O TYM, JAK W TECHNIKUM BYŁO – UWAG KILKA

IMG  Ta fotka jest z czasów studenckich.Gienek (z lewej) i Janek (z prawej) mieszkali we wspólnym pokoju w akademiku, ale znali się już wcześniej – w szkole średniej chodzili do jednej klasy.

Oto, jak Janek wspomina czasy szkolne (tytuł jest nawiązaniem do jednego z tekstów Gienka – dziennikarza, „Zbąszyń jaki jest – uwag kilka”):

O tym, jak w technikum było – uwag kilka

Papierosy paliliśmy na długiej przerwie. Z tym że Gienek nie palił. Byliśmy pierwszym rocznikiem, który zaczynał rok szkolny w nowym budynku technikum, pachnącym jeszcze farbą , wybudowanym w szczerym polu obok ogródków działkowych. Krótką uliczkę dochodzącą do trzypiętrowego gmachu TM nazwano ul. Żaków. Tuż za szkołą uliczka ta wiodła w pole, ale oddzielała pasem ogródków szkołę od cmentarza. To był stary poniemiecki cmentarz za długim murem z czerwonej cegły. Zachowały się główne alejki pośród olbrzymich klonów, kasztanowców, dębów i czego tam jeszcze. Pod nogami zaś rozścielał się powój, ciągle zielone dzikie wino, a jesienią wszystko to tonęło w rudych, żółtych, czerwonych liściach. Bo najpiękniej było palić papierosy jesienią. Okna naszej pracowni na drugim piętrze wychodziły na stronę cmentarza i nierzadko któryś z kolegów zamiast słuchać lekcji Naszego Pana, zamyślał się ze wzrokiem błądzącym po kolorowych koronach drzew.

TM to technikum mechaniczne. Czerwone, filcowe tarcze z białym napisem TM 52 należało mieć przyszyte(!) do zewnętrznego odzienia oraz do gajorka lub marynarki. Bywało, że przed ósmą kilkunastu młodzieńców stało przed wejściem, niewpuszczonych do szkoły przez nadgorliwego nauczyciela – za brak tarczy, czasem za zbyt długie włosy. A i za brak kapci, takich nakładek filcowych na buty jak w muzeum, groziły konsekwencje. Szczęściem tylko przez pierwsze dwa lub trzy lata. Później reżim stroju i wyglądu był mniejszy. Wolno było włożyć spodnie bez kantów… Ale jeszcze w trzeciej, na początku lekcji Pan powiedział: „Cholewiński, a ty się ubrałeś na wykopki?”, bo nieszczęśnik miał na nogach sztruksy jasnego koloru. Więc spodnie były gładkie, ciemne, z zaprasowanym kantem, ale modne „szwedy”, do tego marynarka lub gajorek za stójką. Gienek miał sztruksową marynarkę ciemny brąz, ja ciemnozieloną. W klasie czwartej i piątej wielu z nas nosiło dżinsowe kurtki, ale tylko te markowe, z Pewexu. Z tym że Gienek nie palił.

Pan palił. Kończył lekcję, wypuszczał uczniów, zamykał pracownię, zapalał papierosa i schodził dwa piętra niżej, gdzie na wysokim parterze był pokój nauczycielski. Z grona pedagogów to chyba jedynie dyrektor, zagorzały wróg papierosów, nie palił i palących ścigał. Kiedy byliśmy w trzeciej, Pan palił połówki papierosów, wkładając je do szklanej lufki. Uczeń Cholewiński twierdził, że Pan ma policzone, na którym stopniu schodów ma się zaciągnąć, a w którym miejscu mu się papieros do końca wypali. W końcu uczył nas matematyki i był naszym wychowawcą przez pięć lat. Już w pierwszej klasie albo Gienek, albo ktoś z internatu – Półrolniczak lub Palczewski – obdarował Profesora Szkoły Średniej magistra Jerzego Kunerta formą Nasz Pan, a później już tylko Pan: Pan powiedział to, Pan kazał tamto… I tak nam zostało. Jeżeli zaś trzeba było użyć wzmocnienia, to należało dodać Nasz Pan. Żona Pana, profesorka historii, była po prostu Jolą. Z tym że Gienek nie palił. Jola paliła.

Z początkiem długiej przerwy wychodziliśmy na papierosa. Uliczką Żaków w dół, grupami po cztery, sześć osób, do drogi głównej, w lewo i wchodziliśmy na teren cmentarza, zasłonięci od szkoły murem. W piękne, słoneczne dni jesienne zdawało się, że czwarta część uczniów przyszła na cmentarz. Niektórzy po drodze odwiedzili mały sklepik spożywczy i teraz jedli słodkie bułki, czasem popijając mlekiem z butelki, inni, tak jak Gienek, po prostu dla towarzystwa. A rozmawiało się o rzeczach ważnych, stosownie do miejsca, wieku i szkolnej rangi. O literaturze, filmach, filozofii, i o d… też, choć zdecydowanie mniej. W cmentarnym murze tu i ówdzie znajdowały się resztki tablic, niektóre do odczytania. Upodobaliśmy sobie miejsce pod „Familie Rimpler”. Ciut dalej starsza klasa spotykała się pod „Familie Albrecht”. Czterdzieści lat później „wyguglałem z netu” (fuj, co za język!), że przed wojną właścicielem dużej fabryczki tekstylnej, przy obecnej ul. Armii Czerwonej, był bogaty przemysłowiec Rimpler. W latach 50. w jej pomieszczeniach dziadek mój Jan wraz z Janem Burbą (obaj nauczyciele szkoły przemysłowej w Lidzie) zorganizowali szkołę zawodową. Tak więc paliliśmy i gadaliśmy pod Familie Rimpler, i nie muszę dodawać, że Gienek szedł z nami, bo gadał najwięcej. Pewnie dlatego, że nie palił.

Gdzieś w połowie klasy czwartej Pan się uśmiechnął. Gienek był trzeci rok starostą klasy, a wtedy już i przewodniczącym samorządu szkolnego. Pan powiedział coś do Gienka, co miało być żartem, i najnormalniej w świecie się uśmiechnął. No, taki zaszczyt, bo to było pierwszy raz. Można było już podzielić pięć lat nauki na „przed” i „po”, po tym, jak się Pan uśmiechnął.

Zanim Pan się uśmiechnął, w klasie trzeciej Gienek wydał gazetkę szkolną. Pierwszy numer gazetki miał tytuł „Alea iacta est”. Cztery strony formatu A4, powielane w ilości chyba 50 egzemplarzy, może dzięki wsparciu bibliotekarki (w pierwszej klasie miała z nami j.polski i mówiła Genek , z twardym g, na modłę wielkopolską), gdzieś na powielaczu w sekretariacie(?), a może u zastępcy dyrektora(?). Drugim po Bogu był szanowany przedwojenny polonista Olgierd Maj, który, choć nas nie uczył, to Gienka lubił i chyba szanował za jego zwariowane pomysły. Prawie wszystkie teksty i pomysły były Gienkowe; artykuł interwencyjny, recenzje książek i filmów, wydarzenia kulturalne, szkolne i inne, oczywiście oczyma redaktora, krzyżówka, rysunek satyryczny, ciekawostka i zagadka. Odzew społeczności szkolnej był pozytywny, choć niektórym osobom z grona pedagogicznego nie wszystko się podobało. Ciekawe, czy Gienkowi zachował się choć jeden egzemplarz pisemka. Drugi numer gazetki miał tytuł „Exegi monumentum”. A Profesor Maj palił namiętnie.

Jednym z powiedzonek naszych profesorów, które pozostały w pamięci, było „słucham pańskiej trąby”, jak zwykł był mawiać p-sor Januszkiewicz, ps. „Śliczny”, zapraszając delikwenta pod tablicę do odpowiedzi ustnej. Starszy pan, o tubalnym glosie, z „ł” przedniojęzykowozębowym, podczas wykładu nagle zawieszał głos i mówił: „Z tym że jest jedno ale”. No i to „ale” za moment rozwijał. Ma się rozumieć, że dodawaliśmy ten wtręt z lubością do prawie każdej wypowiedzi w najbardziej idiotycznych miejscach. Co innego z „Synciu, jak skończysz studia, to wtedy możesz ze mną dyskutować”, przemiły tekst z ust naszej drugiej polonistki, do Gienka, kiedy usiłował mieć inne niż wypadało zdanie. Tak więc i została „Synciu” nazwana, lub bardziej po chamsku „Cnota”. Pomińmy litościwie jej nazwisko. A pierwszą lekcję z naszą męską klasą rozpoczęła od: „Będę dla was słodką żmijką”. Toż każdy by się do literatury zraził. Tylko nie Gienek. Dyrektor Korbelak zmiękczał śmiesznie głoskę l , więc jego powiadomienia przez radiowęzeł: „ uczniowie zbiorą się w głównym holiu” (gdzie dowiadywaliśmy się, że będzie ścigał za: „wąsy brody i tak dali”) były zabawne i weszły do języka klasowego. Korbelak uporczywie nie palił.

Byliśmy męską klasą przez całe pięć lat. Pewnie był w tym palec boży, bo Rysiek Kociu Kotowski wygrzebał gdzieś i wygłosił sentencję: ”Trzymaj się siedem kroków od słońca, dziesięć od pijaka i dwadzieścia od kobiet”. Kociu (jedynie forma wołacza była poprawna) mógłby grać w „Potopie” u Hofmana rolę Tatarzyna i to bez specjalnej charakteryzacji. Głos zaś miał od Woszczerowicza Jacka, skrzecząco-chrypliwy, więc nie mówił, a raczej „wygłaszał”. Kociu był dojeżdżający tak jak Gienek. To ważne, bo dojeżdżający mieli zwykle godzinę lub dwie po lekcjach do pociągu czy na pekaes. Grali więc w szachy, cymbergaja, ping-ponga, a niektórzy czytali. Gienek i Kociu nie czytali, jeno połykali książki rozmaite i obu im było bliżej do Lema, Kortazara, Voltera i Baudelaire’a, Pawlikowskiej -Jasnorzewskiej i Różewicza, Lewisa Carolla i Tove Janson, niż do przekładni stożkowo-ślimakowej czy liczenia kratownic metodą Cremony i Rittera. Gdy więc Gienek pod Familie Rimpler zapędzał się w jakieś karkołomne teorie, tylko Kociu nadążał i puentował : „eee, to pewnie baba wymyśliła”. Januszowi po głowie chodziły jeno aparaty fotograficzne, mędził więc o przewadze Jashiki nad Pentacon SX TL, o Flexarecie, o soczewkach Frensela, aż został „Jashika” Cholewiński. Duch i Koza, chyba z Bobrykiem albo Stuczyńskim, grali w ligę angielską, oczywiście na pieniądze. Waldek zaś był „Compagnolo” Szymański. Jeździł w klubie kolarskim i sprawił sobie rower. Gdy tylko dorwał słuchacza, to recytował cuda swej kolarzówki: przerzutka Compagnolo, hamulce Mofat, kierownica Jitan – prawie jak Chinelli, siodełko Brooks- Professional, a manetki w kierownicy. Tylko jeden Janek Wełyczko w zadumie z aprobatą kiwał głową, bo sam był kolarzem.

A Gienek wymyślił „Karola”. Całą procedurę i regulamin nadawania onego tytułu, za co i dlaczego, jak imię ono nosić i nie „zepsić”. Nawet któryś dzień października mianował: „The Carol Day”, i to siedem lat przed wyborem Wojtyły na stolec Piotrowy (wiedział coś???). Waldek i Janek, jako sportowcy, nie palili.

W klasie piątej, gdzieś przed maturą, Pan zawołał na Gienka  p o   i m i e n i u ! Było to jakoś tak, że wyciągnąwszy przed siebie rękę, ale nie za bardzo, ni to kiwnął dwoma palcami, ale też nie za mocno, ni to wskazał, ale niedokładnie, i … „Gienek, zawołaj mi (tego to, a tego – tu nazwisko)”. O Kyrieelejson! Podobno dwóm innym uczniom też to się zdarzyło, ale Gienek był pierwszy. Nooo, pełen szacun – jak dziś mówią małolaty. Może dzięki temu Gienek uwierzył w siebie i dlatego na pisemnej z polskiego wybrał temat wolny, coś o postaci literackiej, którą, młody człowieku, za wzór byś wziął, czy jakoś tak, i on, znaczy Gienek, wziął. I później Olgierd Maj, przewodniczący komisji, spotkany na korytarzu za głowę się złapał i zaryczał (tak było, bom świadek): „Gienek, coś ty sobie za bohatera za wzór wybrał!” A to była książka podróżnicza czy samochodowa jakaś, o wypadkach, czy upadkach z czegoś tam, nie wiem, bo nie czytałem, a autor to ten od jakiejś choroby na pustyni w Omanie, znaczy Beduin. Ale Gienek zdał. Myślę , że chciał sprawdzić, ile… No właśnie, ile czego jest w czym? Ale wtedy mi zaimponował. Chapeau bas – jak mówiły kiedyś małolaty. A do tego jeszcze to niepalenie.

Jak pijak obchodzący słup ogłoszeniowy z okrzykiem: – wypuśćcie mnie, tak ja uporczywie we wspomnieniu przywołuję wyjście na cmentarz podczas którejś słonecznej jesiennej przerwy, a może po zakończeniu zajęć. Bo choć dyrekcja zrobiła dla pełnoletnich uczniów (przecież w klasie maturalnej mieliśmy po 20 lat) palarnię, pacyfikując wyjścia poza teren szkoły, to bywało, że po lekcjach odwiedzaliśmy cmentarz w kilkuosobowym gronie. Jak zwykle też częstowaliśmy się papierosami. Oczywiście Gienek też był częstowany, więc wymyślał już to: „w czwartki nie palę”, albo „dziękuję, już paliłem”, albo „bez filtra nie palę” i rożne takie dyrdymały. Tego dnia też tak było, bo taki był protokół dyplomatyczny, że padło sakramentalne: „Gienek, zapalisz?” I wtedy Kociu uprzedził jakąkolwiek wymówkę częstowanego i ogłosił głosem mocnym: „ Gienek w o g ó l e nie pali!”

„Kończę wieszczyć, pargamin zapisany, noc głucha…”

Lubniewice, 10 listopada 2013, Karol

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s