MIASTECZKO BAJECZKA

Tak kiedyś Agnieszka Osiecka nazwała Tykocin (zwiedzaliśmy go dwukrotnie w drodze na Litwę). Zapewne masa jest takich miasteczek w Polsce (Lubniewice też bym dorzuciła), ale ja to określenie odnoszę ostatnio szczególnie do szkockiego Plockton.

 Na powitanie w „naszej” siedzibie w Duncraig w pobliżu Plockton: Wierz w Boga. Pracuj ciężko. Bądź uczciwy.

 Wejście i tylny taras naszego lokum, a w środku, nim wyruszyliśmy przywitać się z Plockton, połknęłam Sosnowskiego („Spotkamy się w Honolulu”).

To nawet nie jest miasteczko, tylko ok. 300-mieszkańcowa osada/wieś/?/. Mniejsza o doprecyzowanie, ważne, że jest to miejscowość bajeczka. Przecudnie położona nad przypływowo-odpływową morską zatoką wśród gór, z dojściem doń malowniczo wijącą się ścieżką, dół, zakręt, góra, dół, zakręt, wśród wrzosów, kwiatów jesiennych, rododendronów i mchów, z zamkiem w tle i w ogóle z takimi widokami, że raz po raz przystawaliśmy w zachwycie, pstrykając zdjęcie za zdjęciem. A do tego te puby, piwo Guinness i muzyka na żywo (z udziałem dud!).

 Droga do Plockton (ten odcinek wśród mchów to ścieżka dla krów); takie widoki, że raz po raz pstrykamy.

Bajeczna tęcza na powitanie w miasteczku bajeczce oraz kajakarze morscy wykorzystujący odpływ, by suchą stopą zanieść kajaki do morza.

 Pub w Plockton Hotel.

 Spacer i egzoty plocktońskie.

 Widoki, widoki… I kolejna tęcza w Plockton. Było ich tego dnia co najmniej pięć.

 Duncraig Castle, u jego stóp Loch Carron, a dalej już tylko ocean…

 W razie gdyby ktoś chciał dotrzeć pociągiem – stacyjka Duncraig. Prawie jak Stacyjka Zdrój z Kabaretu Starszych Panów.

A to w dodatku tylko wyimek wśród naszych szkockich zachwyceń.
A przecież wcześniej jeszcze był Londyn.
A po drodze do Plockton – nocleg w motelu-farmie Wellsfield, potem stary, nadal czynny młyn w Athol Blaire i zwiedzanie pięknego zamku Blair Castle.
A te górskie serpentyny, owce, szlaki, trawersy.
A zamek Duncraig, pobliska stacyjka, „nasza” meta z pełnym ptaków ogrodem za oknem.
A niesamowita wyspa Skye (jak sto naszych Bieszczadów albo i dwieście, tyle że z oceanem u stóp).
A…

Tak mogłabym dorzucać i dorzucać do tej listy kolejne zachwycenia.
Lecz może lepiej oddam głos Zuzannie – cytując fragment z jej bloga:

Plockton – które, odkąd ustanowiono w roku 2015 NC 500, pięćsetmilową trasę wiodącą wzdłuż północnego wybrzeża Szkocji, stało się tłoczne. Puby restauracyjne, dawniej pustawe, wywieszają teraz tabliczki „Jesteśmy dopakowani”. Już wcześniej Plockton było ważnym punktem na mapie turystycznej Szkocji, głównie dzięki palmom. Kordylina australijska rośnie jak szalona w delikatnym klimacie wioski zwróconej na wschód, dogrzewanej Prądem Północnoatlantyckim. W tym roku odkryliśmy również Gunnera tinctoria, rabarbar chilijski, dwa razy większy ode mnie, nazywany „pożywieniem dinozaurów”, bo też stary jak świat.

To fragment z ubiegłorocznych Zuzowych zapisków (zresztą nie są to jedyne notatki szkockie na jej blogu) – całość też warto przeczytać:https://tuitam.me/tu-bywam-2/maly-slownik-szkockich-niespodzianek/

Np. tu:https://tuitam.me/tu-bywam-2/szkocki-kryminal/ jest jeszcze ciekawszy tekst o Szkocji i Plockton.

 Szkockie klimaty. 😉 Bardzo klimatyczny wieczór w pubie Plockton Inn; tłum ludzi i muzyka na żywo. Kapela grała (od czasu do czasu na dudach) i śpiewała, publika piła Guinnessa i się radowała, jeden pan nawet wtórował, znał chyba cały repertuar zespołu; a jedna z piosenek była mojego ongiś ukochanego Donovana!)

I jeszcze jeden zapis: bo w tej edycji doświadczyłam wspólnie z Zuzą podobnych wysokościowych lęków, choć tym razem bez płaczu (ale miałam w pewnej chwili śmierć w oczach, oj, miałam):

Lęk wysokości – doskwiera mi, odkąd cokolwiek pamiętam (jako dziecko bałam się, że spadnę z pralki Frani, na której tata stawiał mnie po kąpieli). Tyle że w Szkocji trudno o góry, które mogłyby kogokolwiek przestraszyć. Najwyższy szczyt, Ben Nevis, liczy sobie 1345 metrów; wiele innych, przepływających zieloną falą za oknem samochodu, wzdłuż tras przecinających Highlands, niewiele mu ustępuje, ale na tym koniec. Reszta nie sięga tysiąca. Wchodzi się na nie dość łatwo, trasy są wygodne, szerokie. W drodze na malowniczy Storr (719 m) udało mi się zapomnieć, że się… boję. Wspinałam się samotnie, mąż i syn gdzieś z przodu, ja zamyślona i zachwycona, poruszająca się swobodnie, stylem kozicy górskiej, o tak, to dobrze pamiętam. Dopóki nie spojrzałam za siebie. Wtedy nastąpił klasyczny atak paniki, kłopoty z oddychaniem, zawroty głowy, trzęsionka rąk i nóg. Pięłam się dalej, pełna strachu i… wstydu, choć wiem, że powinnam skupić całą uwagę na bezpieczeństwie. Jakoś tak jest, że mimo iż co dziesiąty z nas cierpi na fobie, a akrofobia jest chyba najpopularniejszą z nich, nigdy nie ma w pobliżu drugiej osoby, która bałaby się tak jak ja. Chwytałam się kępek trawy, opierałam stopy na nielicznych, przesuszonych wiatrem kamieniach. Na szczęście nie padało, wstrzeliliśmy się między dwie wielkie ulewy. Mąż czekał na górze z komórką, aby uwiecznić moją wspinaczkę. Gdy zobaczył, że ryczę, zsunął się kilka metrów i pomógł mi podczołgać się do najbliższej płaszczyzny. Tam już zostałam, ze słuchawkami na uszach i tęczą na horyzoncie. Chłopcy wspinali się dalej, do Old Man’a – gigantycznej skały, wbitej niczym kamienny totem w zielone zbocze.

„Chłopcy” (tym razem nasi mężowie) również dzielnie powędrowali dalej i tęcz też trafiło się nam mnóstwo.

 A to już inny dzień naszych okołoplocktońskich wędrówek, tym razem we mgle.

Po drodze, jak wszędzie tam, dzikość, paprocie i porosty, las bardzo mroczny, tajemniczy, ciemny  – ale aparat się pomądrzył, bo nie umiałam mu nakazać, żeby nie rozjaśniał!

 Tym razem celem wędrówki był szczyt tej góry. Nie wierzyliśmy, że wejście nań jest proste jak budowa cepa (nawet w jednym miejscu miałam załamkę), lecz w istocie takie było (no, prawie).

 Na górze w chmurze (jednak się bałam, że mnie zdmuchnie z tych skał, więc tylko parę metrów niżej pstrykałam zdjęcia).

 I znowu w dół, ku Duncraig i Plockton (zejście dla mojego kolana było trochę boleśniejsze niż wejście, ale co tam! Od czego jest maść alpejska!).  😀

Nawet kurki były koło tego Plockton-bajeczki (i jeden prawdziwek, ale robaczywy).

A noce jakie pełne snów… (od dawna nie spałam tak dobrze jak tam! chyba po tych codziennych wędrówkach). Zresztą gdy wspominamy, Janek i ja, te szkockie klimaty, czasem mamy wrażenie, że to wszystko tylko się nam przyśniło.

Ach.

A na koniec jeszcze jedna fotka kapeli. To taki lokalny zespół, zapewne krewnych i znajomych, w repertuarze mający piosenki różnych wykonawców, we wtorki i czwartki koncertujący (i popijający piwo) w Plockton Inn. Ale nagrał płytę i kupiliśmy ją – „The Inn Crowd. Inn Session”, 13 utworów, pod nr 8 jest Donovan. Było nie było, też Szkot!  😀 

/4 października 2018/

Reklamy

2 komentarze do “MIASTECZKO BAJECZKA

  1. Wakacje jak ze snu…
    I tak miało być. 🙂

    Szkoda, że nie przesłuchaliśmy razem płyty! Na youtube jej nie ma.
    A o lokalną muzykę wcale nie jest łatwo. Ja moją z poprzednich pobytów gdzieś zapodziałam. 😦
    Jedyne wytłumaczenie nieprzesłuchania to narastający stress przed sobotnim odstawieniem Was na lotnisko (punktualnym). Gdyby nie „Biegnąca Lola”, nie wiem, czy Miłosz dałby radę za kółkiem. 😉

    Cieszę się, że się Wam wszystko podobało. Nawet te „straszne” wejścia na „wielkie” góry.
    😀 😀 😀

    • Dzielny Miłosz, bardzo! Rąk jego za kółkiem całować nie godniśmy! Piszę to żartem, ale jak najbardziej serio.
      Zuzo, przewodniczko i opiekunko nasza, Tobie też bardzo dziękujemy za te wakacje jak ze snu.
      A płyty posłuchamy jeszcze zusammen, wierzę w to! ❤

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s