NISKO, CORAZ NIŻEJ…

Próg wrażliwości – «najmniejsza i największa wartość bodźca wywołującego reakcję» (internetowy „Słownik języka polskiego” PWN).

Chyba mi się ten próg mocno zmienił. Bodźce książkowe czy filmowe (a także te „życiowe”), które kiedyś powodowały wypływanie z mych oczu strumieni łez, dziś rzadko wywołują taką reakcję. Owszem, myślałam swego czasu – nawet chyba gdzieś pisałam o tym – że z upływem lat mam coraz częściej oczy w mokrym miejscu, ale to miejsce jednak bardziej jest wilgotne niż fontanienne. Może mi się oczy już zasuszyły ze starości tak jak cera i na więcej mokrego nie umieją się już zdobyć?

„Wszyscy nawijali o Dąbrowskiej, mnie pan Y nie tykał i mogłam w spokoju za plecami koleżanki, z książką lub gazetą ukrytą pod pulpitem, czytać sobie teksty zupełnie z seminarium niezwiązane. Raz, pamiętam, o mało się nie zdekonspirowałam, gdy w trakcie lektury <<Kwiatów dla Algernona>> Keyesa rozszlochałam się w głos.” – jak wspominałam kiedyś w niecodzienniku (w tekście pt. „Pełnia rozświetlona”). Chodzi właśnie o to opowiadanie Keyesa i moje rozszlochanie się.

Miałam wtedy niespełna 22 lata. Opowiadanie czytałam w jakimś czasopiśmie, zapewne w „Problemach”, bo teraz znajduję info, że tam się po raz pierwszy w Polsce ukazało, w roku 1974, zgadzałoby się to z latami moich studiów. Nie kupowałam „Problemów”, musiał mi ktoś ten tekst podetknąć.

Nie wiedziałam, że „Kwiaty” powstały już pod koniec lat 50. i zyskały tak wielką popularność, że autor przerobił je później na powieść. I gdy następnie (w latach 80.?) oglądałam film „Charlie”, z oskarową rolą Cliffa Robertsona, dziwiło mnie, co za dodatkowe wątki pododawali twórcy filmu – a to była ekranizacja powieści, nie opowiadania…

Powieść, w przekładzie Krzysztofa Sokołowskiego, wydana przez Prószyńskiego i S-kę, ukazała się w Polsce w roku 1996. Niedawno, wskutek  tzw. szczęśliwego zbiegu okoliczności, dowiedziałam się o jej istnieniu i pożyczono mi ją, tę w jej pierwszym polskim wydaniu. Przy okazji ciekawostka z czasów reformy walutowej: na okładce: „Cena 11,50 zł (115 000 zł)”.

Ciekawiło mnie, jak odbiorę tę historię po latach. Dziś skończyłam lekturę. To bardzo smutna, przejmująca powieść, wręcz rodzaj moralitetu. Ale przy słowach „Boże, proszę, nie odbieraj mi wszystkiego” nie rozszlochałam się jak kiedyś… Oczy mi jedynie zwilgotniały. Myślę ze ściśniętym sercem o Charliem Gordonie, ale nie płaczę.

Z tym płakaniem przyksiążkowym czy przyfilmowym jeszcze dwie historie.

Pierwsza z czasów też początków moich studiów. Wakacje, bodaj po pierwszym roku. Byłam u znajomej z sąsiedniej ulicy, oznajmiła, że właśnie przeczytała dobrą książkę i podsunęła mi ją – autorka Elizabeth Kata, tytuł „Skrawek błękitu”. Wrzuciłam oko do środka, zanim jeszcze wyszłam – i utonęłam. Szłam do domu, czytając. Bodaj na siedemnastej stronie zaczęłam płakać – i płakałam już do końca lektury. Książka była dość cienka, a rodzice w pracy, więc do woli mogłam dawać upust łzom.

Tę powieść również zekranizowano, w postaci „W cieniu dobrego drzewa”, zagrał w filmie Sidney Poitier. Obraz też dostał jednego Oskara i wiele nominacji, mnie się jednak mniej podobał niż książka, może ze względu na prawie happyendowe zakończenie (w powieści go nie ma). Czyli – lubiłam sobie popłakać, a tu powodów było mniej?

Ciekawe, jak odebrałabym ten film teraz.

Drugie wspomnienie jest z końcówką niemal groteskową. Film Zefirellego „Romeo i Julia”. Najpierw czytałam o nim w Peluninej „Kobiecie i Życiu”, fascynowało mnie zwłaszcza, że odtwórcy głównych ról są tacy młodziutcy, nieomal moi rówieśnicy. Potem – w czasie wakacyjnego autostopu, gdy zdałam do czwartej klasy liceum, obejrzałam wreszcie film – w kinie „Świteź” w Łagowie (bo to było w czasie festiwalu filmowego, zanim przeniesiono go do Gdyni). Spłakałam się wraz z całą widownią jak bóbr. Rząd, w którym siedziałam, obleciała jedna chusteczka do wycierania łez. Nie zmyślam! Nawet pamiętam, jak byłam wtedy ubrana: zielone krótkie spodenki, welury i białe skarpetki (tylko bluzki nie pamiętam). A po wakacjach, gdy już zaczął się rok szkolny, wyświetlano ten film w Gubinie. Poszliśmy do kina z kółkiem polonistycznym i naszą panią profesor. I choć operator kina „Grunwald” pomylił taśmy, wskutek czego Merkucjo najpierw już nie żył, a potem znowu żył, ja i tak znowu płakałam rzęsiście…

Kino „Świteź” już nie istnieje, tak samo jak kino „Grunwald” (i dwa jeszcze inne kina gubińskie, „Iskra” i „Koral”)… Wszystko się kiedyś kończy, a łzy zasychają i już nie tak łatwo je wydobyć.

Nie podaję, jaka jest fabuła przywołanych książek i filmów i co aż tak bardzo powodowało mój łzotok. „Romea i Julię” każdy zna, a informacji o pozostałych może sobie poszukać w Googlu (a jeśli nie czytał czy nie widział tych tytułów – polecam).
Dla mnie istotna jest w tym momencie moja wrażliwość.

Chyba stępiała mi jak wypisany ołówek. Smutno mi.

/4 listopada 2019./

2 komentarze do “NISKO, CORAZ NIŻEJ…

  1. Cudowności moje blogowe – notatki porobione, za chwilę miłej lektury bardzo dziękuję! 🙂

    Wszyscy mniej płaczemy, tak jak mniej pamiętamy, czyż nie? Samiśmy sobie winni. Sto obrazków na minutę, niektóre do łzawienia na smutno, inne na wesoło. Tępiejemy emocjonalnie. 😦

    Żadna to starość, Han. Skórkę masz nienaciągniętą, bo pod spodem zero tłuszczyku. Wolałabyś moje pultachy? 😉 Ja też mniej płaczę. Wyschły oczy, zniknął dyżurny uśmiech. Mąż dawną wesołą żonusię wspomina czasem z łezką (bywa bardziej babski niż ja!). I nie pytam lustereczka, bo odpowiedź znam. Dostarcza mi jej komóreczka. Ot co. Imho.

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.