O DROBIU NIE TYLKO WIĘCKOWSKIEJ

Zachodzi słońce nad Wędzarnią krwawo,
Słychać krzyk drobiu Więckowskiej nieświeży.
Sezon skończony, żegnaj sławo!
Na zwiędłych liściach znokautowany bokser leży.
Twarz mu wykrzywia uśmiech żałosny.
Byle do wiosny!
Kiedy ci walka na pięści zbrzydła,
Poezji rozwiń skrzydła!

To wierszyk Wątłusza Pierwszego, byłego boksera, który, znalazłszy się „w stanie rozbicia zasadniczego”, postanowił zostać poetą. Strasznie mnie śmieszył – tak jak zresztą mnóstwo innych fragmentów jednej z moich ukochanych powieści: „Sposobu na Alcybiadesa” Niziurskiego. Woźna Więckowska w pobliżu szkolnego boiska hodowała kury, to dla wyjaśnienia tym, którzy książki nie czytali. A ich krzyk został określony epitetem „nieświeży” zapewne tylko dlatego, że to się dobrze rymowało z „leży”.

Wiersz przytaczam, bo będzie o drobiu.

Były takie lata, że stanowił on niemal jedyne mięso w naszej diecie. Czasy stanu wojennego i tuż po nim. W sklepach pustki, więc w ramach pomocy socjalnej szkoła weszła w kontakt z jakąś firmą drobiarską i byliśmy tymi kurczakami zasypywani. Rosół, udka pieczone, kotlety z filetów, pasztet z drobiu, kurczak w galarecie, farsz do naleśników i pierogów i – już nie pamiętam, co jeszcze. Nasz starszy syn do tej pory za kurczakami nie przepada. Obrzydły mu, choć w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku chyba nie były jeszcze takie sztuczne.
A dziś… Fermowe, blade, faszerowane Bóg wie jaką chemią, od dawna już mające niewiele wspólnego z prawdziwymi. A jednak – naszemu synowi nie, ale nam wciąż smakują. Z dużą ilością przypraw, ziół, ładnie upieczone, dobrze odchodzące od kości. Oczywiście nie jadamy ich za często, bez przesady z tym marketowym przysmakiem. Ale niekiedy…

W ogóle – choć wiem, że to brzmi jak westchnienia naszych rodziców, którzy z rozrzewnieniem wspominali przysmaki sprzed wojny – jedzenie dzisiaj naprawdę smakiem i wyglądem mało przypomina to z mojego dzieciństwa. Wygląd ma lepszy, bo go poprawiają utrwalacze, sztuczne barwniki i tym podobne wynalazki. A smak? Nowy, lepszy? Gorszy? Na ile naturalny, zwłaszcza gdy od dawna już się do niego przywykło i dawnych smaków nie pamięta?
Są sklepy ze zdrową żywnością, są bazarki z warzywami, owocami, mięsem, wędlinami eko. Nie w mojej miejscowości, więc tym bardziej nie mam wyboru. Czy zresztą to eko jest stuprocentowe, skoro naokoło i tak chemiczny świat? Czy przypadkiem producenci nie wykorzystują mody na zdrowe jedzenie i nie naciągają naiwnych konsumentów? Sama słyszałam niedawno o fermie kur produkującej jajka z wolnego wybiegu, a ten „wybieg” to jakieś ciasne betonowe klatki, czyli parodia i zwykłe oszustwo.

Pomysł na nowy wpis do niecodziennika przyszedł mi w związku z nabyciem dziś kurczaka pt. brojler, dzięki mojej znajomej mającej dojście do przydomowej hodowli owych w jednej z okolicznych wsi.
Więc najpierw będzie drobiowe wspomnienie z dzieciństwa – fragment „Peluni”:
„W niedzielę zwykle na obiad jedliśmy rosół. Taki prawdziwy, z koguta kupowanego na targu, bo tylko takie się przecież wtedy jadało. Temu kogutowi czy kurze gardło przeważnie podrzynał tato, ale gdy mama wracała z targu później, już po jego wyjściu do pracy, musiała to robić sama. Pamiętam z wczesnego dzieciństwa zdarzenie, gdy jej się ta nieszczęsna kura wyrwała z rąk i z podciętą, na pół zwisającą zakrwawioną głową latała po całej kuchni. Horror! Po zabiciu należało kurę oskubać z piór, wypatroszyć, opalić nad płomieniem resztki piór, fuj, jaki to był nieprzyjemny zapach! Może z tych zapachowo – estetycznych powodów w dzieciństwie rosół niezbyt mi smakował. Za to bardzo lubiłam usmażoną w rondelku kurzą wątróbkę. (…) Pelunia smażyła nam kotlety z filetów drobiowych, te również bardzo nam smakowały. Nazywaliśmy je „kotlecikami, jakie Andrzejek lubi”.”

O potrawach mojej mamy muszę napisać osobno. Na razie skupiam się na kurczakach. Jak widać z powyższego, za rosołem nie przepadałam. Dziś go lubię, tyle że jem bez makaronu, za to z wielką ilością ugotowanej w nim włoszczyzny. A Janek rosół uwielbia. Więc się wyspecjalizowałam i jak w mieszczańskim domu – choć małomiasteczkowym – jemy go niemal w każdą niedzielę.

Lecz pamiętam, że także nie za bardzo smakował mi rosół, jaki jadłam wiele lat po tej historii z kurzym horrorem w rodzinnym domu, też z prawdziwego koguta. A było tak:
Miałam może rocznego wtedy synka i urlop wychowawczy. Po położeniu małego na przedpołudniowe spanie siedziałam w kuchni i w chwili wytchnienia między pracami kobiety domowej układałam na kuchennym stole pasjansa. Ktoś zadzwonił do drzwi, więc zawołałam „Proszę!”, jak zwykliśmy to czynić, nie ruszając tyłka z krzesła. Zawsze tak robiliśmy, bo nie chciało nam się latać przez dość długi korytarz, drzwi przecież nie były zamknięte na klucz. Ba, przez ładnych parę lat, wyjeżdżając gdzieś na dłużej, w razie gdyby ktoś ze znajomych nas odwiedził i nie zastał, zostawialiśmy kartkę w drzwiach, dokąd wyjechaliśmy i na jak długo! Toż to było zaproszenie dla złodzieja. Ale coś takiego z początku w ogóle nam nie przyszło do głowy. Zostawialiśmy info, bo jak inaczej? Telefon stacjonarny wtedy mało kto posiadał. A komórkowych nikt.
Nic złego nam się nie zdarzyło, nikt nas nie okradł i nie napadł, dość szybko jednak wyeliminowaliśmy to zostawianie powiadomień, a z czasem także owo „Proszę!”. To drugie – z uwagi na dzieci. Bo już i one nauczyły się tak wołać „Proszę”, więc ze względu na ich bezpieczeństwo zaczęliśmy w końcu zamykać drzwi.
Ale wracam do koguta. Po moim „Proszę!” ktoś wszedł do środka, powiedział „Dzień dobry”, jednak nie wszedł do kuchni. Głos też pierwszy raz słyszałam. Znaczy się ktoś nieznajomy, pomyślałam i wreszcie się ruszyłam.
W korytarzu stała mniej więcej pięćdziesięcioletnia kobieta, pierwszy raz ją widziałam. W ręku trzymała sporą siatkę, w której coś się ruszało.
– Dzień dobry, kogutka przyniosłam – powiedziała takim tonem, jakby miała pewność, że ja znam sprawę i od rana nic, tylko na tego kogutka czekam.
– Jakiego kogutka? – wydukałam zdumiona.
– A, to w podziękowaniu, bo pani mąż wczoraj uratował mojego – wyjaśniła. – Nie mówił pani? Przyjdzie, to wytłumaczy. – I wyjęła z torby tego ptaka. Żywego!
– Poradzi pani sobie czy mam pomóc? – A widząc moją głupią minę, zakomenderowała: – Da pani jakiś ostry nóż.
Dałam. Oceniła, że się nada, stanęła nad zlewozmywakiem i nim zdążyłam nabrać tchu, już było po wszystkim. Kogut z poderżniętym gardłem, nawet bez drgawek, leżał w zlewie.
– Oskubać trzeba i opalić, potem wypatroszyć. Da pani radę?
– Dam – wyjąkałam. – Dziękuję.
– To do widzenia. – I już jej nie było.
Synek się właśnie obudził, więc poszłam do niego. Być może w nadziei, że ta historia z kogutem też mi się przyśniła. Ale nie, gdy wróciłam do kuchni, ptak nadal leżał w zlewie, kolorowopióry, całkiem materialny, choć już martwy.
Gdy Janek przyszedł z pracy, dopiero wtedy opowiedział mi, co stało się przyczyną obdarowania nas kogutem. Poprzedniego wieczoru, późno (ja wtedy chyba już spałam), odwoził do domu kolegę z pracy. Gdy tamten wysiadł, usłyszał czyjeś jęki. Jęczącym był mężczyzna mocno pod wpływem, leżał w rowie i nie mógł się z niego wygramolić. Więc obaj z Jankiem tego faceta z rowu wyciągnęli, a że ten kolega, miejscowy (my wtedy byliśmy w Lubniewicach napływowi dopiero od kilku lat), rozpoznał, kto zacz, i wiedział, dokąd go odwieźć, wtarabanili nieszczęśnika do auta (trochę to trwało, bo nasz ówczesny zaporożec miał tylko dwoje drzwi) i odtransportowali do domu. No i jego małżonka postanowiła podarować nam dziękczynnego koguta. Nawet to zapowiedziała, ale Janek nie uważał, że zrobił coś nadzwyczajnego i niespecjalnie się przywiązał do jej obietnic.
Pamiętaliśmy oboje z dzieciństwa, jak nasze mamy przygotowywały takiego koguta czy kurę. To całe skubanie, opalanie, patroszenie. Janka rodzice nawet mieli swoje kury przydomowe, nie musieli, jak moi, kupować na targu.
No i w piwnicy, wieczorem, gdy synek już spał, wspólnie dokonaliśmy dzieła. A następnego dnia ugotowałam rosół. Ale czy aż tak nam przypadł do gustu jego naturalny, a od dawna już zapomniany smak? Średnio. Nawet trochę dziwny nam się wydał. Tak to chemia powoli wyparła naturę…

Sporo lat później kupiłam w sklepie pół kury rosołowej. Rzekomo prawdziwej. Gotowała się przez cały dzień i wciąż była twarda, a rosół też nie powalał. Pewnie ona też stanowiła produkt z jakiegoś ekoprzekrętu, jak te jajka. Postanowiłam, że na razie niech nam wystarczą kurczaki z zakładów drobiarskich. A jeśli kiedyś trafi mi się kura prawdziwa, taka naprawdę prawdziwa, wtedy może znów spróbuję.
Trafiła się jakieś dwa lata temu. Dostaliśmy od znajomego filety i udka właśnie z takiej prawdziwej. To znaczy – prawdziwego. Bo się okazało, że to płeć męska – brojler. Ach, jak nam smakowało to mięso!

Aż wymyśliłam na bazie tych drobiowych doświadczeń parę dodatkowych akapitów w mojej powieści „Maski” (wciąż, od lat, ją podrasowuję):
„Na obiad Stokrotka zaserwowała zupę szczawiową („szczawiu trochę też zamrażam”, wyjaśniła). Zaś na drugie danie mięso, które miało niebiański smak, choć wyglądało jak zwykły filet drobiowy.
– To rzeczywiście kurczak. Ale nie fermowy, tylko taki przydomowy i na naturalnej paszy – oznajmiła, gdy umilkły moje zachwyty.
– Coś takiego! Prawdziwe jajka, a teraz to. Masz tu kury?
– Bez przesady, aż taką zapaloną rolniczką nie jestem. Wystarczy mi uprawianie paru grządek za domem. Mięso i jajka kupuję od zaprzyjaźnionych gospodarzy z sąsiedniej wsi. U nas już się wszyscy nastawili na turystykę, ale tam, owszem, jeszcze pamiętają, jak się żyło dawniej. I zdrowiej, rzecz jasna.
– Niesamowite, jak ty już wrosłaś w to wiejskie środowisko. Po wielkim mieście taki przeskok. Aż ci trochę zazdroszczę.
– Z początku nie było wcale łatwo. Musiałam się mocno przestawić, choćby nawet z jedzeniem. Na przykład rosół z prawdziwej kury. Jutro zrobię, ciekawe, jak ci będzie smakował. Mnie, kiedy go tu u sąsiadki jadłam po raz pierwszy, wydawał się, delikatnie mówiąc, dziwny. Ale teraz już nie wyobrażam sobie innego.”

Czas kończyć te przydługie już drobiowe reminiscencje. Jakże smakowitym finałem!
Ten dzisiejszy brojlerek, ach, jaki zachęcający. Nabyty w postaci oskubanej, opalonej i wybebeszonej, na szczęście! W środku tylko podroby. Na początek usmażyłam wątróbkę. Na maśle, z odrobiną soli, tak jak przed laty robiła to dla nas Pelunia. To roztopione wątróbkowe masełko potem wytunkałam z rondelka kawałeczkiem chleba. Pychota!
Mięso – to brojler młody, sześciotygodniowy – zapewne też będzie się rozpływało w ustach. 🙂