KRAJOBRAZ BEZ TOPOLI

W przededniu nadejścia wiosny wycięto przed moimi oknami cztery topole – jedyne drzewa na naszym osiedlu, jedyną oazę zieleni, latem – jedyny cień. Pozostał krajobraz dosyć księżycowy. Tuż za ściętymi topolami wznosi się budowa hali sportowej, więc już tylko gołe ściany będę oglądać.
Wszyscy mieliśmy łzy w oczach, młodszy syn wręcz głośno się rozpłakał – nie tyle nawet z miłości do przyrody, co z żalu za utraconym miejscem zabaw. Mnie też dźwięki piły wrzynały się w serce i gardło mi się ściskało, gdy z takim strasznym, głuchym łoskotem padało na ziemię pierwsze drzewo. Na ścinanie pozostałych nie chciałam już patrzeć.
Mieszkam na tym osiedlu od dwunastu lat. Żal mi tych drzew, związałam się z nimi. Pamiętam je doskonale, gdy jeszcze były dużo mniejsze, bawiły się pod nimi nasze dzieci, rosły wraz z nimi. W marcu pierwsze „kotki” na topolach zwiastowały wiosnę, latem w ich cieniu można było znaleźć odrobinę chłodu, jesienią opadały z nich liście w kształcie dużych, pożółkłych z żalu serc. Zimowe wichury jeszcze tak niedawno gięły ich smukłe gałęzie.
Podobno trzeba było je wyciąć. Przemawiały za tym rozliczne względy, m.in. „antyalergiczne” (choć słyszałam niedawno, że to nie topola, lecz trawy najgroźniej pylą). Ponoć drzewa były już spróchniałe w środku, bezpieczniej było nie czekać, aż same runą.
Jeśli nawet chodziło o odsłonięcie rosnących między nimi dwóch małych lipek, nie bardzo się ten zamiar powiódł – topole, padając, dość mocno połamały drzewka. Zapewne lipy odbiją, połamane gałęzie wkrótce przysłoni dobrotliwa zieleń, przylecą ptaki. W miejsce wyciętych drzew zostaną zasadzone nowe – ale ile znowu będzie musiało upłynąć lat, zanim urosną.

Topola w dość powszechnym odbiorze traktowana jest jak chwast wśród drzew. Rośnie szybko i nie ma specjalnych wymagań, łatwo jej przychodzi być taką okazałą, więc ludzie jej nie szanują. Jak gdyby na szacunek zasługiwało tylko to, co osiąga się długim, mozolnym, wielusetletnim wysiłkiem. Zaś topola urodę posiada spektakularną i wątpliwą: taka niby duża i ładna po wierzchu, a spróchniała od wewnątrz. I w dodatku alergizuje! Precz z taką zgnilizną, pod topór z nią. Niech idzie do tartaku na zapałki i sklejki, tyle przynajmniej z niej pożytku.
Pospolitość tego drzewa wyraża się już w jego nazwie. Wszak łacińska nazwa topoli, populus, oznacza także: lud. Lecz dawniej lud chyba inaczej traktował te drzewa. O alergiach nikt nie słyszał, więc pozwalano im rosnąć i cieszono się nimi. Pamiętam z dzieciństwa wiele domów stojących w ich cieniu, ich szpalery wzdłuż ulic, rzędami strzelistych topól wytyczane polne drogi i miedze. Oprócz wierzby – typowy element polskiego krajobrazu, o którym Jacek Lech śpiewał „Gdzie szumiące topole biją w niebo wysoko”…

W powieści Ireny Dowgielewicz „Krajobraz z topolą”, której akcja rozgrywa się – jakżeby inaczej – w Topolnicy, u narożnika domu „jak stereotypowy akcent (…) sterczała pobożnie wrzecionowata topola”. A kiedy główna bohaterka otrzymuje straszną wiadomość i wali się cały jej dotychczasowy świat, ma wrażenie, że topola za oknem – do tej pory symbol opieki i stabilności – zaraz upadnie na jej dom. Lecz ta kobieta trwa nadal i dalej chroni swoich najbliższych, choć już coraz bardziej wewnątrz wypalona.
Jak topola…
W zakamarkach pamięci kołacze mi się też inna, przeczytana czy zasłyszana gdzieś historia – o mężczyźnie, który, gdy przyszło na świat jego dziecko, ze szczęścia posadził przed domem topolę i ona potem rosła wraz z jego synem.

Dziś przed domami sadzi się modne iglaki i wygląda na to, że czas topól przemija bezpowrotnie. A przecież mi żal…

/1996/

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s