ONLY W DUO

Jak napisałam na stronie głównej (tu: https://wp.me/p3waVI-1xU), Wigilię i Boże Narodzenie w roku 2019 przyjdzie nam świętować tylko we dwoje… Po raz pierwszy od wielu, wielu lat. Przyszła mi więc chętka wspomnieć jedno ze spotkań świątecznych w naszym domu w znacznie większym gronie, a także to dwuosobowe.

Najpierw – o pierwszych świętach dużorodzinnych, jakie zorganizowaliśmy dla naszych bliskich w roku 1989, kiedy jeszcze mieszkaliśmy w bloku. Byliśmy wtedy ludźmi po saksach, najpierw Janek, potem ja, a więc chwilowo zamożnymi i z gestem. Wcześniej na święta jeździliśmy zawsze do rodziców, najpierw bezdzietni, potem już z dziećmi, ale ten rok 1989 stał się początkiem nowej ery. Od tej chwili już zawsze święta odbywały się u nas, acz jeśli idzie o gości – w różnych konfiguracjach.

W roku 1989 przyjechali do nas na święta: moi rodzice i brat (wtedy jeszcze nieżonaty), ojciec Janka (mama już wtedy nie żyła), jego siostra (jeszcze niezamężna) i pradziadek Olek (tj. naszych synów pradziadek – rocznik 1900!). Plus oczywiście nasza czwórka. Razem dycha. Mieszkanie mieliśmy spore (70 m), trzypokojowe, ale i tak nieprosto było całe to towarzystwo po wieczorze wigilijnym ułożyć do snu. Kombinowałam nawet, by poprosić sąsiadkę o użyczenie jednego pokoju. Ale w końcu obeszło się bez tego. My z synami spaliśmy w sypialni, Pelunia i Andrzej w stołowym, dziadek Olek i Basia w pokoju dziecięcym, a nasi ojcowie – w kuchni. Na czym ich położyliśmy? Na jakichś materacach chyba, bo przecież nie na kafelkach podłogowych! Może nie było im tam zbyt wygodnie, za to po północy (i po powrocie z pasterki? też już niedokładnie pamiętam) mogli już rozpocząć wędlinowo-wódeczkowe świętowanie.

Bardzo nam się te święta udały. A na deser (wiadomo, że najlepszy deser wigilijny to kutia! zwłaszcza ta, którą robi Janek) – anegdota świąteczna. Jak ta z kawałkami karpia wyrzuconymi przez mojego tatę do Lubicy, o czym napisałam w „Peluni”. Ta z roku 1989 będzie o stole. Mamy taki stary, przedwojenny, przywieziony „zza Buga” – dostaliśmy go od rodziców Janka. Rozkładany, solidny. Na co dzień stoi w kuchni, ale jak znalazł na święta! – wynoszony jest wtedy do salonu. Sęk w tym, że w poprzednim mieszkaniu z kuchni do pokoju stołowego nie dawał się wynieść. Tzn. blat owszem, ale reszta nie mieściła się w wąskich drzwiach kuchennych, wobec czego Janek wymyślił wynoszenie go przez okno (mieszkaliśmy na parterze), wnoszenie przez przedpokój (tam się mieścił) i po świętach – powrót tą samą drogą, tylko w odwrotną stronę. Ale tato Kazik i tato Józek, gdy Janek rozpoczął demontaż stołu, byli przekonani, że oni dadzą radę wynieść stół normalną drogą. Wręcz nie ukrywali politowania, jaki to ich syn (i zięć) niezaradny. Po czym zabrali się do dzieła. Kombinowali tak i siak, robili różne przymiarki i długo nie chcieli przyjąć do wiadomości, że im się ten występ udać nie może. Chyba, żeby lekko odpiłować nogi, co oczywiście nie wchodziło w grę. Janek ze spokojem odczekał, aż skończą kombinacje – i wreszcie się poddali. Podejrzewam jednak, że i tak z przeświadczeniem, że musi być jakiś cwancyg z tym stołem, tylko oni nań nie wpadli.

A teraz o świętach w duecie. W roku 1981. Powód wiadomy: wybuch stanu wojennego. Nie mogliśmy wyjechać ani do Gubina, ani do Świebodzina, w ogóle nigdzie nie można się było ruszyć! Dopiero po Nowym Roku, z przepustkami. Wtedy nie. Stanęliśmy więc  w obliczu samodzielnego przygotowania świąt. Ja, która wcześniej do garów się nie paliłam, zabrałam się ochoczo do szykowania wigilijnego menu. Choineczkę kupiliśmy w nadleśnictwie, bombki dostaliśmy w prezencie od znajomych. Postanowiłam ambitnie zrobić to, co jedzono w domu moich teściów, a więc barszcz z uszkami. Strasznie pieprzny był ten barszcz! Ale Janek i tak mnie chwalił. Uszka zaś zrobiłam w kształcie małych pierożków, bo nie przyszło mi do głowy, że farsz nakłada się na kwadraciki, a nie na kółka ciasta. Gdzie kupiliśmy karpia, nie mam pojęcia. Galareta też mi się najpierw nie udała, bo wywar mi wyszedł za mało kleisty, a żelatyny „za chiny” nie można było kupić w sklepie! Na szczęście zaprzyjaźniona Pani Starsza miała żelatynę z paczki z Niemiec i mnie poratowała, podpowiadając, by tę nieudaną galaretę ponownie zażelatynić. I wreszcie było jak trzeba.

Teraz, gdy jestem już gospodynią pełną gębą, a gotowanie wolę sto razy bardziej niż przedświąteczne mycie szafek (okna na szczęście myje Janek – kochany jest), czeka nas Wigilia only w duo… Ale –  nawet zaczynam się na nią cieszyć. Z pewnością będziemy duuużo wspominać i niejedną świąteczną anegdotę odgrzebiemy z pamięci.

/12.12.2019/

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.