OTO OBCHODZIMY DZIADY

Czyscowe duszeczki!
W jakiejkolwiek świata stronie:
Czyli która w smole płonie,
Czyli marznie na dnie rzeczki,
Czyli dla dotkliwszej kary
W surowym wszczepiona drewnie,
Gdy ją w piecu gryzą żary,
I piszczy, i płacze rzewnie;
Każda spieszcie do gromady!
Gromada niech się tu zbierze!
Oto obchodzimy Dziady!
Zstępujcie w święty przybytek;
Jest jałmużna, są pacierze,
I jedzenie, i napitek.

Spośród wszystkich dzieł Mickiewicza najbardziej lubię „Dziady cz.II”. To nawet dla mnie samej dziwne, wszak nie fascynują mnie historie z duchami, nie czytam i nie oglądam horrorów, nie analizuję snów, wszelkie metafizyki czy sajensfikszyny to nie moja bajka.
Ale „Dziady”… I ta ich część, będąca obrazem obrzędu odbywającego się „tajemnie w kaplicach lub pustych domach niedaleko cmentarza” – za każdym razem przeżywam tragedię bohaterów. Zwłaszcza gdy cierpi matka z niemowlęciem, oboje skazani na śmierć przez okrutnego pana, dla którego nie ma już wybaczenia, albo gdy opłakuje utraconą na zawsze szansę na miłość pierzchliwa Zosia, „a we wszystkich zmyśleniach poczwarnych można (…) dostrzec pewne dążenie moralne i pewne nauki, gminnym sposobem zmysłowie przedstawiane (…), śpiewy zaś obrzędowe, gusła i inkantacje są po większej części wiernie, a niekiedy dosłownie z gminnej poezji wzięte.”
Od pierwszych słów wstępu z wyjaśnieniami poety aż po ostatnie „co to będzie” mam ciarki na plecach.

Zastawia się tam pospolicie uczta z rozmaitego jadła, trunków, owoców i wywołują się dusze nieboszczyków. Godna uwagi, iż zwyczaj częstowania zmarłych zdaje się być wspólny wszystkim ludom pogańskim, w dawnej Grecji za czasów homerycznych, w Skandynawii, na Wschodzie i dotąd po wyspach Nowego Świata. Dziady nasze mają to szczególnie, iż obrzędy pogańskie pomieszane są z wyobrażeniami religii chrześcijańskiej, zwłaszcza iż dzień zaduszny przypada około czasu tej uroczystości. Pospólstwo rozumie, iż potrawami, napojem i śpiewami przynosi ulgę duszom czyścowym”.
„Nowy Świat”, a więc Ameryka Południowa i Północna. A więc i Meksyk. Pierwszy raz widziałam, jak się duszom czyścowym przynosi ulgę „potrawami, napojem i śpiewami”, w filmie Johna Hustona „Pod wulkanem”, z rewelacyjną rolą Alberta Finneya w roli meksykańskiego Konsula – alkoholika.
Najpierw obejrzałam film, to było gdzieś w połowie lat 80., książkę Malcolma Lowry’ego przeczytałam później. Nie jest pewne, czy sięgnęłabym po nią, gdyby nie kinowe zawirowania z elektrycznością, mające miejsce w zastępczej sali kinowej w tzw. Starym Zamku (bo lubniewickie kino „Wczasowicz” wtedy już nie działało). Czas akcji, przypominam – druga połowa lat 80., charakteryzująca się m.in. tym, że nie tylko na skutek burz i wiatrów, niszczących naziemną sieć elektryczną, ale i całkiem bez powodu zabierano narodowi prąd. Tak zdarzyło się i wówczas. Tu na ekranie biedny Konsul znów napity jak bąk, a tu bach – brak prądu i nie można kontynuować projekcji. Za chwilę pstryk, światło wraca, wraz z nim myśl, że może się nieszczęśnikowi jakoś uda wyrwać ze szponów nałogu, a tu znowu bach i ciemno w sali. Gdy kolejna przerwa zaczęła się przedłużać, nie dając już nadziei na obejrzenie finału, publika zaczęła wychodzić, ja wraz z nią.
Toteż, chcąc poznać końcówkę losów Konsula, przeczytałam powieść. Niestety nie doczekałam się happy endu. Jeden dzień z życia Konsula stał się zarazem jego dniem ostatnim.
Są czasem takie rankingi: „Pierwsze zdanie z jakiej powieści uważasz za najlepsze, zrobiło na tobie największe wrażenie czy tp.”. Gdyby pytano o zdanie ostatnie, bez wahania podałabym to z „Pod wulkanem”: „Ktoś rzucił za nim do rozpadliny zdechłego psa”…
Odleciałam za mocno w tych dygresjach, a przecież chciałam napisać tylko to, że w filmie (jak i w powieści) w dniu Święta Zmarłych całe meksykańskie miasteczko Quanhahuac pulsuje radosnym, niemal obłędnym rytmem wesołej maskarady, ludzie nie tylko ucztują przy grobach, ale i śpiewają, tańczą.

Bardzo mi się podobała telewizyjna inscenizacja „Dziadów” (z roku 1997) w reżyserii Jana Englerta. Wprawdzie nieszczególnie zachwycił mnie Michał Żebrowski (młody i śliczny, fakt) jako Gustaw–Konrad, za to np. Krzysztof Majchrzak w roli Guślarza – mistrzostwo.
Od tamtej pory nie potrafię już wyobrazić sobie innego Guślarza niż takiego na granicy obłędu. Żadnych innych! Tak, widziałam kiedyś na scenie Carmen w roboczym fartuchu (wolałabym w ognistych cygańskich spódnicach), rozumiem, że reżyser ma prawo pokazać Guślarza jako gościa w meloniku i szlafroku. Ale ja tego nie kupuję. W przededniu Wszystkich Świętych TVP Kultura pokazała spektakl „Widma” – opartą na II cz. Dziadów kantatę Moniuszki, zaprezentowaną podczas tegorocznej „Wratislawii Cantans”. Reżyser (Paweł Passini) „do muzyki i tekstu dodał taniec, scenografię, grę aktorów i wizualizacje… Wędrujące po Sali Narodowego Forum Muzyki postacie w maskach, lalki inspirowane obrazami Beksińskiego, trzy wielkie chodzące na czterech kończynach kukły animowane przez szczudlarzy i rząd masek przed sceną (… )”.
Owszem, to wszystko „tworzyło atmosferę tajemniczego rytuału” (fragmenty recenzji R. Zielińskiego z wrocławskiej Wyborczej.pl). Więc próbowałam się wczuć. Już Starzec wypowiedział słowa wstępu, już się te widma zbliżyły ku scenie, już zabrzmiały śpiewy chóralne – ale kiedy przechadzający się w tę i z powrotem młodzieniec w białym w czarne paski paletko-szlafroku otworzył usta i okazało się, że to jest Guślarz – przełączyłam się na inny kanał.

Może źle zrobiłam, nie dooglądawszy przedstawienia do końca. Bo tam byli, jak się teraz dowiaduję, i śpiewacy w zakrwawionych kombinezonach i kaskach, niczym członkowie Syryjskiej Obrony Cywilnej, wydobywający spod gruzów rannych i martwych, i Złemu Panu towarzyszyły wizualizacje uchodźców płynących na pontonach przez Morze Śródziemne…
Ale ja jestem tylko prosta kobieta domowa.
Taka, która, choć kompletnie są jej obce wydrążone dynie i inne halołiny, zawsze ma pod ręką jakieś słodycze, by je dać w ramach akcji „cukierek albo psikus”. Od kilku lat dzieciaki chodzą u nas po domach. Nie bardzo mnie zachwyca ten przeszczepiony na polski grunt anglosaski obyczaj, ale co tam, niech się dzieciaki bawią. W ubiegłym roku zadzwoniły do drzwi jakieś dwie bidulki, które się poskarżyły, że ludzie niespecjalnie chcą je obrzucać tymi słodyczami, w tym roku zjawiła się wieloosobowa banda i w trymiga rozdrapała wszystkie czekoladki, aż się wystraszyłam, że jak przyjdzie następna, to już nie będę miała czym poczęstować. 😉

Jako „pierzchliwa Zosia” z II cz. Dziadów odnosiła kiedyś sukcesy, z ogólnopolskim na finał, moja uczennica Dorotka, dzięki czemu i ja puchłam z dumy i satysfakcji belferskiej. Przygotowałam ją do konkursu recytatorskiego w kategorii „wywiedzione ze słowa”. Czyli – wcielała się w tę nieszczęsną Zosię „z pośrednim duchem”, co to już ni ziemi, ni nieba dotknąć nie mogła i w półobłąkaniu miała już to zanucić, już to się rozmarzyć, to się zaśmiać, to zapłakać. Tak dobrze jej poszło, że w powiecie została laureatką, a jedna pani z Zielonej Góry, jurorka, zaproponowała, by zgłosić Dorotę do eliminacji wojewódzkich innego konkursu recytatorskiego (już bez żadnego „wywodzenia”). Więc tam Dorotka już nie wywodziła, bez czego poszło jej nawet lepiej – i tak wzruszyła jury, że jako laureatkę wysłano ją (z opiekunką, czyli ze mną, jeszcze bardziej napuchniętą z dumy) do Warszawy, na finał ogólnopolski.
W tych prezentacjach finałowych brała udział młodzież z całej Polski, głównie licealna (a Dorotka była wtedy uczennicą III klasy gimnazjum). Która to młodzież, już nie pierwszy raz dotarłszy na stołeczny szczebel, drżała przed przewodniczącym jury, Wiesławem Komasą, a w kuluarach nie ukrywała, jaki jest jej cel główny: po maturze dostać się do szkoły teatralnej (najlepiej do warszawskiej). I między tymi licealistami moja Dorotka – która jurorów znowu wzruszyła – i została jedną ze Złotej Dziesiątki laureatów finału. To naprawdę był spory sukces.

Ach, jak przyjemnie po latach poodcinać trochę kuponów… 🙂

/2 listopada 2017/

 

Reklamy

6 thoughts on “OTO OBCHODZIMY DZIADY

  1. Chapeau bas, kobieto domowa! Wiem, rozumiem, domowaś i kobiecaś z wyboru, tylko dlaczego Twój kobiecy, domowy tekst sprawia, że mam rumieńce czytając, a zwoje wyobraźni rozgrzane do czerwoności?

    Wiesz, jak u mnie z wiedzą 😦 Z dawnych dziadowskich piątek szkolnych pozostały luki w pamięci i kompleksy. Jest jeszcze nadzieja, że kiedy odkopiemy kartony z książkami, to zasiądę w noc listopadową przy kominku w Sme i sobie odświeżę.

    Póki co, zaczęłam „Dygot” Jakuba Małeckiego, o którym wspominał Jakub Nasz Winiarski, a książka stoi sobie od zeszłej Jesieni Naszej Poznańskiej na półce. Rzeczpospolita Chłopska, pamiętasz? Linkuję dla przypomnienia (choć Twoja pamięć niezrównana niewielu przypomnień wymaga, Han, sama wiesz):

    http://www.zamekczyta.pl/festiwal-fabuly-malecki-muszynski-plaza/

    I chyba już wiem, co Ci przyślę na Boże Narodzenie. Bo lektura przednia, a dodatkowo świetnie się wkomponowuje w nastroje halołinowo-listopadowe.

    Halołin spędziłam, jak wiesz, w Bydzi, wizytując ostatni raz przed wyjazdem groby bliższych i dalszych krewnych. Bardzo nastrojowo. Po Bożemu, naszemu, polskiemu. Zarazem Twoje meksykańskie skojarzenie bardzo mi jest bliskie! Te plastiki na cmentarzach, cyganeria cmentarna, jak ja to nazywam, nasza nowa, polska rzeczywistość. Taka potrzeba, widać. Choć zmarłym raczej cieplej pod pierzynką z żywych kwiatów, nie sztucznych, nie uważasz? Może za kilka, kilkanaście lat będzie się ich dogrzewać inaczej – popijać nad grobem wódeczkę za minione zdrowie wujka czy wyśmienitą wątróbkę (z jabłkami) cioci? W „Ranczo” już tak się działo 🙂 I pewnie nie tylko tam.

    Po cmentarnych wizytach wskoczyłam do taksówki i dawaj do ukochanej cioci, która też już stoi na krawędzi pomiędzy niebem a ziemią. Opiekunka podaje jej naleweczki na niskie ciśnienie, a to, jak wiesz, moja ulubiona forma podarunku. Pognałam więc do sklepiku osiedlowego i zaczęłam zadręczać sprzedawczynię zadaniem wyszukania czegoś odpowiedniego. Kolejka wkrótce sięgała drzwi, a ja ciągle niezaspokojona. W głowie mi się nie mieściło, że Crème de cassis może być wykonany z owoców innych niż czarne porzeczki. Nagle – zgasło światło. Kilka urządzeń sklepowych wydało ostatni dech, kolejkowicze dorzucili pomruk niezadowolenia. Wzięłabym i cassis z wiśni, byle do przodu. Postaliśmy chwilę w listopadowym mroku, na szczęście prąd wrócił. Zdecydowałam się rach ciach na Baileys. Ciocia była zadowolona, jeśli w ogóle świadoma, bidulka, o co chodzi. Córka akurat puszczała jej z internetu kolędy, żeby przywołać jakiekolwiek wspomnienia… 😦 Ot, życie.

    Halołiny przeżywaliśmy zawsze bardzo, żyjąc jedenaście lat w Nowym Świecie. Miałabym mieć teraz poczucie winy, że moje dzieci wyrastały w kultach satanistycznych?! Pff…

    Dziadowskie, amerykańskie, chrześcijańskie – nasze, wspólne święto i tyle.
    I znów Herbert, z „Podróży”:

    Wtedy ojczyzna wyda ci się mała
    kołyska łódka przywiązana do gałęzi włosem matki
    kiedy wspomnisz jej imię nikt z tych przy ognisku
    nie będzie wiedział za jaką leży górą
    jakie rodzi drzewa
    kiedy tak iście mało potrzeba jej czułości
    powtarzaj przed zaśnięciem śmieszne dźwięki mowy
    że – czy – się
    uśmiechaj się przed zaśnięciem do ślepej ikony
    do łopuchów potoku do steczki do łęgów
    przeminął dom
    jest obłok ponad światem

    Dzięki za inspirację do rozmyślań, Han.

    • Zuzanno Kochanno, uściślę: domowam coraz bardziej, kobiecam coraz mniej. 😉

      Stanowczo mnie przeceniasz! Od dawna jestem w Bandzie Mających Luki w Pamięci. Witaj. Ale po kiego czorta jeszcze kompleksy? Pozostańmy przy lukach, to i tak aż nadto.
      W związku z powyższym „Rzeczposoplitą Chłopską” z ubiegłorocznego festiwalu fabuły pamiętam słabo, lepiej Łukasza Orbitowskiego, może dlatego, że się na niego czasem załapuję w TVP Kultura.

      Wódeczkę przy grobie wujka piją w Rosji, więc to tuż za płotem. 😀
      Znalazłam w necie, że Crème de cassis to jest LIKIER. Nie wiem, jaki jest sekret jego produkcji i czym się różni od przepisu na nalewkę, gdyż jak wiesz, jestem tylko nalewkarką domową (ale z czarnej porzeczki też robię).

      Dziękuję za piękny wiersz Herberta.

      • Masz rację. Choć… Sama nazwa Creme de Cassis wskazywałaby na krem, czyli najsłodszy z trunków, bo likier dopiero drugi na podium słodkości, a nalewka trzecia. Użyłam nazwy „nalewka” w znaczeniu słodkiego trunku alkoholowego.

        Myślę, że Creme de cassis to jednak likier, bo nie ma gęstości kremu. Poznaliśmy go wcale nie w Dijon, skąd pochodzi (podobno) i gdzie byliśmy szukać śladów H. Pottera (nie słodkości 😉 ) Inna, znana na całym świecie słodycz stamtąd, też nasza ulubiona, to musztarda miodowa.

        Niemcy pokazali nam, jak pić Creme de cassis. Dolewa się go do białego wina i tak powstaje „kir”. A tej z kolei nazwy użyczył burmistrz Dijon, który, chcąc upchnąć DZIADOWSKIE wina z tamej okolicy, wymyślił taki oto koktajl 🙂 Mieszany w proporcji 1:9 – smaczny.

        No i Creme de cassis musi być z czarnych porzeczek, bo to nie o miejscowość Cassis chodzi, a o owoce leśne „cassis”. To tak jakby nalewkę wiśniową z truskawek sprzedawali 🙂 Stąd moje zdziwienie.

      • No to już wszystko jasne! 😀 („w temacie” likierów, nalewek i koktajli).
        Dodam jeszcze, choć niezupełnie à propos, że mi synuś podarował przywiezione z Dijon pyszne moutardy w takich maciupkich słoiczkach oraz zwiedzał Dijon i Cassis.

        PS – moje nalewki są czasem na pierwszym miejscu słodkości, a czasem poza podium, to zależy, ile cukru mi się sypnie, bo wszystko robię na oko. 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s