LISTY DO N.

List to przecież także gatunek literacki… 🙂

a zatem:

Szanowny Panie Redaktorze,

Papusza fascynuje mnie od lat. Właśnie wysłuchałam Pańskiej audycji. Gdy w piątek w audycji p. Manna zapowiadał pan spotkanie z autorką książki „Papusza”, próbowałam się dodzwonić, bezskutecznie. Jak zwykle! Wszystkie dotychczasowe rozliczne próby dodzwonienia się do Pana – gdy w piątki rozdaje Pan książki – nie powiodły się. Może woj. lubuskie, gdzie mieszkam, leży zbyt daleko od Warszawy? Raz tylko udało mi się poprzez sms-a otrzymać książkę (biografię BB), toż to cud był jakiś!
Proszę nie zrozumieć mnie źle, nie chodzi o jakąś moją szczególną pazerność, acz książkę o Papuszy bardzo chciałabym mieć…
Prawdopodobnie otrzymuje Pan takich maili mnóstwo i utonę w tym morzu. Trudno. Przynajmniej tą drogą podziękuję Panu za ciekawe audycje o książkach i te wszystkie piątkowe polecenia. Trójka to jedyna rozgłośnia, której słucham (od lat siedemdziesiątych!) niemal non stop i cieszę się, że nie zapomina ona o tzw. kulturze wysokiej.
Wspominał Pan w piątek, że nie pamięta już czasów taborów. Ja pamiętam je z wczesnego dzieciństwa, to mógł być koniec lat pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Mieszkałam w małym miasteczku, Gubinie, w dawnym woj. zielonogórskim, kiedy przejeżdżał przez nie tabor, zaraz wszyscy o tym wiedzieli, a my, dzieciarnia, biegliśmy za taborem na podmiejską łąkę, przyglądając się z pewnej odległości, jak tam nad rzeką rozbijają obóz, rozpalają ognisko, poją konie, szykują jedzenie. Mówią takim dziwnym językiem. Pamiętam, siedzieliśmy półkolem na tej łące, troszkę z dala, ale naprzeciwko nich, przyglądaliśmy się – a z drugiej strony bawiły się i też ciekawie zerkały na nas małe Cyganięta – i prawie nie odzywaliśmy się z emocji, takie to było dla nas egzotyczne i pociągające zarazem. Ja jeszcze wtedy nie całkiem to sobie uświadamiałam, ale chyba zazdrościliśmy im wolności.
W późniejszych latach w moim mieście występował zespół „Terno” z piękną Randią. Potem ten zespół zyskał wielką sławę. Tak jak Papusza, wiele wniósł do polskiej kultury.
Pan powiedział w piątek, że Papuszy miano za złe jej rzekomą chęć osiedlenia się w mieście na stałe czy może raczej zbyt łatwą zgodę na to. Jeśli nawet tak było, tęskniła za lasem i życiem w taborze do końca życia. Znam jej wiersze, jeden z najpiękniejszych to „Lesie, ojcze mój”. Edward Dębicki, znany Cygan i gorzowianin, wspominał, że z powodu tej tęsknoty, choć już mieszkali w murowanych miejskich domach, często nocowali w ogrodzie, pod gwiazdami. Papusza – to po cygańsku „lalka”, była bowiem śliczna jak lalka – była jego ciotką. To bardzo wstydliwy temat, jak została potraktowana za „zdradę”. Cyganie napiętnowali ją, bo była kobietą, istotą podległą – tak myślę; a przecież tak naprawdę to nie ona, a p. Ficowski „zdradził”… Proszę zobaczyć, jak zmieniły się czasy: żona pana Dębickiego, Ewa, nie jest Cyganką! Kiedyś – chyba nie do pomyślenia.
Wracam do Papuszy, jej tęsknoty za lasem, za taborem, ale i pożytków z zamieszkania w Gorzowie – teraz, po wysłuchaniu audycji, znam jeszcze jedno wytłumaczenie: Papusza chciała mieszkać w mieście ze względu na szkołę jej ukochanego syna.
Dziś poprawna politycznie jest nazwa Rom, a Cygan uważana za obraźliwą. Zapytany o to przeze mnie na spotkaniu autorskim pan Dębicki powiedział, że to młodsze pokolenie jest bardziej przeczulone. Jemu zaś nazwa Cygan nie przeszkadza, bo dawniej używano tylko takiej. Od pani Kuźniak w Pańskiej audycji dowiedziałam się, że nazwa „Rom” Papuszę wręcz rozśmieszyła!
Spotkanie, o którym wspominam, poświęcone było wojennej historii rodziny p. Dębickiego (o losie Cyganów podczas wojny na Wołyniu też wspomniała p. Kuźniak)- którą opisał w książce „Ptak umarłych”. Jest w niej również wspomniana Papusza.
Na koniec jeszcze jedno, zapewne niezbyt odkrywcze, lecz istotne spostrzeżenie: tej prostej, niewykształconej Cygance – lecz o jakże bogatej i wrażliwej duszy – tak wiele zawdzięczamy; nie tylko wzruszeń, ale i konkretnych dokonań kulturalnych: Ficowski, Tuwim, książka Angeliki Kuźniak, dokonania muzyczne („Harfy Papuszy”), film państwa Krauze… Bardzo jestem ciekawa tego filmu. Historia Papuszy jest piękna i tragiczna, przejmująca. Dzięki Pana rozmowie z panią Kuźniak wiem o niej dużo więcej. Słuchałam wzruszona, szczególnie słysząc głos poetki.
I jeszcze jedno: zwieńczeniem spotkania z p. Dębickim, na którym wspominał i Papuszę, był krótki koncert pieśni cygańskich, wystąpiło kilka osób z zespołu „Terno”, m.in. dwie śliczne młode Cyganki – p. Dębicki powiedział o nich z dumą, że studiują we Wrocławiu. Pomyślałam wówczas: nieszczęście Papuszy polegało i na tym, że urodziła się zbyt wcześnie. Dziś mogłaby studiować, stanowić o sobie, być kobietą nowoczesną… Lecz czy wówczas powstałyby jej piękne wiersze?
Mieszkam teraz w miejscowości Lubniewice, w odległości 30 km od Gorzowa Wielkopolskiego. Tu na naszych terenach wciąż o Papuszy się pamięta. Była znana i nie zapomniano o niej. Na konkursach recytatorskich recytowane są jej wiersze. Stała się klasykiem.

Serdecznie pozdrawiam – Hanna.

Szanowny Panie Redaktorze.

Kiedy w piątek w audycji Wojciecha Manna usłyszałam Pana zapowiedź, przypomniała mi się historia, którą pragnę Panu opowiedzieć. Oto ona:

Jak pomyliłam Szczygła ze Stasiukiem (i do tej pory płonę wstydem)

Na początku września 20013 roku byłam z bliską znajomą w Warszawie. Dwie panie z prowincji spragnione otarcia się o Wielki Świat Kultury.
W sobotę, 7 września, zamierzałyśmy wybrać się pod wieczór na koncert „Chopin na jazzowo” na skwerze Hoovera, lecz przypadkiem dowiedziałyśmy się, że właśnie odbywa się święto ulicy Gałczyńskiego, organizatorem jest m.in. Mariusz Szczygieł, a w programie znalazło się spotkanie z Kirą Gałczyńską.
Jestem wielką miłośniczką poezji K.I.G. i w pewnej mierze także jej znawczynią, więc czym prędzej pośpieszyłyśmy w tamtym kierunku. O ile w Warszawie „czym prędzej” jest w ogóle możliwe…
No i Mariusz Szczygieł! Bardzo lubię czeskie klimaty, również dzięki niemu.
Gdy dotarłyśmy na ulicę Gałczyńskiego, święto było już w pełnym rozkwicie lub może nawet w fazie schyłkowej. Trafiłyśmy wreszcie, rozpytując się po drodze, na taras przy jakimś sklepie czy butiku, z emocji już nie pamiętam. Na tarasie w towarzystwie paru osób siedział sam Wielki Mariusz Szczygieł.
Na stole obok leżały książki z utworami Gałczyńskiego, stare, pożółkłe wydania, przyniesione zapewne przez różnych dobrych ludzi. Mariusz Szczygieł podszedł do nas i powiedział, że możemy sobie coś wziąć. Wybrałam „Niobe”, wydanie w płóciennej oprawie z 1958 roku, córka poety wpisała mi potem w książce swoją dedykację.
Zapytałyśmy pana Szczygła, gdzie odbywa się to spotkanie z Kirą, powiedział, że już się zaczęło, ale można tam śmiało iść, wskazał gdzie. Korzystając z okazji chciałam powiedzieć coś mądrego, a zwłaszcza podziękować mu za jego książki.
I zaczęłam tak:
– Dziękuję panu za „Deutschland”.
Ukrywając zapewne politowanie, uśmiechnął się z pobłażaniem i poprawił:
– „Gottland”. „Deutschland” jest Stasiuka.
– Tak, oczywiście, wiem, przepraszam, to przejęzyczenie, z emocji… – zaczęłam się plątać.
Naprawdę wiedziałam! Naprawdę to było tylko przejęzyczenie. Mam nadzieję, że Mariusz Szczygieł nie poczuł się nim zbyt mocno dotknięty, w końcu Stasiuk to także Najwyższa Półka.
Ze wstydu nie potrafiłam wydukać już nic więcej i poszłyśmy na to spotkanie.
Potem zadzwoniłam do męża i cała jeszcze w emocjach opowiedziałam mu o moim niefortunnym popisie.
– Mogłaś mu powiedzieć o Złotoryi – rzekł mój małżonek.
Mogłam. Co roku, w drodze do Harrachova, przejeżdżamy przez to piękne miasto i za każdym razem mówimy: Stąd pochodzi Mariusz Szczygieł.
– Mogłaś mu powiedzieć o tym zdaniu w książce Angeliki Kuźniak.
Mogłam. Angelika Kuźniak w podziękowaniach zamieszczonych w „Marlene” dziękuje Mariuszowi Szczygłowi za pierwsze zdanie, które jej podpowiedział. O szmacie do podłogi Marleny Dietrich, zewidencjonowanej w wykazie jej rzeczy pod którymś tam numerem. Cały Szczygieł!
Więc mogłam. Oczywiście. Ach, gdybyż to było takie proste!..

Przyzna Pan, Panie Redaktorze, że to żenada, by niemłoda już kobieta, jaką jestem, wciąż tak ulegała emocjom i egzaltacjom. Szkoda, że Pańska audycja „Z najwyższej półki” nagrywana jest wcześniej i już nie będzie okazji, by przekazać panu Szczygłowi moją ekspiację.
Audycji wysłucham jutro oczywiście z najwyższym zainteresowaniem. Mariusz Szczygieł to nie tylko uroczy człowiek, świetny gawędziarz, autor wspaniałych reportaży. To już Człowiek-Instytucja. Naprawdę chylę czoła.
A historię mojego z nim spotkania na ulicy Gałczyńskiego opowiedziałam Panu z nadzieją, że – tak jak on wtedy – uśmiechnie się Pan z pobłażliwym politowaniem i westchnie:
– A! Niech ma kobieta „Antologię 100/XX”…

Z najwyższym szacunkiem –
Hanna.

(pierwszy list z r. 2013, drugi z 2014)

Reklamy

5 thoughts on “LISTY DO N.

  1. Haniu, piszesz tak, jak mówisz. Nie! Piszesz tak, jak zawsze mówiłaś. Czytając te teksty, widzę kilkunastoletnią Hanię na korytarzu naszej szkoły. Dziewczyny oblegają ją w półkolu, a ona rozprawia o czymś, mocno przy tym gestykulując. I co najdziwniejsze – w tym niesamowitym harmidrze korytarzowym – każda z dziewczyn „łapała” jej wypowiedzi, bo były interesująco i sprawnie wypowiadane. ❤ Haniu, NIC SIĘ NIE ZMIENIŁAŚ! ❤

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s