INNEGO KOŃCA ŚWIATA NIE BĘDZIE?

Bomba wybuchnie w barze trzynasta dwadzieścia.
Teraz mamy dopiero trzynastą szesnaście.
Niektórzy zdążą jeszcze wejść.
Niektórzy wyjść.

Terrorysta już przeszedł na drugą stronę ulicy.
Ta odległość go chroni od wszelkiego złego,
no i widok jak w kinie:

Kobieta w żółtej kurtce, ona wchodzi.
Mężczyzna w ciemnych okularach, on wychodzi.
Chłopaki w dżinsach, oni rozmawiają.
Trzynasta siedemnaście i cztery sekundy.
Ten niższy to ma szczęście i wsiada na skuter,
a ten wyższy to wchodzi.

Trzynasta siedemnaście i czterdzieści sekund.
Dziewczyna, ona idzie z zieloną wstążką we włosach.
Tylko że ten autobus nagle ją zasłania.

Trzynasta osiemnaście.
Już nie ma dziewczyny.
Czy była taka głupia i weszła, czy nie,
to się zobaczy, jak będą wynosić.

Trzynasta dziewiętnaście.
Nikt jakoś nie wchodzi.
Za to jeszcze wychodzi jeden gruby łysy.
Ale tak, jakby szukał czegoś po kieszeniach i
o trzynastej dwadzieścia bez dziesięciu sekund
wraca po te swoje marne rękawiczki.

Jest trzynasta dwadzieścia.
Czas, jak on się wlecze.
Już chyba teraz.
Jeszcze nie teraz.
Tak, teraz.
Bomba, ona wybucha. / Terrorysta, on patrzy/

W Paryżu roku 2015 wybuchy miały miejsce w późny piątkowy wieczór. Wielu ludzi nie zdążyło już wyjść. Wielu straciło życie. Jak wcześniej w Nowym Jorku, Londynie, Tunisie, Bejrucie i innych miejscach naszego globu.
Wiersz Terrorysta, on patrzy napisała Wisława Szymborska (1923 – 2012), jedna z czwórki polskich laureatów Literackiej Nagrody Nobla (nagrodę tę otrzymała w 1996 roku).
Czy utwory polskich noblistów, powstałe przed ponad stu, a w najlepszym wypadku przed kilkudziesięciu laty, mówią coś i o nas? O ludziach i zjawiskach drugiej dekady XXI wieku? Czy literatura ma jeszcze siłę zdolną powstrzymać dziko rozpędzony świat?

Terrorysta, on patrzy to utwór z roku 1976. Terroryzm, po wydarzeniach w Monachium w 1972 roku, nie wydawał się już wówczas zjawiskiem incydentalnym i oddalonym od Europy, lecz dopiero po trzydziestu latach stał się aktem prawdziwej zagłady. Bohater wiersza Szymborskiej, choć okrutny i cyniczny, mimo wszystko jest jeszcze człowiekiem. Wprawdzie nie odciągnie dziewczyny od miejsca, w którym wybuchnie bomba, lecz przynajmniej zauważy zieloną wstążkę w jej włosach. Ten, który wbija się w wieże WTC w Nowym Jorku, jest już tylko zdalnie sterowaną, wypranomózgą maszyną do zabijania. Napisana w 2002 roku Fotografia z 11 września, pozornie beznamiętny zapis wydarzeń, fotografia „uchwyconych w kadrze” ofiar zamachu, upamiętnia ostatnie sekundy istnień, które jeszcze przed chwilą żyły pełnią życia. Tylko dwie rzeczy mogę dla nich zrobić – pisze poetka w zakończeniu wiersza – opisać ten lot/i nie dodawać ostatniego zdania.

Ostatnie zdanie, jak dowiodły wydarzenia sprzed kilku dni, jeszcze nie zostało postawione. Jak będzie brzmiało? Czy dla nas, ludzi dzisiejszych, ma jeszcze jakieś znaczenie na przykład pytanie „Quo vadis”? Człowieku, dokąd zmierzasz? Zadał je już Henryk Sienkiewicz (1846 – 1916), kolejny z wielkiej czwórki polskich noblistów, tytułując tak swą powieść. W powszechnym mniemaniu to za nią otrzymał w 1905 roku Noblowski laur, choć w istocie werdykt brzmiał bardziej ogólnie – za „wybitne osiągnięcia w literaturze epickiej”. Ten, który w czasie zaborów swą Trylogią czy Krzyżakami wzmacniał ducha narodowego Polaków, wyznaczył światu – bo nie tylko swoim rodakom – jedyny kierunek: przemoc pokonać może idea moralna. W Quo vadis jest nią chrześcijaństwo, które zatriumfuje na gruzach rozpasanego Rzymu.
W przeciągu wieków podstawy świata chrześcijańskiego zatrzęsły się już wiele razy. Dziś szczególnie. Katolicyzm, zwłaszcza w Polsce, ale i w innych miejscach Europy, boi się konfrontacji z wiarą uchodźców. Który „izm” zwycięży? I czy – w razie najgorszego – znajdzie się Ursus, który ocali skarbnicę naszych wartości, jak ocalił Ligię w Quo vadis? Czy jednak ostatnie zdanie wypowie Neron podpalający świat?

W artykule z tezą wszystkie argumenty powinny ją potwierdzać. Nie tak łatwo jednak podporządkować owej tezie twórczość następnego polskiego noblisty, Władysława Stanisława Reymonta (1867 – 1925). Nagrodę Nobla otrzymał w 1924 roku za powieść Chłopi. Czy można w twórczości Reymonta znaleźć odniesienia do współczesnych nam aktów przemocy? Chłopska pazerność i bezwzględność w miłości do ziemi czy terror pieniądza i monstrum rodzącego się kapitalizmu w Ziemi obiecanej to może argumenty dość naciągane. Wyjątkiem od reguły też się nie zasłonię, bo jeden z czterech – noblistów literackich wszak mamy właśnie tylu – stanowi aż 25 procent, więc cóż to za wyjątek? Pozostaje wszakże to, co niezmienne i uniwersalne. Emocje. Upadek wartości, patologia wielkiego miasta, cynizm i wyzysk, piękno i ohyda miłości, przemoc, zazdrość, wreszcie – nienawiść, najsilniejsza spośród nich. I najgroźniejsza.
Pod koniec ubiegłego wieku, w roku 1992 Wisława Szymborska napisała o niej:

Spójrzcie, jak wciąż sprawna,
Jak dobrze się trzyma
w naszym stuleciu nienawiść.
Jak lekko bierze wysokie przeszkody.
Jakie to łatwe dla niej – skoczyć, dopaść.

Nie jest jak inne uczucia.
Starsza i młodsza od nich równocześnie.
Sama rodzi przyczyny, które ją budzą do życia.
Jeśli zasypia, to nigdy snem wiecznym.

Religia nie religia –
byle przyklęknąć na starcie.
Ojczyzna nie ojczyzna –
byle się zerwać do biegu.
Niezła i sprawiedliwość na początek.
Potem już pędzi sama.
Nienawiść. Nienawiść.
Twarz jej wykrzywia grymas
ekstazy miłosnej.

Ach, te inne uczucia –
cherlawe i ślamazarne.
Od kiedy to braterstwo
może liczyć na tłumy?
Współczucie czy kiedykolwiek
pierwsze dobiło do mety?
Porywa tylko ona, która swoje wie.

Zdolna, pojętna, bardzo pracowita.
Czy trzeba mówić ile ułożyła pieśni.
Ile stronic historii ponumerowała.
Ile dywanów z ludzi porozpościerała
na ilu placach, stadionach.

Nie okłamujmy się:
potrafi tworzyć piętno.
Wspaniałe są jej łuny czarną nocą,
Świetne kłęby wybuchów o różanym świcie.
Trudno odmówić patosu ruinom
i rubasznego humoru
krzepko sterczącej nad nimi kolumnie.

Jest mistrzynią kontrastu
między łoskotem a ciszą,
między czerwoną krwią a białym śniegiem.
A nade wszystko nigdy jej nie nudzi
motyw schludnego oprawcy
nad splugawioną ofiarą.

Do nowych zadań w każdej chwili gotowa.
Jeżeli musi poczekać, poczeka.
Mówią że ślepa. Ślepa?
Ma bystre oczy snajpera
i śmiało patrzy w przyszłość
– ona jedna.

W XXI wieku nienawiść, jak się wydaje, patrzy w przyszłość jeszcze śmielej…

Pozostał nam ostatni, but not least, polski noblista – Czesław Miłosz (1911 – 2004). Nie znam kulis obrad Komitetu Noblowskiego, szczególnie tych w roku 1980, lecz laur dla Miłosza wydaje mi się najbardziej polityczny spośród przyznanych polskim pisarzom. Co oczywiście nie umniejsza niekwestionowanych zasług Miłosza dla literatury. Po tym, jak Wałęsa przeskoczył przez wiadomy płot, autor Doliny Issy – opozycyjny wobec systemu komunistycznego, obywatel Zachodu, w PRL-u na indeksie (gdy otrzymał nagrodę, ja, homo sovieticus, ledwo kojarzyłam jego nazwisko!) – jak najbardziej zasłużył na Nobla.
W wielu wierszach Miłosza odnajdujemy świadectwo czasów, zapis historii. Mimo że powstały w minionym stuleciu i w określonych okolicznościach geopolitycznych, takie utwory jak Campo di Fiori czy Który skrzywdziłeś dziś brzmią szczególnie aktualnie. Ludzie kierują się pogardą, w imię której po świecie rozlewają się fale totalitaryzmów i wszelkich izmów. Tyle że dzisiaj ten, który skrzywdził człowieka biednego, nie wybucha już tylko śmiechem nad jego krzywdą. Znacznie częściej wybucha odpalona przez niego bomba.

Czy syta i rozpasana Europa upadnie jak Cesarstwo Rzymskie? Czy chrześcijaństwo dogada się z islamem i jaki izm zatriumfuje? Czy te wszystkie zbrodnicze izmy doprowadzą świat do prawdziwej hekatomby?
Nie chcę kończyć tak apokaliptycznie. Przywołuję więc Piosenkę o końcu świata, też bardzo znany wiersz Czesława Miłosza, pochodzący z tomu Ocalenie. Napisany po zakończeniu drugiej wojny światowej, jest wyrazem optymizmu i nadziei, że taka apokalipsa w dziejach świata nie ma prawa już się powtórzyć.
Przez długie lata wierzyłam poecie, że koniec świata staje się już, bo jest nim dla każdego człowieka jego żywot, powoli, lecz nieuchronnie przybliżający go do końca, że umieramy dzień po dniu, łagodnie i bez wstrząsów. Czy jednak napisane w roku 1945 słowa o tych, którzy czekali błyskawic i gromów, znaków i archanielskich trąb, nie zyskują oto nowej aktualności? Czy gromy i znaki to nie zaatakowane wieże WTC i paryski pogrom z 13 listopada?
Ja jednak z naiwnością dziecka chcę – jak ten staruszek podwiązujący pomidory – łudzić się, że nadal pszczoły będą krążyć nad kwiatem nasturcji, kobiety spacerować pod parasolkami, urodzą się nowe dzieci, a noc gwiaździstą odemknie dźwięk skrzypiec. I innego końca świata nie będzie.

W dzień końca świata
Pszczoła krąży nad kwiatem nasturcji,
Rybak naprawia błyszczącą sieć.
Skaczą w morzu wesołe delfiny,
Młode wróble czepiają się rynny
I wąż ma złotą skórę, jak powinien mieć.
W dzień końca świata
Kobiety idą polem pod parasolkami,
Pijak zasypia na brzegu trawnika,
Nawołują na ulicy sprzedawcy warzywa
I łódka z żółtym żaglem do wyspy podpływa,
Dźwięk skrzypiec w powietrzu trwa
I noc gwiaździstą odmyka.
A którzy czekali błyskawic i gromów,
Są zawiedzeni.
A którzy czekali znaków i archanielskich trąb,
Nie wierzą, że staje się już.
Dopóki słońce i księżyc są w górze,
Dopóki trzmiel nawiedza różę,
Dopóki dzieci różowe się rodzą,
Nikt nie wierzy, że staje się już.
Tylko siwy staruszek, który byłby prorokiem,
Ale nie jest prorokiem, bo ma inne zajęcie,
Powiada przewiązując pomidory:
Innego końca świata nie będzie,
Innego końca świata nie będzie.

Oby.

 

/18 listopada 2015/

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s