OLIWKOWO-SZPARAGOWO

zarośla 007 Oliwki pojawiły się w moim życiu późno (nie pamiętam już dziś, gdzie i kiedy jadłam je po raz pierwszy), a upowszechniły po nastaniu w naszym kraju sieci Hit, noszącej obecnie nazwę Tesco.

Szparagi znałam od dziecka. W bardzo dawnych czasach mama przywoziła je z Poznania, bo w Gubinie jeszcze nie znajdowały się w sprzedaży, choć być może pozostały tam jeszcze ślady poniemieckich szparagarni, polski Gubin był przecież przedwojenną parkowo-ogrodową częścią Guben. Ale ludność napływowa na tych terenach bardziej znała wtedy fasolkę szparagową niż szparagi. Co innego dziś, gdy w sezonie szparagowym na przygranicznym targu sprzedawcy szparagów, kupowanych głównie przez sąsiadów zza Nysy, nierzadko robią interes całego roku.

W Lubniewicach po wojnie też były szparagarnie. Wiemy przynajmniej o jednej – uprawiający ją osiedleniec z Wielkopolski miał potem kłopoty z powodu „ciągot do kapitalizmu”…

Kilka lat temu dwóch naszych znajomych posadziło u siebie szparagowe karpy i już nawet doczekali się plonów. Może wziąć z nich przykład? Zwłaszcza że do granicy mam teraz nie tak blisko. I znane mi od dzieciństwa ukochane warzywo, z powodu co roku wyższych cen, powoli staje się dla mnie warzywem luksusowym. Podejrzewam, że za polską cenę półkilogramowego pęczka w Niemczech można kupić całe kilo. W dodatku pęczki u nas są oszukane – w jednym mieszczą się i ze dwie, trzy grube sztuki, takie jak trzeba, i parę cienkich, i jeszcze ze dwie rury. A przecież wiemy od jednego właściciela przydrożnej szparagarni, gdzie kilka razy robiliśmy zakupy, że to są trzy różne sorty i każdy z nich powinien mieć inną cenę.

Niestety temu szparagarzowi interes chyba przestał się opłacać, bo niedawno przebranżowił się na truskawkarza i szparagowych zagonków ma tylko resztki. Zaś truskawki jak konie (ciekawe, czym pędzone), ale zupełnie bez smaku. Wszystko psieje. 😦

Na koniec zamieszczam tu jeszcze jedno szparagowo-oliwkowe wspomnienie –  fragment „Peluni”:

Pelunia za każdym razem, gdy jeździła do Poznania, odwiedzała swoją koleżankę. Dora zapraszała ją wtedy na kawę lub obiad, zdarzyło się parokrotnie, że na mieście, w którejś restauracji.
W jednym z takich obiadów, będąc jakoś tak pod koniec podstawówki z mamą w Poznaniu, również ja uczestniczyłam. Zostałyśmy zaproszone do noszącego dziś snobistyczną nazwę „Mercure’a”, a wtedy po prostu „Merkurego”, najlepszego poznańskiego hotelu. Nigdy wcześniej nie byłam w takim miejscu. Sala restauracyjna, jasna i słoneczna, wydała mi się ogromna. Stoły zaścielone białymi obrusami, kwiaty, kunsztownie poukładane serwetki, dywany pod stopami. Zamówienie przyjął starszy szarmancki pan, a wraz z nim obsługiwał nas młody kelner. Ze stojącego tuż obok bufetu wyjął talerze i sztućce, potem obaj podjechali ze stoliczkiem na kółkach i z niego nakładali nam na talerze nasze jedzonko. Czułam się, smarkula z prowincji, jak w filmie z życia wyższych sfer.
Dora wiedziała, że uwielbiam szparagi, więc zamówiła mi podwójną ich porcję. Prócz nich i dania głównego na talerzu leżały jakieś małe, zielonkawe kulki. Spytałam, co to takiego, a ciotka wyjaśniła mi: „To oliwki, nie będą ci smakować”, więc posłusznie nawet ich nie tknęłam. A kiedy po wielu latach spróbowałam oliwek i od tego momentu stały się jednym z moich przysmaków, żałowałam, że byłam tak posłuszna.

/maj’ 2015./

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s