KWIATKI Z UZDROWISKOWEJ RABATKI

Mężczyzna zdeterminowany
Lat 65. Turnus mija, a on niczyj. Lecz nie poddaje się. W opowieściach jakaś żona, dzieci dorosłe po świecie, rozsypka więzów, nierodzinne święta w perspektywie. Nim wróci do tych nudnych pieleszy, może uda mu się wreszcie coś z kimś utkać. Ma ostatnie pięć dni. Teraz albo nigdy. No, ewentualnie na następnym turnusie, ale to dopiero za ponad rok.
Więc z nadzieją, że jeszcze zdąży, zaprasza na drinka nowoprzybyłą sąsiadkę zza ściany. Sąsiadka, owszem, drinka wypija, ale potem grzecznie się żegna i mimo nalegań nie jest skłonna do wypicia drugiego. Mężczyzna zdeterminowany jednak ośmiela się myśleć nazajutrz, że ma ją na widelcu. Ponieważ subtelne podchody się nie udają, pan, w totalnej już desperacji, staje się nachalny, osiągając skutek odwrotny od zamierzonego.
A czas mija! Gdy w kolejnym dniu ona znów daje stanowczy odpór, mężczyzna przechodzi na pozycje przyjacielskie. Z tych pozycji (zostały mu już tylko dwa dni!) czyni sąsiadce zwierzenie na temat prób emablowania innej pani:
– Wczoraj przyjechała taka nowa, mieszka na naszym piętrze, elegancka babka. Ale błąd zrobiłem, bo nie zdjąłem obrączki. I się spłoszyła.
Jednak pociesza się po chwili:
– A, może i dobrze. Bo człowiek w tym wieku łatwo się zakochuje i po co mi taki kłopot.
Wyjeżdża niezagospodarowany, z nadzieją, że za rok na pewno mu się uda.

Kobieta zdesperowana
Atrakcyjna szatynka, lat najwyżej 55. Z młodzieżową fryzurą, zgrabna, uśmiechnięta, na wieczorkach tanecznych w ciekawych kreacjach, z których najatrakcyjniejsza jest krótka sukienka umożliwiająca prezentację sporych połaci gołego ciała w trójkątnych otworach na plecach.
Fertyczna i głośna, nawet w stołówce zwracająca powszechną uwagę. Jednego chyba nie wie. Takich kobiet boją się mężczyźni. Więc wciąż jest sama, choć w kilkuosobowej grupie mieszanej. Są w tej grupie sanatoryjne duety ad hoc, nawet jeden stały, małżeński, jest kilkoro luzem, w tym wciąż ona. Całą grupą chodzą na papierosa, choć ona nie pali, na tańce, na spacery po uzdrowisku. Ale o ileż przyjemniej byłoby karmić te kaczki w Parku Norweskim tylko w duecie!
Wreszcie trafia na podatny grunt. Wyhacza nieśmiałego pana z tego samego turnusu, acz spoza grupy. Od tej chwili aż do końca pobytu w uzdrowisku chodzą na spacery trzymając się za ręce i na wieczorkach tańczą tylko z sobą.
Na temat spraw alkowy brak danych, choć nie oznacza to, że nie zaistniały.

Mężczyzna wyhaczony
Spokojny, kulturalny, lat pięćdziesiąt, co najwyżej z małym haczykiem. Sprawia wrażenie nieśmiałego. W kolejkach do sanatoryjnych gabinetów fizjoterapii grzecznie konwersuje z innymi czekającymi. Na przykład na temat wygodnego obuwia do chodzenia po górach. Pasjonat, właśnie zaliczył samotną wspinaczkę na jednej z okolicznych tras. Jak wynika z relacji, pasję górską dzieli z nim żona, często wspominana w opowieściach.
Na wieczorkach tanecznych tańczy wyłącznie solo. Sam z sobą, można powiedzieć. Na parkiecie zawsze luzem, co najwyżej w kółeczku – i choć zwykle pląsa w nim solo kilka pań, nie prosi do tańca żadnej z nich.
Mężczyzna ten zostaje wyhaczony przez kobietę zdesperowaną (patrz wyżej). Jak ona tego dokonała, pozostanie ich słodką tajemnicą.

Mężczyzna z endoprotezą
Jak wynika z jego zwierzeń w korytarzu pod jednym z gabinetów fizjoterapii, że mianowicie w roku 1957 był uczniem szkoły zawodowej, jest już mocno po siedemdziesiątce. Siwiuteńki, ale jurny. Bez żenady obwieszcza, że najchętniej przedłużyłby pobyt, bo wcale mu się nie spieszy do powrotu do domu i do starej.
Obecny na wszystkich wieczorkach tanecznych. Te wieczorki to zresztą osobna historia. Kuracjusze mają je niejako w pakiecie, choć za niewielką dopłatą (5 zł za wieczór). Za trzygodzinną dawkę repertuaru z przewagą disco polo, a przede wszystkim za szansę nawiązania stosunków – to nie jest wygórowana cena.
Gdy na parkiecie są dzikie węże i potrzebny jest zwrot w drugą stronę, pan protestuje, prosząc, by nie manewrować nim zbyt gwałtownie, gdyż posiada endoprotezę. Poza tym odważnie realizuje zalecenie (również lekarskie), że taniec i umiarkowana ilość alkoholu to także elementy kuracji.
Jeśli nie udziela się w dzikich wężach czy w kółeczku, tańczy wyłącznie z jedną partnerką. Stanowią parę od pierwszego dnia turnusu, tj. od pierwszego wieczorku tanecznego w cafe. Razem też chodzą na papierosa, razem spacerują i oprócz krótkich przerw na posiłki, podczas których wypadło im siedzieć przy osobnych stolikach, są nierozłączni.

Kobieta czterdziestoletnia
No, może czterdziestopięcioletnia – najwyżej. Ładna, zgrabna, szczupła, młodzieżowa. Nosi obrączkę, lecz pan, z którym się związała, to nie jej mąż. To mężczyzna z endoprotezą.
Nie sposób dociec, co łączy tę parę. Może, choć trudno w to uwierzyć, prawdziwa miłość? Na wieczorkach tańcujących zawsze razem, na parkiecie wtuleni w siebie, na spacerach w duecie, pod gabinetami, jeśli mają takie same zabiegi, takoż razem. Na papierosie przed wejściem do budynku i na wycieczkach sanatoryjnych również.
Czy zakończenie turnusu to zarazem koniec ich love story, czy jednak jakiś c.d.? Brak danych.

Wyhaczacz uzdrowiskowy
Nie jest z tego sanatorium. Mężczyzna nierozpoznany. Tubylec mieszkający w okolicy na stałe lub kuracjusz z innego ośrodka – albo szpitala. W przedziale lat 55 – 70. Wiek maskuje za pomocą sztuczek protetycznych i fryzjerskich, w postaci ufarbowanej na czarno przerzedzonej czupryny z prześwitami na czubku głowy. Do tego pełen garnitur sztucznych zębów.
Elegancki. Biała koszula, czarne spodnie i takaż kamizelka. Uczestnik – oblatywacz sanatoryjnych wieczorków tanecznych. Zna cały repertuar, podczas tańca nuci, do wszystkich piosenek dorabiając drugi głos.
Odprowadzając partnerkę do stolika i pragnąc wzbudzić w niej zainteresowanie, kryguje się słowami:
– Dziękuję za cierpliwość do mnie.
To tylko taki greps, gdyż pan ten, jako jeden z nielicznych na parkiecie, ewidentnie umie tańczyć. Gdy inni, pasuje czy nie pasuje, kiwają się jeden na jeden, on jedyny zna krok walca angielskiego.
Chętnie nawiązałby bliższe stosunki, lecz o dwudziestej pierwszej trzydzieści, choć zabawa trwa do dwudziestej drugiej, niestety musi się pożegnać. Śpieszy się. Nie dociekajmy, z jakiego powodu. Może na ostatni autobus do miasta, a może do innego sanatorium lub do szpitala, gdzie wieczorem sprawdzają obecność, a w przypadkach podejrzanych każą chuchać.

Historia sprzed wielu lat
Jak początkująca nauczycielka mająca kłopoty z gardłem, była w sanatorium w Rabce. Cały nasz turnus emocjonował się sprawą związku młodej dziewczyny, bo tak ją, wówczas co najwyżej dwudziestokilkuletnią, mogę nazwać, i chłopaka niebędącego jej mężem.
Po tygodniu lub mniej więcej dziesięciu dniach w odwiedziny do owej kuracjuszki przybył jej prawowity mąż – z mamusią, czyli z teściową wiarołomnej, oraz z dzieckiem na ręku. Widocznie dotarły do nich jakieś niepokojące wieści. Jak donosili świadkowie, dziewczyna oświadczyła przybyłym, że nie zamierza mieć już z nimi nic wspólnego, gdyż tu w sanatorium spotkała miłość swojego życia. Według relacji bardziej drastycznych (ale czy rzeczywiście byli tego bezpośredni świadkowie, czy tylko wyssali z palca?), kazała im wypier…ć.
Jak skończyła się ta historia, mogę tylko przypuszczać. Pewnie bohaterka sanatoryjnego romansu skruszona wróciła na łono rodziny, a mąż jej wybaczył i żyli długo i szczęśliwie, choć już nigdy samej nie puścił jej do sanatorium.

Na koniec jeszcze starsza historia, z początków dwudziestego wieku. Stanowi dowód, że od kiedy wynaleziono ludzkość i sanatoria, nihil novi sub sole.
To – jakżeby inaczej – fragment „Czarodziejskiej góry”:
„(…) tylko dwie rzeczy mają na uwadze, a mianowicie, po pierwsze, temperaturę, a po drugie – znowu temperaturę, to znaczy na przykład pytanie, z kim pociesza się pani konsulowa Wurmbrand z Wiednia, opuszczona przez płochego kapitana Miklosicha: czy z wyleczonym już zupełnie szwedzkim drągalem, czy z prokuratorem Paravantem z Dortmundu, czy wreszcie z obydwoma równocześnie. Bo było rzeczą zupełnie pewną i ogólnie wiadomą, że więzy, łączące przedtem przez kilka miesięcy prokuratora z panią Salomon z Amsterdamu, uległy rozluźnieniu za obopólną zgodą, i pani Salomon, idąc za nakazem swojego wieku, zwróciła się w stronę młodszych roczników i wzięła pod swoje skrzydła opiekuńcze młodzieńca o wywiniętych wargach, od stołu panny Kleefeld; o tym wypadku orzekła pani Stöhr pewnego rodzaju kancelaryjnym stylem, ale i z pewną dozą obrazowości, że pani Salomon „załączyła się” do młodego człowieka. Tak więc prokurator mógł teraz postąpić jak chciał: albo bić się ze Szwedem o panią konsulową, albo żyć z nim w zgodzie.
Te więc wypadki, które między gośćmi „Berghofu”, a szczególnie między gorączkującą młodzieżą, były na porządku dziennym i w których wielką rolę odgrywały przebiegające wzdłuż murów balkony (pomiędzy szklanymi przepierzeniami a balustradą), te właśnie wypadki zaprzątały tutaj umysły. Stanowiły one zasadniczą część składową tutejszej atmosfery (…)”

P.S. Sąsiadką zza ściany zaproszoną na drinka i niedającą się namówić na następnego byłam ja.

Styczeń, 2016.

 

Reklamy

2 thoughts on “KWIATKI Z UZDROWISKOWEJ RABATKI

  1. Istna sodoma i gomora w tych sanatoriach 🙂 A jakoś tak 🙂 jednak 🙂 troszkę 🙂 kusi człowieka, żeby pojechać! Można prywatnie, mówisz? Jak tak sobie wyobrażę siebie z buteleczką wody zdrojowej, na deptaku w Parku Norweskim, a za mną sznureczek nieśmiałych 40-latków… Fju, fju, fju. Jadę. 😉

    • Mała korekta:
      z buteleczką się chodzi w Parku Zdrojowym,
      w Parku Norweskim karmi się kaczki i wiewiórki,
      a deptak jest w zupełnie innym miejscu. 🙂
      Ale to w sumie szczegół. Jedź koniecznie!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! 😀

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s