HAGGIS VEL MACIUKI

Ugotowałam w łupinkach trzy ziemniaki, obrałam, podzieliłam wzdłuż na połówki, podpiekłam w piekarniku z ziołami, na to – farsz haggisowy (z puszki), wcześniej ciut podgrzany w garnku, i plasterki pomidora i pieczarek. To wszystko podpieczone i wyłożone na rukolę z plastrem pomidora, kapniętą kroplą sosu balsamicznego i oliwy. Haggis w wersji lubniewickiej.

W restauracji szkockiej jadłam haggis podany w trochę podobny sposób, zaś wzmiankowaną powyżej puszkę z haggisem dostałam w prezencie od Zuzy tuż przed powrotem do PL. Na lotnisku w Liverpool wynikły zresztą z jej powodu pewne perturbacje, bo nie wiedziałam, że powinnam ją wyjąć z walizki i pokazać celnikowi. Więc kiedy kontrolerom coś musiało w moim bagażu zapikać, walizkę odesłano na bok i inna pracownica specjalną maszynką zaczęła ją prześwietlać. Po czym wyjęła puszkę i jakoś mało przekonały ją napisy i ja (po angielsku!), co jest zawartością puszki. Potrząsała nią, przykładała do ucha, czy tam nie tyka jakaś bomba, którą chciałam przemycić na pokład samolotu, poszła w końcu się skonsultować z inną panią, która wykonała podobne czynności – i w końcu postanowiły mi puszkę zwrócić, uwierzywszy, że jej zawartość jest zgodna z etykietą.

Słynne narodowe danie Szkotów nie jest jedynym na świecie wykorzystywaniem w celach spożywczych baranich żołądków i podrobów. Zresztą nie tylko baranich. W Niemczech np. przysmakiem jest wieprzowy żołądek gotowany z farszem z ziemniaków, mięsa, cebuli i przypraw. Podobno było to ulubione danie kanclerza Kohla. A w rodzinie K. (już nieżyjący sołtys Sienna, ojciec naszej koleżanki Tereni) uwielbiano faszerowane baranie żołądki zwane maciukami.

Tu na „tematy baranie” muszę się trochę rozwinąć. Jako dziecko bardzo lubiłam baraninę. Mama przygotowywała ją w postaci odpowiednio zabejcowanej, mocno naczosnkowanej „kulki”. Przepyszne w smaku szaszłyki baranie robił też w swojej lubniewickiej budce niejaki „Jugol” we wczesnych latach polskiego kapitalizmu po roku 1989. Lubiliśmy tam czasem zjeść obiad z dziećmi – w postaci tych szaszłyków, grillowanej kiełbaski albo bałkańskich pikantnych cievapcici. Wcześniej zaś, gdy jeszcze nie mieliśmy dzieci, w tymże Siennie, gdzie mieszkała Terenia, jadłam barana z rusztu.

Terenia była z moim mężem na jednym roku i to ona przyłożyła rękę do naszego ślubu w Ośnie i brydżowego przyjęcia poślubnego u jej rodziców w Siennie, o czym pisałam tu: https://kobietadomowa.wordpress.com/codziennie-choc-jedno-zdanie/strasznie-sie-ciesze-w-czterdziestu-odslonach/
W dowód wdzięczności, kiedy po uroczystości absolutorium mieliśmy wraz z rodziną uczcić Jankowe ukończenie studiów obiadem w restauracji, rodzice wymyślili, by na ten obiad zaprosić też Teresę z rodzicami. Zwłaszcza rodzice Janka byli im wdzięczni, że za ich przyczyną my już nie żyjemy w grzechu. Państwo K. z zaproszenia skorzystali, a niedługo potem pan K. też postanowił się odwdzięczyć – zaproszeniem przyjaciół Tereni do Sienna na pieczonego barana. Tym sposobem spora banda młodych ludzi zjawiła się nad małym jeziorkiem w Siennie i jedną czy dwie noce przekoczowała w namiotach. Wcześniej zaś Janek z jednym kolegą przyjechali tam, by pomóc panu K. w bejcowaniu barana. Dokładnie – była to połówka zwierzęcia, macerująca się w specjalnej zaprawie i pookrywana liśćmi chrzanu, chroniącymi przed muchami i zepsuciem w upale. Leżała w piwnicy, czekając na pieczenie, i Janek pokazywał mi to przez piwniczne okienko. To wtedy Terenia przekazała nam (a może to był sam sołtys K.?) opowieść o maciukach – faszerowanych odpowiednio przyprawionymi podrobami błonach z baraniego żołądka, zawiniętych z tym farszem w kulki i upieczonych. Cała rodzina K. kochała ten przysmak.

Nigdy nie jadłam maciuków, zwanych też maciejami. Ale z białoruska brzmiące maciuki stosowano częściej – rodzina K. po wojnie przesiedlona została do Polski z majątku na terenie obecnej Białorusi (Maciuki to też jest nazwa wsi w obwodzie grodzieńskim). Zaś z tym baranem z rożna sprawa przedstawiała się tak, że głównie siedzieliśmy przy ognisku, śpiewaliśmy piosenki i piliśmy alkohol, a baran, spory kawał mięcha raz po raz obracanego na rożnie, piekł się i piekł, i wciąż nie mógł dopiec. W końcu, gdy już środek nocy niejednego imprezowicza przymuszał do udania się na spoczynek, mniej wytrwali zaczęli odcinać wierzchnie kawałki, acz jeszcze nie całkiem dopieczone. Dopiero ci najwytrwalsi, nad ranem, posmakowali tego, czym prawdziwy baran z rożna być powinien. Do następnego dnia zostały nad wygasłym ogniskiem resztki mięsa przy kościach, z lekka już wystygłe, ale też nam smakowały.

Haggis w Szkocji bardzo mi smakował. Ten, który niedawno wydałam na obiad, też bardzo. Jankowi niestety mniej – umówmy się, że to dlatego, że Janek nie lubi rukoli. 😉

/6 GRUDNIA 2018/

Reklamy

4 komentarze do “HAGGIS VEL MACIUKI

  1. Podzielam Twoją opinię, że haggis są bombowe, i to w każdej postaci. 😉
    Janek lubiący Szkotów powinien się do tej opinii niezwłocznie dołączyć! 😉
    Ale przecież on nie lubi mnie, racja…
    😀

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.