HANNA NOMINOWANNA

Czwartek, 27 lutego 2020, godz. 13 z minutami. Łykam łyżkę nerwosolu. Biorę z sobą na wszelki wypadek saszetkę melisy. Zaparzę sobie w Zielonej Górze. Pakuję kieckę do auta. Ruszamy.

Kieckę kupiłam kilka dni temu w sklepie miejscowym. Wydawało mi się, że wiśniowa, choć może trochę fuksja. Jeśli wierzyć metce, włoska, lecz szyta chyba małymi chińskimi rączkami. Ciągnie się tu i ówdzie, ale może jestem przewrażliwiona, ważne, że do twarzy mi w tym kolorze. Na szyję przymierzałam wcześniej różne wisiory, najlepsze są korale od Zuzy. Do sukienki, po konsultacjach z mężem i z tąż Zuzanną, zamiast planowanych wcześniej pańciowych pantofelków – buty glanopodobne. Całkiem zgrabny zestaw.
Te buty mają już z piętnaście lat, ale przecież dobre buty są wieczne. Mama mi je zasponsorowała. Będzie to mój talizman Peluniowy na gali. I złoty pierścionek, który kiedyś od niej dostałam i którego, tak jak obrączki ślubnej, nigdy nie zdejmuję z palca.

W Zielonej Górze, szczęśliwie unikając miejskich korków, jesteśmy o godz. 15. Kilka miłych godzin spędzamy z Młodymi i naszą rozkoszną śliczną wnuczką. Potem syn zawozi nas do biblioteki na galę. Miejsce na sali załatwiła mu znajoma. Ja o miejsce dla męża wcześniej musiałam się dopominać, bo przewidywano przybycie różnych pozapraszanych tuzów – widać ktoś nie dopisał (Gienek K. pisał mi wprawdzie, że w telebimowni obok jest weselej i on tam zamierza spędzić wieczór, jednak wolę wariant „poważny”). Z wypicia melisy rezygnuję – powstrzymała mnie wizja zbyt częstego latania do toalety. Wystarczy mi kłopot z łzotokiem, o czym za chwilę.

W Wojewódzkiej i Miejskiej Bibliotece Publicznej im. Norwida po raz ostatni byłam w czasach studenckich, wtedy zresztą obiekt dopiero startował, ledwo co oddany do użytku. W progu wita przybywających dyrektor dr Andrzej Buck, nasz znajomy ze studiów, oraz witamy się z właśnie przybyłymi Mąkosami. Idę z Zosią do wc, potem wkraczamy już na salę.

Sala, wcześniej Dębowa, od niedawna im. Janusza Koniusza, powoli się zapełnia, jak to mówią, po brzegi, i rozpoczyna się gala. Dyrektor wita rozlicznych gości i członków Kapituł Wawrzynów Literackiego, Dziennikarskiego i Naukowego, wśród witanych jeden z najznamienitszych to prof. Jerzy Bralczyk. Poprzedniego dnia w WiMBP odbyło się Dyktando Ortograficzne (druga edycja) i spotkanie z profesorem, a nagrodami były jego książki (żałuję, że nie wiedziałam i ominęła mnie okazja spotkania z panem Bralczykiem, a może i wejścia w posiadanie jego książek – ale być może regulamin zabrania udziału w dyktandzie polonistom, nie wiem).

Po przydługim wystąpieniu dyrektora Bucka (stojącemu przez cały czas obok dyrektorowi Sławomirowi Szenwaldowi, dyrektorowi WiMBP im. Herberta w Gorzowie, pozostaje jedynie stwierdzić, że jego poprzednik powiedział już wszystko) prowadzenie imprezy biorą w swoje ręce – i mikrofony – fachowcy, dwoje dziennikarzy z Radia Zachód. I gala wreszcie rusza z kopyta.

Od początku gdy znalazłam się na tej sali, zaposiadłam łzotok. Bynajmniej nie z emocji. Już w drodze do Zielonej Góry i potem w mieszkaniu Młodych czułam, że lewe oko mi łzawi. Teraz zintensyfikowało łzawienie i dołączyło do niego oko prawe. W końcu łzy okapują mi już fuksjową sukienkę i muszę wyjąć chusteczkę, by je ocierać, starając się jednocześnie nie rozmazać tuszu na rzęsach. Być może to on, nowy, świeżo otwarty, stanowi przyczynę – dowiem się w przypadku ponownego użycia, co jak przypuszczam, nie nastąpi zbyt szybko.

Jako pierwszy zapowiedziano finał Wawrzynów Literackich i wyczytano trójkę nominowanych w kategorii proza, rzucając jednocześnie na ścianę zdjęcia okładek ich książek. W kolejności alfabetycznej: Hanna Bilińska – Stecyszyn „Pelunia” (i portret mojej mamy na ścianie biblioteki! – Peluniu, czy Ty dasz wiarę?), Marek Krukowski „Jamimoje” i Zofia Mąkosa „Winne miasto”. Przewodnicząca Kapituły odczytuje po kilka zdań na temat każdej z książek i dopiero wtedy dociera do mnie, że to JUŻ nominacja! Czyli szczebel tuż pod szczytem. A na szczycie – zwycięskie „Winne miasto”. Pani profesor czyta laudację, a Zosia pięknie i dowcipnie dziękuje. Potem proszą na scenę pozostałych nominowanych, otrzymujemy dyplomy, kwiaty, torby z książkami, cykają nam zdjęcia i cieszymy się.

Następują, oprawione występami śpiewającego bibliotekarza z Dąbia Lubuskiego, kolejne części gali – pozostałe wyróżnienia LWL w kategorii proza, potem finaliści w kategorii poezja, wreszcie zdobywcy laurów i wyróżnień Wawrzynów Naukowego i Dziennikarskiego. I na finał wszyscy pozujemy na scenie do wspólnego zdjęcia.
Staram się pamiętać, by się nie garbić i nie robić min oraz nie składać dłoni jak do modlitwy. Ale i tak parę razy złożyłam. Zaś wchodząc na scenę za pierwszym razem, kucnęłam, mijając mikrofon stojący między panią prowadzącą a mną, jakbym nie mogła sobie znaleźć innej drogi! A następnie się potknęłam, na szczęście lekko. Takam niezguła! Zdjęć po imprezie jest masa na stronach internetowych LWL i WiMBP, w Gazecie Lubuskiej i gdzie tam jeszcze, a Radio Indeks transmitowało całą galę na żywo, co obejrzałam już po powrocie do domu, stwierdzając ponownie, że mi dobrze w wiśniowo-malinowo-fuksjowym, a buty były strzałem w dziesiątkę.

Po części oficjalnej odbywa się bankiet. W drodze nań witam się w telebimowni z Kurzawą, rozrywanym przez liczne obowiązki służbowo – towarzyskie. Aż zapomniał, że ma dla mnie najnowszy numer „Inspiracji”! A wszak posiadam w nich już stały kącik. No trudno, dumą felietonistki będę się sycić później, na razie rozpiera mnie szczęście nominatki.
Na bankiecie szum, uczestników tłum spleciony gęsto, syn i mąż mnie ściskają i obfotografowują, grupki towarzyskie konwersują, się radują, konsumują. Na stołach mięsiwa, wina i owoce oraz ogromny, pięknie udekorowany tort z napisem „Lubuskie Wawrzyny 2019”. Bardzo smaczny, jednak przełykam tylko dwa kęsy, tocząc rozmowę z panią Ewą K. (ale przeszłyśmy na ty), poznaną niedawno na FB (gdy napisała do mnie, że jej się bardzo podobała „Pelunia”). Z Ewą i jej mężem, jak się okazało, łączą nas, Stecyszynów, Pustkowo i Kazimierz Dolny!

W trakcie rozmowy podchodzi do mnie wysoki pan, przedstawia się, że jest Madejski, i rozbłyskuje mi w mózgu, że to jeden z członków Kapituły LWL. Profesor Uniwersytetu Szczecińskiego. Wysłuchuję, co ma mi do powiedzenia (słuchają też syn i mąż), i puchnę z dumy i szczęścia. Masa pochwał. Kompozycja. Że doskonale, iż nie tak jak w typowych biografiach. Motyw dłoni (dostrzegł go nawet w rozdziale „Krawcowa”, wszak dłonie służą i do szycia). Dobry język. Zgrabnie powiązane Poznań, Gubin i Lubniewice. Ciekawe wątki zagraniczne. Konstrukcja. Ilustracje w postaci rękopisów. Książka ładna edytorsko. I jeszcze jakieś pozytywy, ale z nadmiaru emocji moja pamięć już tego nie jest w stanie rejestrować (Kurzawa potem żartował, że należało powiedzieć „Proszę mi to dać na piśmie”).

A propos Eugeniusza K. Profesor zapytywał mnie też o rolę pana Kurzawy. Bo chyba mu się w głowie nie mieściło, że amatorka-debiutantka mogła sama napisać taką książkę (ba, nawet u niego w Gryfinie czy gdzieś tam mogłabym jako ten wzorzec z Sevre poprowadzić na UTW warsztaty pisania biografii – mam nadzieje, że nie będzie o tym pamiętał!!!). I chyba trudno mu było uwierzyć, że E.K. mnie „tylko” przeprowadził przez proces wydawniczy oraz jego zasługą są „światła” w „Peluni” i zdjęcia rękopisów. Nie wiem, czy go przekonałam, że to serce mi tę książkę podyktowało i natchnienie Pelunine z góry. No, może talent? (czego już nie śmiałam powiedzieć). Ci profesorowie literaturoznawcy mają swoje teorie na temat pisania książek i jeśli coś im nie pasuje do kanonu, to mogą podejrzewać np. udział osób trzecich. Albo nie uwierzyć, że ktoś po prostu siada i bez żadnego planu-konspektu samo mu się pisze.

Wyczułam też z wypowiedzi pana M., że on moją książkę widział w roli laureatki. Bez przesady! Ja i tak jestem ogromnie szczęśliwa, a jak mi napisała Zuzanna: „Zwycięstwo Zosi było do przewidzenia i parafrazując wypowiedź pooskarową twórców «Bożego Ciała»: «Przegrać z takim przeciwnikiem to jak wygrać!»”. Ja się bardzo cieszę z Wawrzynu dla Zofii, bo choć ona sama nie wierzyła, że zwycięży, to jednak rację ma prof. Mikołajczak i ją uargumentowała w laudacji swej.

Kol. E.K. przesłał mi też opinię twórcy składu i ostatecznego kształtu wizualnego „Peluni”, Kazimierza Sobeckiego. Przytaczam, gdyż ona też podniosła mi ego: „Przekaż (przy najbliższej sposobności) moje gratulacje Autorce – podzielam większość entuzjastycznych opinii o jej stylu i języku opisu. Zasłużyła sobie, moim zdaniem (jam nie krytyk ani wytrawny czytelnik ostatnimi laty – ale język czuję i doceniam).”
Autorka dziękuje z całego serca, a ponieważ w trakcie procesu wydawniczego E.K. nie dopuszczał mnie do bezpośrednich kontaktów mailowych z Kazimierzem S., dbając o jego spokój i zdrowie, będzie i tym razem musiał być pośrednikiem w przekazaniu moich podziękowań.

Bardzo mnie cieszą takie opinie, jednak dobrze, że wygrała Zosia, nie ja, bo musiałabym przemówić, a: 1. jestem emocjonalna i jeszcze bym coś palnęła, 2. mam dziecinny głosik przez mikrofon i na pewno z tremy zapomniałabym o obniżaniu głosu, 3. jestem zezowata i jakby to wyglądało na zbliżeniach, 4. w dodatku przez to uczulenie oczy miałam królicze, więc jakbym z takimi oczami i czerwonym nosem udzielała wywiadów przed kamerami?! (Zosię dorwali, ledwo wyszła na korytarz).

Ponieważ wygrało „Winne miasto” (moja recenzja tu: https://kobietadomowa.wordpress.com/codziennie-choc-jedno-zdanie/miasto-win/), jeszcze parę zdań o winie. To z winnicy „Julia” towarzyszyło już spotkaniu promocyjnemu z książką Zofii w Muzeum Lubuskim i tam bodaj po raz pierwszy miałam okazję tego wina skosztować. Bardzo mi smakowało, najpierw czerwone, potem białe. Ja do Zielonej Góry na spotkanie z Młodymi też teraz przywiozłam butelkę wina, australijskiego. Ale gdy tuż przed wyjściem z bankietu galowego wypiłam mały (stanowczo za mały!) kieliszek wina z „Julii”, to później australijskie nie smakowało mi wcale (choć bynajmniej nie z dolnej półki!). Cieszę się, że tak się odrodziło winiarstwo lubuskie.
Cieszyłam się też bardzo tym wieczorem rodzinnym. A gdy Iga została już położona do łóżeczka na noc, pożegnaliśmy się i – do następnego spotkania!

To był piękny dzień.

Przy okazji zamieszczam jeszcze link z recenzją „Peluni” (ukazała się na blogu autorki K. Tomczyk i w MPK nr 5):https://zielonebutelki.wordpress.com/2020/02/21/dlonie-mojej-matki/?fbclid=IwAR1AOI1hyF6kA6kUFQfra88WAF_Hin2UU2gK6BG5CfKnvl6a46_jWzlJG4o

03.03.2020.

2 komentarze do “HANNA NOMINOWANNA

  1. Zaczynając od końca – spróbowałoby się chętnie winka z „Julii”. Przymawiam się czule. 😀

    Gratuluję nie tylko wygranej, Droga Nominantko, ale również ciepłych słów, przychylnych komentarzy, propozycji poprowadzenia warsztatów (!!! warsztaty pisania biografii – co to takiego? że też w Pasji Pisania dotąd na to nie wpadli!!!). Coś czuję, że to jeszcze nie koniec Twojego fruwania na skrzydłach talentu.

    A co do samej gali – Zuza to, Zuza tamto, i taż sama Zuza zawiniła z tuszem. Powiedz prawdę! Tusz z Poznania? Nigdy go nie użyłaś przez ostatnie dwa lata? Masz na niego alergię! 😦 Szkoda, przykro mi, przepraszam. Ale cieszę się, że nie zdołał zepsuć Ci radości.

    Ściskam serdecznie! ❤

    • Zaczynając od końca – TO NIE BYŁ TUSZ Z POZNANIA!!! Uprzejmie proszę nie obwiniać się o niezawinione, Zuzo to, Zuzo tamto i taż sama Zuzo. ❤
      Te warsztaty to dla UTW. Już takie Zofii i mnie wymyślił kol. Kurzawa. Usatysfakcjonowanam. 🙂
      Całuski!
      PS – Wino z „Julii” z dziką rozkoszą, tylko przybądź wreszcie!

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.