycję na moim topie. Pozaznaczałam w niej wszystkie złote myśli, większość z nich i w ogóle mnóstwo fragmentów znałam na pamięć. Recytowałam fragmenty „Małego Księcia” na wojewódzkim konkursie recytatorskim. Zajęłam trzecie miejsce, więc chyba się spodobało, a może nawet wzruszyło moje „Mały przyjacielu, bałeś się…” i „pięćset milionów dzwoneczków”. Do dziś i mnie wzrusza ta scena pożegnania. To było w czwartej klasie liceum (czemuż, ach, czemuż nie odważyłam się wtedy zdawać do szkoły teatralnej, tylko zostałam belferką? 😉 ). Krótko potem poznałam dziewczynę, która miała kilkanaście egzemplarzy „Małego Księcia”, każdy z nich w innym języku, i wciąż powiększała swój zbiór. Mieszkała w Warszawie, pewnie miała możliwość podróżowania po świecie (a może kupowania w Pewexie za dolary?) – Internet i Allegro przecież wtedy nie istniały.
Starałam się moich uczniów zarazić miłością do „Małego Księcia”. Choć trochę się przy okazji zżymałam, że opowiadają mi nie o żmii, a o wężu. Albo o Biznesmenie, a nie o Bankierze. Tak, to te nowe przekłady „Małego Księcia” – a moim ulubionym pozostanie na zawsze tłumaczenie Jana Szwykowskiego.
Chociaż jego przekład bynajmniej nie był pierwszy. Pierwszego na język polski dokonała w roku 1947 Maria Malicka, książkę wydała Spółdzielnia Wydawnicza „Płomienie”. Od tamtej pory „Mały Książę” miał w Polsce ogromną ilość wydań i wznowień, kilkanaście przekładów, sporo wersji audiobukowych, a także inscenizacji teatralnych. A na całym świecie! Przetłumaczono go na sto siedemdziesiąt języków, sprzedano kilkadziesiąt milionów egzemplarzy. Zrealizowano też film (nie widziałam go): film

Autor „Małego Księcia” nie doczekał tej sławy.

saint_exupery

Książka ukazała się w 1943 roku, ledwie rok później Antoine Marie Jean-Baptiste Roger de Saint-Exupéry (tak brzmiało jego pełne, arystokratyczne nazwisko), jako pilot woskowy, został zestrzelony przez niemieckiego myśliwca nad Morzem Śródziemnym (pod koniec XX wieku odnaleziono w morzu w pobliżu Marsylii bransoletkę należącą do pisarza, potem zidentyfikowano szczątki jego samolotu).

Róża – ukochana Małego Księcia – była jego żoną. Lis to podobno także kobieta, „ta druga”, czy nawet jedna z wielu w życiu autora.
Może tak, może nie. Historia złotowłosego chłopca z gwiazd na zawsze pozostanie jedną z najpiękniejszych opowieści o przyjaźni i miłości. I o odpowiedzialności. Bo przecież „stajesz się odpowiedzialny na zawsze za to, co oswoiłeś” i Mały Książę, jak wyśpiewywała Kasia Sobczyk, „wrócił znów do róży swej”…

Gdzie jesteś, „Mały Książę”? Gdzie odszedłeś z mej biblioteczki półek? Na razie odnalazłam jedynie zmiętą, pożółkłą ze starości papierową obwolutę.

/21 kwietnia 2016/

Reklamy

2 thoughts on “GDZIE JESTEŚ, MAŁY KSIĄŻĘ?

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s