NIECH PRZEMÓWI STRYJEŃSKA

O tym, jak – jeszcze jako Zofia Lubańska – w roku 1912 w męskim przebraniu (z podrobionymi dokumentami jako Tadeusz Grzymała) studiowała malarstwo w Monachium:
Zaczęli się coś koledzy domyślać, zwłaszcza Francuzi, którzy nosa mają do kobiet, także Amerykanie zaczepiający mnie, żebym na pauzach się z nimi boksowała. Akty męskie – modele pozwalali sobie na nieodpowiednie gesty, biorąc mnie za hermafrodytę, i nieraz krew mnie zalewała za olbrzymim blejtramem (…). Jednak wściekłość na nich dodawała mi tupetu. Przestraszyłam się dopiero, gdy usłyszałam pokątnie, że koleżki zamierzają rozebrać mnie do naga – bo Akademia była uczelnią niezwykle surową i uroczystą jako ciało profesorskie i nie tyle z mojej nagości, ile z moich fałszowanych papierów mogła być chryja.

O ślubie z Karolem Stryjeńskim:
Gdy uklękliśmy (…), ksiądz nad nami zaczął modły odprawiać. Nagle Karola i mnie z nerwowości opanował szał śmiechu, istny atak, że zaczęliśmy się trząść, skuczeć, jęczeć, skręcać, wreszcie turlać ze śmiechu. Świadkowie, widząc, co się dzieje, najpierw zdziwieni, potem też jak nie zaczną prychać, a dusić się, a śmiać! – do żywego się spłakali. Ksiądz ślub przestał dawać, zgniewał się i czeka, co z tego będzie. W końcu jakoś przemogliśmy się, obrzęd się dokonał. Osłabli czworo jak łachmany od nieoczekiwanej gimnastyki przepony, każdy jak mógł wybalansował się z kościoła na słońce ulicy. Tu poobcieraliśmy nosy i spłakane ze śmiechu oczy i na razie poszłam ze Stefą kupić farby do Reima, a Warchałowski z Karolem umówili się na popołudnie na Garncarską i odeszli do Muzeum.

O życiu towarzyskim w Warszawie i imprezowaniu na salonach:
Czekam więc przy stoliku ramolów (kilku starszych malarzy nicowało politykę), wreszcie przyleciała Irpo w sobolach, wyfiokowana do niemożliwości jak kurtyzana aleksandryjska i trochę nasz stół rozruszała. Chodź, ladacznico – mówię jej – bo się spóźnimy na twoje przedstawienie arystokratyczne, a szkoda coś utracić z dobrej bujdy. Ruszyłyśmy do Simona, bo Irena chciała tam zadać szyku, i przeżarłyśmy tam każda te parę złotych, co miała, bo tam drogo. Potem walimy do hallu w Europie, gdzie Irena się odłączyła, bo miała czynności komitetowe i poszła się zanurzyć w heute high life. Fajf był wspaniały, wszystkie sale oświetlone żyrandolami. Ubrałam się fatalnie. (…)
Jaki jednak organizm ludzki jest szatańsko wytrzymały, to nie do pojęcia. Dzień w dzień zatruwa się go nikotyną, czarną kawą, którą pije się tak często, nie mówiąc już o alkoholach, a on nic. Maszyneria cudowna!

O narodzinach synów (bliźniaków, Jana i Jacka):
Dwóch miniaturowych dżentelmenów o poważnych minach, obrośniętych czarnymi bakami, dawało mi długo złudzenie, że zalałam pałę i widzę podwójnie.

O męce twórczej:
Zmyłam – siedziałam nad tym – znowu zepsułam, zwłaszcza lewe oko nie wychodzi. Znowu zmyłam, przemalowuję, poprawiam. Już nie dbam o kredki, farbami zaczynam babrać. Istna męka! Coraz gorzej. Wyłazi jakiś niewyraźny typ. Zamykam oczy, żeby odtworzyć wizję, którą ciągle widzę w bardzo wielkiej odległości, jak przez taflę wody, jakby wśród drzew, za mgłą. Próbuję dalej – wreszcie robi się ciemno. Wściekam się, rzucam na tapczan. Ach, żeby już te godziny nocy się przewaliły! Żeby już było jutro! Prędzej, prędzej, ze świeżym wzrokiem, z nowym skupieniem. Jeszcze tylko dzień, jeszcze kilka godzin skupienia. Poprawiam twarz, przerysowuję ruch postaci, zmieniam, zmieniam. Nie idzie. Drę, niszczę, palę. Z poczuciem ciężkiego bzika i bezsensu durnej egzystencji oczekuję martwego jutra.

O poznaniu Arkadego Fiedlera:
Któregoś dnia stojąc w Zodiaku (…) spostrzegłam (…) wśród tłumu publiczności faceta o żółtych zębach i rybich oczach, od którego uderzyły mnie tak silne promienie intelektualne, że zdrętwiałam jak apostołowie w Przemienieniu Pańskim na wzgórzu, gdy zawołali: „Panie, pozwól nam tak pozostać, bowiem czujemy błogość niewypowiedzianą”.
Przebywszy ten moment, dostałam pięćdziesięciu stopni gorączki i zaczęłam się błaźnić. Dowiedziałam się, że jest to pisarz F., który wrócił z Madagaskaru, żeby wydać tu swoją książkę o tej podróży. (…) Zaraz się z nim zapoznałam i zaprosiłam na obiad, z góry radując się na przebycie sympozjum w atmosferze tak niepospolitej inteligencji i talentu. Duch mój przystroił się w sosnowe gałązki „żywicą pachnące”, a „ryby śpiewały w Ukajali” wielkie Alleluja.

O córce Magdalenie i jednym z jej absztyfikantów:
Nawet moja niechęć do niej powoli topnieje (…) – pomimo że ona bardzo nie w moim guście, bo nie dość, że jest córką, wyrosła jeszcze na typ kobiety, którego wybitnie nie znoszę: typ akademicko-lindsayowski. Czyli pije, pali i zawiera bruderszafty z jakimiś okropnymi ludźmi. (…)
Jakiś lord w glicerynie. (…)
Dobrze znam takie psalmy nieboszczyka Salomona. Już widzę, że wymoczek z cyniczną facjatą i okiem wygotowanego łososia szykuje mi się na zięcia. Jak tu Magdzi wytłumaczyć? Jakiś Waldemar – niech go gęś kopnie. (…)
Zawiodła moje nadzieje, nic nie zrobiła. (…) Rozumiem – ostryga w oleju pod imieniem Waldemar znowu na widowni. Dałam jej 20 zł i poszła do fryzjera.(…)
Studiowała na uniwersytecie i wojna wytrąciła ją z tej drogi. Po tych bezdrożach wodzi ją już dwa lata „błędny ognik” miłości do fatalnego typa Waldemara W., owego śledzia. Klasyczne to uczucie spopiela ją bez jakichkolwiek widoków na zamianę obrączek, pomimo że Magdzia jest prześliczna, a ten oleodruk, pajac z mgły i galarety, bałwan śniegowy i fatamorgana, jest, jak zapewnia ciotka, zamożny i nic nie stoi mu na przeszkodzie stworzyć Magdzi własny home.

O ofiarach poniesionych dla sztuki:
Mężczyźnie nie szkodzi zwichrzona grzywa i lekka abnegacja artystyczna. Pędzle, farby czy glina, obok piękna modelka – to tylko akcesoria, z którymi igra, wesoło pogwizdując. Nie składa on żadnych ofiar na tzw. Ołtarzu Sztuki albo bardzo niewielkie. Ja jednak złożyłam większe niż którykolwiek artysta by się ważył, gdyż na ofiarę tę poszły trzy istnienia ludzkie – moje dzieci. Ten „Ołtarz Sztuki” usprawiedliwia mnie w ich oczach, ale nie rekompensuje im krzywdy, której poczucie zawsze zostanie jak gorzki osad gdzieś w zakamarkach ich dusz.

O wojnie:
Nienawidzę wszystkich wojen i militaryzmu, a najnamiętniej pogardzam opętanymi gburami w rodzaju Bismarcków, „Wielkich Fryców” i innych Machiavellich. (…) Dezercję uważam za najmądrzejszy odruch wyzwolenia się z obłędu militarnego.

Po tym, jak po wojnie zasugerowano jej, by się opowiedziała po „właściwej” stronie:
Po namyśle odpowiedziałam (…), że zabarwiać się politycznie nie mogę ani po tej, ani po tamtej stronie, bo znam się na tym jak krowa na majonezie. (…) Dwa bloki! Cóż za nieuświadomienie narodowe. Nie ma co się łudzić, jesteśmy już spreparowani jako potrawka cielęca na stół biesiadny nowoczesnych Dżyngis-chanów.

O szwajcarskim mężu Magdy, Gabrielu Jacques-Dalcroze:
Tylko papierowi, sam na sam, wyznać mogę szeptem: zięć – mrówkojad. (…) Twarz: biały plasterek sera z dwoma czarnymi pigułkami wlepionymi tuż obok siebie, które służą mu za oczy. (…) Odbyło się oficjalne zapoznanie. Uczuliśmy z zięciem do siebie nieokreślone chłody.
(…) po bliższym przyjrzeniu się nabiera pewnych walorów dodatnich. W ziarnkach pieprzu błyskają mu ogniki wesołości.

O poszukiwaniu pieniędzy:
Chodzić dzisiaj po Paryżu z propozycjami wydania polskich albumów etnograficznych to jakby Hajle Sellasje przyszedł w Warszawie do Borejszy, żeby wydał album o majtkach królowej Saby. (…)
Może by się wdać w jakąś burdę i niech mnie odeślą impasem do Szwajcarii, jeśli mam już zamiatać ulice, to przynajmniej we frankach szwajcarskich niech to odprawiam.

O życiu (pod jego koniec):
Niedobre urządzenie właściwie z tym życiem. Pierwsze trzydzieści lat zużywa człowiek na dojrzewanie i strzelanie „byków”, a drugie trzydzieści na łatanie, zalepianie, naprawianie, zadośćuczynienie, zakopywanie, zadeptywanie, wygładzanie, wywabianie, wreszcie wyłabudywanie się z tychże błędów. Kiedyż właściwie więc czas na życie? Na zastanowienie się nad cudowną astronomią, bakteriologią, fizyką i metafizyką zjawisk? Kiedyż czas na istotne przeżycia, jak sformowanie własnej myśli filozoficznej, rozwój dzieci (…), na miłość, na ciekawe podróże i zapoznanie się sympatyczne z naszymi kolorowymi braćmi, na wzniesienie się ponad codzienne, nieznośne, drobne sprawy, na uwielbienie Przyrody? Cicho i niespodziewanie nadchodzi „60 lat” i zaczyna się nieład i niewiara, gorączka użycia, prędkie przebieganie repertuaru. Postępująca skleroza wywołuje gorycze pesymizmu, trwogę o własną zwiędłą skórę, chciwość, złowrogą zawiść, zachłanność na zaszczyty itp. Mało wspaniałe, a wstrętne stany uczuciowe. Czyż to są grzechy? Nie – tylko rozkład fizjologiczny.

„Testament” – cztery lata przed śmiercią:
Co do mojej spuścizny artystycznej, jest ona ogromna i gdzieś po ludziach na świecie całym zgubiona. Byłby wór złota i Chwała Narodu, gdyby się tym kto kiedy zajął. Zofia Stryjeńska. Amen.

… Co skwapliwie przepisałam z fragmentów dziennika Zofii Stryjeńskiej, przytoczonych w książce Angeliki Kuźniak „Stryjeńska. Diabli nadali”.

/29 listopada 2017/

Reklamy

6 komentarzy do “NIECH PRZEMÓWI STRYJEŃSKA

  1. Ha ha ha! Bliźniaki rządzą! Czytam dalej…
    „Promienie intelektualne”, „pajac z mgły i galarety”, „wymoczek z cyniczną facjatą i okiem wygotowanego łososia” – bomba! 🙂
    Fajna babka, świetnie pisze.
    Ale to zgorzknienie na koniec… nooo, smutne.

    • Noooo. 😦
      Co tam! Grunt, że nie o TE bliźniaki chodziło; bo jak zaczęłam czytać Twój komentarz, pomyślałam, że skoro nadajemy na wspólnej fali, Ty nawiązujesz do wysłuchanej przeze mnie wczoraj w trójkowej „Powtórce z rozrywki” przypominajki z młodą lekarką wiejską. „Kozioł”, z początkowych lat naszej odzyskanej demokracji – zapytała „sfustrowanego” pacjenta, czy ma może brata bliźniaka. 😀
      Nawet sobie poszukałam tego na youtube.
      Na szczęście w c.d. Twojego komentarza się okazało, że chodzi o bliźniaki Stryjeńskiej. 😉
      No i skądże Ty byś miała w tej England słuchać rozrywki w Trójce…

      Jednakowoż wspólne fluidy krążą. Jak nic. 🙂

      A wzmiankowaną lekarkę zamieszczam:

  2. Ha ha ha!!!
    Jestem obeznanam z powtórkom, ale nie asz tak, żeby poszczególne odcinki pamientać. 🙂
    Dzięki za przypomnienie, Han!
    Myślisz, że wypada to wystawić na fb…? Boskie, prawie jak Ucho (wczorajsze było ge-nial-ne!, ten Czerepach, i Ewa, i odlot Mariusza, i marszałkowie niezastąpieni, cudeńko…).
    🙂

    • Wystaw!!! 😀
      Ja się już wczoraj szykowałam do wstawienia – pod postem kolegi L.D., tym ze zdjęciem kaczki; ale po usłyszeniu w Trójce tak się tego naszukałam na youtube, że już mi chęć odeszła. 😉
      Takich lekarek wiejskich, sprzed lat, a tak aktualnie brzmiących, znalazłam zresztą więcej. Może by na FB założyć jakiś cykl tych przypominajek?

      Ucho prezesa – zwłaszcza dwa ostatnie odcinki – kapitalne i w punkt.
      Radziwiłł w wykonaniu Barcisia jak żywy, Mikołaj Cieślak-Błaszczak-Olbrychski – rewela, a Dałkowska – wielki szacun.

  3. Bardzo ładnie panie nadają na tej wspólnej fali. Co do Zofii. S. Czytałam biografię, a jakże. Chyba nawet gdzieś się poniewiera w stertach książek zalegających za ciasne półki i za małe fotele. Niezłe. Jedno mnie tylko zastanawiało- co ona robiła z tą kupą kasy, którą musiała zarabiać realizując różne zamówienia państwowe i prywatne. 😉 Co do mnie- biorę do siebie „gorączkę użycia” , „złowrogą zawiść” i „trwogę o własną zwiędłą skórę”. I gratuluję obu paniom, że te uczucia, ach jakże są im obce.

    • Ach, jakże dziękuję – w imieniu obu pań.
      Ale dlaczegóż, ach, dlaczegóż ręce masz jak lód, Idalio?

      Rozrzutną była Zofia S., niegospodarną. Aż dziw, bo rodem z Krakowa, a to podobno centusie. 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s