OBRAZEK ZNAD LUBIĄŻA

Lubniewice nazywano kiedyś „Turystyczną Perłą Ziemi Lubuskiej”(którą to nazwę dzieliły pospołu z Łagowem). Dziś ta perła jeszcze bardziej błyszczy, ale czy nadal jest „turystyczna”? To pewien paradoks, bowiem miasteczko w ostatnim dziesięcioleciu bardzo wypiękniało, niezmienna jest też uroda okolicznych jezior i lasów. Z turystami jednak – trochę gorzej.
Nawet w sezonie wakacyjnym, kiedy miasto ma do zaoferowania dość sporo atrakcji, nie ma tu już takich tłumów jak dawniej. Tak przynajmniej twierdzą właściciele miejscowych sklepów i lokali gastronomicznych. „Zwykli” mieszkańcy odczucia mają ambiwalentne: z jednej strony cieszy ich większy spokój i porządek, z drugiej zaś – czegoś im brak. Przez tyle lat przecież przywykli do tłumnych w sezonie ulic i plaż, głośnych wieczorów, potańcówek, dyskotek, nawet do kolejek w sklepach; „stonkę” zawsze – z wyjątkiem może zapomnianych już dziś czasów „kartkowych”- przyjmowano tu życzliwie. Dziś – podobno żyjemy w ciekawych, ale trudnych czasach. Społeczeństwo w dużym procencie się spauperyzowało, podzieliło na bogatych i biednych. Ci pierwsi odwiedzają teraz świat, ci drudzy, często bezrobotni – co najwyżej własne ogródki działkowe, z nostalgią wspominając epokę tanich wczasów pracowniczych.
To właśnie wtedy, w czasach PRL-u, Lubniewice przeżywały pierwszy, długoletni okres swojej świetności. Sezon trwał tu prawie cały rok i trudno było o miejsce w licznych ośrodkach wczasowych czy kwaterach prywatnych. Turyści pojawiali się już wiosną. Latem oczywiście pełnia sezonu: wczasy rodzinne, wczasy w siodle, obozy młodzieżowe, sportowcy w żaglówkach i kajakach. Jesienią grzybiarze, myśliwi, sporo emerytów. Potem różne ogólnopolskie zjazdy i kursokonferencje, zimowiska, bale sylwestrowe i karnawałowe. No i o każdej porze roku – wędkarze. Miejscowość, wówczas jeszcze „duża wieś gminna na przesmyku dwóch jezior”, stanowiła znany punkt na turystycznej mapie Polski. Dla niektórych zresztą stanowi go do dziś…
W latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, gdy Lubniewice odzyskały utracone po wojnie prawa miejskie, rozpoczęła się ich druga młodość. Lubniewiczanie z radością i nadzieją przyjmowali wszystkie zmiany nowych czasów. Zrobiono tu naprawdę wiele, by miasteczku nadać nowy blask i przyciągnąć turystów, również tych zagranicznych.
I rzeczywiście: znów zaczęły przybywać tłumy gości, nie tylko zresztą sezonowych, również tych, którym w Lubniewicach tak się spodobało, że zechcieli osiąść tu na stałe. Dobra passa trwała dość długo, lecz od paru lat, mimo że wciąż coś się tu buduje, modernizuje, upiększa – turystów znowu jakby mniej…
Dlaczego ??? Lubniewice są przecież piękne o każdej porze roku, nie tylko latem, i mają tak wiele do zaoferowania, zwłaszcza tym, którzy cenią odpoczynek na łonie natury. Może urzeknie ich „posezonowa”, trochę senna atmosfera miasteczka, zrelaksuje, wyciszy.
Tak jak starszego pana z Gliwic, który właśnie jesienią od trzydziestu lat przyjeżdża tu na grzyby. Wprawdzie tegoroczna aura sprawiła, że grzybów na razie jak na lekarstwo, ale to nic, może za kilka dni grzybnie znowu ruszą, a poza tym dla przybysza ze Śląska już sam spacer po lesie jest dobrodziejstwem.

Początek pierwszego październikowego weekendu. Po tegorocznym wyjątkowo słonecznym i gorącym wrześniu niełatwo przestroić się na jesienną aurę. Piątkowe popołudnie, zimne i mokre po deszczu, nie zachęca do spacerów. Pomnikowa panna z jabłkami z lubniewickiej fontanny ze smutkiem spogląda na zupełnie pusty rynek. Jesienną ciszę mąci na parę minut przejazd dwóch bryczek, obwożących po miasteczku gości któregoś z ośrodków czy stadnin. Po chwili milknie stukot końskich kopyt i znów ulice wydają się prawie bezludne. Najliczniejszą grupę widać dopiero na dziedzińcu przed budynkiem miejscowego gimnazjum – za chwilę rozpocznie się dyskoteka. W hali sportowej właśnie trwają zajęcia rekreacyjne dla mieszkańców gminy- dobry sposób, by zrelaksować się po tygodniu nauki czy pracy.
Na nowej jak spod igły trasie spacerowej nad jeziorem Lubiąż spacerują tylko pożółkłe suche liście. Na przeciwległym brzegu opustoszałe plaże szykują się do zimowego snu. Znad jeziora wieje zimny wiatr, który nie odstrasza jedynie wędkarzy. Jak zwykle kilku ich siedzi na pomostach, a jeden samotnie tkwi w łódce koło wyspy. Ryby biorą? Nie bardzo, ponoć ich tu coraz mniej, a wielkie okazy niczym potwór z Loch Ness ukryły się w głębinach i trudno je przechytrzyć. Rasowych wędkarzy jednak to nie odstrasza, cierpliwie wpatrują się w spławik, nie tracąc nadziei na udany połów. Jeśli nie dziś, to może jutro.

Następnego dnia w Lubniewicach przez cały dzień świeci słońce, jakby chciało nadrobić piątkowe zaległości. Miasteczko od razu poweselało. Barwami wciąż licznych kwiatów cieszą oko jesienne ogrody. Jak zawsze w sobotę, na ulicach pojawiają się samochody z zachodnimi, przeważnie berlińskimi rejestracjami. Pasażerka z szarego audi polszczyzną z niemieckim akcentem zapytuje o jeden z tutejszych ośrodków wypoczynkowych. Tubylcy życzliwie tłumaczą jej, jak tam dojechać. W porze obiadowej zapełniają się, choć dużo skromniej niż latem, restauracyjne ogródki. Na boisku piłkarskim miejscowe drużyny walczą dzielnie ze skwierzyńską „Pogonią”. Juniorzy niestety przegrywają. Może dlatego, że kibiców coś nie widać, dopiero podczas meczu seniorów wypełniają trybuny i dopingują „Lubniewiczankę” do zwycięskiej walki. Wieczorem na ryneczku trochę ludzi, trochę parkujących aut. Na drzwiach jednego z barów kartka z napisem „Rezerwacja”, z wnętrza dobiegają dźwięki akordeonu i śpiewów biesiadnych. Coś się jednak dzieje w miasteczku.

Niedziela jest znowu chłodna, szara i deszczowa, z ciężkich, ołowianych chmur raz po raz coś kapie. W taki dzień pewnie nie zjawią się tu uczestnicy sulęcińskiego zjazdu cyklistów, choć w ubiegłych latach ich rowerowe trasy wiodły także tędy. Za to tu i ówdzie, jakby na przekór dżdżystej aurze, można ujrzeć tubylczych i zamiejscowych spacerowiczów. W ciepłych kurtkach, z parasolami, żegnają kończący się weekend. Może za tydzień spacer będzie przyjemniejszy, po niedzieli ma podobno być lepsza pogoda, prognozy zapowiadają jeszcze ciepłe dni i prawdziwą złotą jesień. Zapada wczesny zmierzch. W przedwieczornej ciszy słychać tylko pacnięcia kasztanów spadających z drzewa przy ratuszu. Na ulicy Gorzowskiej, gdzie trwa modernizacja nawierzchni i niedawno zmieniono oświetlenie, zapalają się właśnie stylowe latarnie.
Miasteczko powoli układa się do snu.

Jesień 2005.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s