PEŁNIA ROZŚWIETLONA

GalczynskiKtóż jako uczeń nie znał jego wierszy? Był jednym z najpopularniejszych polskich poetów XX wieku, jego utwory należały do obowiązkowego kanonu i zajmowały czołowe pozycje w wypisach szkolnych. Znałam je i lubiłam od dziecka. W szkolnym chórze śpiewałam „Ukochany kraj, umiłowany kraj”, a z okazji 1 Maja recytowałam na szkolnej scenie „Przez świat idące wołanie”:
Jeszcze i jeszcze raz:
najjaśniejsza ze wszystkich gwiazd(…)
i najwyższa ze wszystkich lir:
Pokój.
Pokój.
Der Friede.
Mir.
Najpierw poznałam więc jego poezję patriotyczną i zaangażowaną. Jakież to jednak było zaangażowanie? Jakże inne od przyjętych wtedy standardów. W podstawówkowym podręczniku znajdował się na przykład (pochodzący z 1952 r.) wiersz „Ojczyzna”. Z pozoru patetyczny i nawet mocno tchnący socrealizmem, ale autor nie byłby sobą, gdyby nie nawtykał doń gadających strun, konwalii i dźwięku skrzypiec. Kraju ojczystego nie opisywał ani na kolanach, ani na baczność. Przedstawiał go jako krainę rzeczy najprostszych:
szyba w słońcu uśpiona —
pelargonia czerwona;
parę gwiazd, parę ptaków,
a już wiesz, skąd ten akord;
listek upadnie w strumień,
a już serce rozumie,
ale także jako ojczyznę Norwida i Szopena. Do łopotu flag i robotniczego trudu przy stali i przy zbożu dorzucał śnieg, ptaka, błękit i pelargonię w księżycu.

On sam był trochę z księżyca. Pisał o sobie:
Gdy mi kiedyś serduszko pęknie,
wspomnijcie mnie czasem pięknie,
że był taki facet księżycowy
99 Poeta – szarlatan, który najczystszy liryzm mieszał z kuglarstwem. Szalony i tragiczny Konstanty Ildefons.
W pierwszej klasie liceum moja miłość do jego twórczości osiągnęła siłę wulkanu. Niewątpliwie przyczynił się do tego mąż naszej polonistki, będący wówczas szkolnym bibliotekarzem. Pamiętam, jak któregoś razu w bibliotece czytał nam „Trąbki świątecznej poczty”. Do dziś to słyszę. Pochodził z Wielkopolski i „trąbki” w jego ustach brzmiały tak z poznańska, trochę jak „trumbki”. A potem jeszcze podsunął nam jakieś „Zielone Gęsi”. Chyba to już wiedziałam wcześniej, ale wtedy odkryłam na dobre, że prócz utworów poetyckich Gałczyński pisał też prozę.
W bibliotece znajdowały się jego „Dzieła” w pięciu tomach. W pierwszym i drugim – poezja, w trzecim i czwartym proza, a w piątym przekłady. I się zaczęło. Strona po stronie, tekst po tekście, za tomem tom, co rusz się wzruszając albo chichrając w głos – przeczytałam wszystko. Niektóre utwory wielokrotnie, do dziś mnóstwo ich znam na pamięć, choćby we fragmentach.
Gałczyński świetnie się nadawał do recytacji. Często w konkursach recytatorskich prezentowałam jego utwory. Również prozę, na przykład „Egzamin uczciwości” w formie 14 pytań, z których najbardziej lubiłam ostatnie: Czy w pociągu nie krzyczysz, że już absolutnie nie ma miejsca, gdy przecież znalazłoby się jeszcze miejsce dla tej otyłej pani z sześcioma malutkimi koszyczkami?
Moją miłość do twórczości K.I.G. dzieliła Małgocha. W naszej szkole podczas przerw pacyfikowano uczniów, każąc spacerować w tę i z powrotem po długich korytarzach. Maszerowałyśmy więc z tomikami Gały w ręku i odczytywałyśmy sobie na głos najfajniejsze teksty, zaśmiewając się przy tym ile wlezie i budząc zdziwienie okolicznej młodzieży płci obojga. Najmocniej oczywiście chichotałyśmy przy gesZielona gęś w Praniu

„Zielonych Gęsiach” i „Listkach z fiołkiem”. Nie rozumiałyśmy wtedy zbyt dobrze kontekstu, odniesień do sytuacji politycznej czy konkretnych osób, z których poeta drwił. Nie było to nam potrzebne. Dla nas były to kaskady czarnego humoru i genialny pure nonsens, dziś powiedziałoby się: kompletny odlot.
Taki „Poranek Mickiewiczowski” na przykład i poeta Jan W. Starzec, który ma wygłaszać „Odę do młodości”, a GŁOS I pyta, jakie to jest imię W., po czym staje na wprost Jana W. Starca w pozycji wyjściowej i prosi go o opuszczenie sceny bezpośrednio, bo to on miał recytować, a nie obywatel, który sobie to i owo nielegalnie dodaje. GŁOS KOBIETY apeluje o unikanie scen dantejskich i karczemnych burd, na co Jan W. Starzec i GŁOS I: starają się uniknąć, a JEDEN B.PIJANY śpiewa nieaktualnie „Wśród nocnej ciszy”, zaś potem „Wstańcie pasterze” i kilka bardziej zdyscyplinowanych osób wstaje.
Te didaskalia! Nawet teraz, gdy cytuję te fragmenty, chichoczę. Wtedy po prostu zarykiwałyśmy się, a nasza klasowa koleżanka Ela P. nie mogła zrozumieć, co nas tak śmieszy. W innej „Zielonej Gęsi” otworzył się słoik z chrzanem i mężczyźnie przygniecionemu przez kredens chrzan zalewa oczy, w jeszcze innej NIESZCZĘŚLIWA CIOCIA prosi ociekającego krwią POTWORNEGO WUJASZKA: Och, uduś mnie, nieszczęsny. Przecież i tak nie dla mnie radość życia, skoro lewe oko mam wybite przez ciebie i tylko pół wiosny widzę w tym roku.
Mogłabym tak przytaczać bez końca. Wiele perełek to do dziś moje ulubione powiedzonka na różne okazje. Cham! Po angielsku „czem”, psychologicznie wyśniona bogdanka, biedny wilgotny starzec, żelazko elektryczne i złowrogie, taniec mórz południowych, cholernie mokre drzewo, pani baronowo… i mnóstwo innych.

„A to czem!” mówiłyśmy z Małgochą o Adamie Ważyku, który zarzucał utworom Gałczyńskiego, że za mało w nich ducha nowych czasów (czytaj: socrealistycznych), a za dużo błazeństwa. Biedny Kostek. Przecież się starał, do swoich wierszy, zapewne nie bez obrzydzenia, wcisnął nawet „wartę stalinowską”. I tak było źle. Ci, którzy go osądzali, „wiedzieli lepiej”. Przed wojną publikował swoje wiersze na łamach „Prosto z mostu” – potem oburzano się na jego współpracę z czasopismem antysemickim i faszyzującym. Po wojnie nawet „warta stalinowska” (dziś zresztą wypominana jako hańba, nie zasługa) mu nie pomogła, bo i tak Ważyk na zjeździe literatów apelował do Gałczyńskiego, by „ukręcił łeb temu rozwydrzonemu kanarkowi, który zagnieździł się w jego wierszach”.
A przecież poeta chciał tylko zarobić ździebełko na bułeczkę i masełko. To takie ludzkie. Czy każdy musi być niezłomny i pomnikowy?
Gałczyński zresztą bardzo szydził z polskiej „pomnikomanii” – w przedwojennym „Pomniku studenta”, w powojennym „Dyrektorze i pomniku”… „Pomnik studenta” recytowała Małgocha na którejś akademii, gdy byłyśmy w liceum. Ja wtedy również wystąpiłam, lecz swojej recytacji nie pamiętam, za to jej – doskonale. Tekst zaczyna się słowami: W mieście *** (prawda w oczy kole) pomnik studenta stoi na cokole i Małgocha te trzy gwiazdki w nawiasie zaprezentowała tak: „W mieście (postawmy trzy kropki) prawda w oczy” etc. No przecież to była jawna ingerencja w licentia! Chyba sama miała tego świadomość, bo o tych kropkach powiedziała półgębkiem, znacznie ciszej – a może to był jej sposób na interpretację tego wiersza. Tak czy siak, bardzo tę anegdotę obie lubimy.
Naszą fascynację Gałczyńskim podsycały telewizyjne inscenizacje „Zielonych Gęsi” w reżyserii Olgi Lipińskiej. Potem przez całe lata w każdym odcinku swojego „Kabareciku” Lipińska wracała do tych scenek, a także wykorzystywała inne teksty poety. Zmieniały się czasy, polityka, rządy – a one wciąż brzmiały tak aktualnie. Bo przecież wszystko już było, rzekł Ben Akiba
Nawet do wierszy, które produkowałam jako licealistka, parę razy Kostka wplotłam, pisząc na przykład:
Stanę na środku miasta
I zawołam, że lubię Gałczyńskiego (…)
I jeszcze wiele głupstw popełnię,
Żebyś mógł powiedzieć (…)
Że z wariatką miałeś do czynienia (…)
albo:
Szliśmy razem tak wolno i długo,
Niosłeś mi Gałczyńskiego „Poezje”
I jeszcze jakąś książkę grubą.
Padał śnieg
I Gałczyński ci się wysuwał spod pachy (…)
Gdyby jakimś cudem te teksty mogły dotrzeć do zaświatów, mój idol zapewne przewróciłby się w grobie, na szczęście pisałam je tylko do szuflady i ukrywałam przed światem.
A i tak w szkole znana byłam jako ta, co ma fioła na punkcie Gały. Nawet wróżono mi, że i na studiach ten fioł mi się przyda. Takie tam gadanie, sama nie podejrzewałam, że może się spełnić. Ale tak się rzeczywiście stało.

Na egzaminie wstępnym na polonistykę jedno z wylosowanych przeze mnie pytań dotyczyło ulubionego poety! Lepszego tematu nie mogłam sobie wymyślić, Gałczyńskiego naprawdę miałam w małym palcu, więc zaczęłam terkotać niczym maszynka. Niestety – pewnie z powodu tremy lub może nadmiaru zapału – moja oracja przypominała raczej odpowiedź pilnej uczenniczki, która wygłasza z pamięci wyuczoną lekcję. Takim występem nie dało się porwać komisji, sama to czułam. Jednak w panu, nazwijmy go X (surowo poruszał gęstymi brwiami i to budziło mój największy niepokój) wznieciłam chyba jakąś iskiereczkę, a może przeciwnie, nie uwierzył w moją miłość do K.I.G., bo gdy skończyłam, spytał:
– Czy wie pani, jak się nazywa kategoria estetyczna, która jest najbardziej charakterystyczna dla twórczości Gałczyńskiego?
„Kategoria estetyczna”. Matko Boska, jaka kategoria? Wpadłam w popłoch. Na szczęście podpowiedział mi litościwie:
– Spotkała się pani pewnie z takim określeniem jego poezji, „łezka i…”
– Groteska! – dopowiedziałam. Uff, to o to chodziło. Odetchnęłam z ulgą, lecz pan z brwiami sondował mnie dalej:
– A może zna pani na pamięć jakiś utwór poety i mogłaby nam powiedzieć?
Już kocham cię tyle lat… – zaczęłam po sekundzie namysłu. Wszyscy panowie egzaminatorzy przestali się nudzić i zaczęli się przysłuchiwać. No, tu ich miałam. To wreszcie były moje wody, w nich tak dobrze się czułam, ja – recytatorka.
– ...na przemian w mroku i w śpiewie,
może to już jest osiem lat,
a może dziewięć – nie wiem;
splątało się, zmierzchło – gdzie ty, a gdzie ja,
już nie wiem – i myślę w pół drogi,
że tyś jest rewolta i klęska, i mgła,
a ja to twe rzęsy i loki – dokończyłam.
– Pięknie – powiedział właściciel groźnych brwi, a inny pan: – Wysłuchaliśmy z przyjemnością, dziękujemy pani. – I tym sposobem zostałam przyjęta na filologię polską.

W kilka miesięcy później, z okazji dwudziestej rocznicy śmierci Gałczyńskiego, nasza uczelnia zorganizowała uroczystą sesję, zaproszono różnych naukowców i twórców, a honorowym gościem miała być Natalia Gałczyńska (niestety zachorowała i nie mogła przyjechać). Część artystyczna odbyła się w teatrze. Aktorka Ludwina Nowicka zaprezentowała „Niobe”, a przygotowana przez nią grupa z mojego roku – „Wita Stwosza”. W rozpisanym na wiele głosów tekście poematu miałam do zaprezentowania sporo fragmentów, najważniejszym z nich była słynna „Piosenka o Wicie Stwoszu”. Dla powtarzających się jak refren wersów Synku, niebo się chmurzy, zasłonię cię od burzy pani Nowicka wymyśliła mi całą kreację aktorską, od młodej radosnej matki, która nawet burzę przyjmuje z uśmiechem, bo wie, że obroni przed nią swoje maleństwo – aż po przepełnioną bólem i trwogą matkę rzeźbiarza, którego wielkości nie jest już w stanie pojąć, i którego losem jest mordęga i zawikłanie życiowych dróg. Pomysłem pani Ludwiny było też zainscenizowanie tego fragmentu poematu na podobieństwo grupy figur z centralnej części Ołtarza Mariackiego, będącego przecież dziełem Stwosza. Gdy wypowiadałam ostatnie urwane „Synku – ”, miałam lekko słaniać się, opadać z opuszczonymi bezwładnie dłońmi, podtrzymywana przez kolegę, który w inscenizacji był Witem – niczym Matka Boska na ołtarzu, podtrzymywana przez świętego Jana. Ćwiczyliśmy to wielokrotnie na próbach i efekt był całkiem udany. W każdym razie jeden z gości, profesor Andrzej Drawicz, do którego wystartowałam potem z jego książką o Gałczyńskim z prośbą o autograf, napisał mi „Pani Hannie Bilińskiej z podziękowaniem za bardzo piękną recytację „Wita Stwosza”” – mam nadzieję, że nie tylko z grzeczności. Napalałam się na jeszcze jedną dedykację – w tomiku „Poezje”, którym nagrodzono mnie na jednym z konkursów recytatorskich, a do którego wyboru wierszy dokonała Natalia Gałczyńska. Jednak na taki wpis, wskutek nieobecności Natalii, przyszło mi czekać trzydzieści lat i dokonała go już nie ona, a córka poety.

Publikacja Drawicza „Konstanty Ildefons Gałczyński” była moją pierwszą książką o poecie, o jego życiu i twórczości. Wprawdzie sporo już wiedziałam o Kostku, ale dzięki niej poznałam sporo ciekawostek i zabawnych anegdot. W późniejszych latach mój „gałczyńskozbiór” stale się powiększał i ten proces wciąż trwa. Z różnych powodów – politycznych czy rodzinnych, osobistych – prawdę o życiu poety odsłaniano stopniowo. Nie od razu na przykład mogłam się dowiedzieć, że zanim w czasie wojny znalazł się w Niemczech, w obozie w Altengrabow koło Magdeburga (zwiedzałam ten obóz w latach siedemdziesiątych), wcześniej więziony był w obozie sowieckim. Podobnie rzecz się miała z „odbrązowianiem” Gałczyńskiego. Córka poety po latach dowiedziała się, że ma przyrodniego brata, Natalia Awałow pochodziła z gruzińskiego rodu i naprawdę nazywała się Awaliszwili, Konstanty przed powrotem do Polski po wojnie uwikłany był w co najmniej dwa pozamałżeńskie romanse, w dziejach jego przodków też miało miejsce sporo zawirowań… Że już o ciągach alkoholowych nie wspomnę. Tego wszystkiego dowiadywałam się głównie z książek Kiry Gałczyńskiej, coraz odważniej ujawniającej nieznane dotąd fakty bądź komentującej te, o których donosiły plotki. Szczególnie „Zielony Konstanty” i „Srebrna Natalia” zawierają sporo fascynujących historii, anegdot czy niepublikowanych wcześniej wierszy. Najnowszą w moim zbiorze jest monografia Anny Arno „Niebezpieczny poeta” – bardzo ciekawa, wbrew „niebezpiecznemu” tytułowi obiektywna i wyważona.

Wracam do czasów studiów. Pod koniec drugiego roku należało się zapisać na jakieś seminarium (bo studiowałam w systemie 3+2) i na trzecim roku napisać pracę dyplomową. Wyboru nie miałam wielkiego. Nauki o języku niespecjalnie mnie interesowały, dydaktyka tym bardziej, teoria literatury to był ten pan X z groźnymi brwiami (w dodatku jeden egzamin u niego oblałam i potem zdawałam poprawkowy), więc też nie. Pozostawała historia literatury, lecz perspektywy i tu mnie nie powalały: seminarium prowadził pan Y, który specjalizował się w twórczości Dąbrowskiej i wiedziałam już, że jedynie tym tropem podążać będą wszyscy jego seminarzyści. A ja wówczas byłam fiu bździu i „Noce i dnie” pokochałam dopiero w wieku dojrzałym. Wtedy nie.
Czas mijał i trzeba było się na coś zdecydować, wybrałam się więc w końcu do gabinetu pana Y; trudno, niech będzie Dąbrowska. I tu spotkało mnie zaskoczenie. Najpierw niemiłe. Pan Y oświadczył, że zgłaszam się zbyt późno, on ma już zamkniętą listę seminarzystów i wyjątku dla mnie robić nie zamierza. Próbowałam go uprosić, lecz był niewzruszony. Widocznie zbierając się do odejścia musiałam mieć minę zbitego psa, bo w końcu się zlitował:
– A dlaczego właściwie pani tak zależy na moim seminarium, przecież są inne, czemu akurat to?
Kłamstwo, że uwielbiam Dąbrowską, nawet nie zdążyło mi przyjść do głowy.
– Bo słyszałam, że pan lubi Gałczyńskiego – wypaliłam (nie tak całkiem na oślep, faktycznie coś takiego obiło mi się o uszy) – a to jest mój ukochany poeta.
Pan Y w jednej sekundzie się odmienił. „Przetarł mgłę w okularze”, poprosił, bym zaczekała na korytarzu, bo właśnie ma kogoś umówionego na egzamin, a gdy po kwadransie ponownie weszłam do jego gabinetu, doświadczyłam zaskoczenia nr 2 usłyszawszy, że zostaję przyjęta na seminarium i mogę pisać pracę o twórczości Gałczyńskiego. Ba, temat miałam sobie sama wymyślić! Pan Y podpowiedział mi jedynie, że może coś o… grotesce. W taki oto sposób wracała do mnie „kategoria estetyczna” z egzaminu wstępnego! I chociaż to zagadnienie bardziej należało do zakresu teorii literatury – postanowiłam „wziąć je na warsztat”.
Tyle że postanowienie trzeba było przekuć w czyn, a ja się wtedy jeszcze zupełnie nie zapowiadałam na osobę solidną, i zostawianie obowiązków na ostatnią chwilę to było moje drugie imię… Gdy rozpoczął się trzeci rok studiów, na seminarium najpierw musieliśmy zaprezentować plan przyszłej pracy, więc coś tam wymodziłam i długo potem miałam spokój. Wszyscy nawijali o Dąbrowskiej, mnie pan Y nie tykał i mogłam w spokoju za plecami koleżanki, z książką lub gazetą ukrytą pod pulpitem, czytać sobie teksty zupełnie z seminarium niezwiązane. Raz, pamiętam, o mało się nie zdekonspirowałam, gdy w trakcie lektury „Kwiatów dla Algernona” Keyesa rozszlochałam się w głos. Strasznie mi się nie chciało zabrać do roboty. Nawet kombinowałam przeniesienie się do Wrocławia na „jednolite” studia magisterskie, i „już byłam w ogródku”, ale znowu mi się odwidziało…
Na tymże trzecim roku późną jesienią czy może raczej wczesną zimą wraz ze znajomymi z uczelni pojechałam na rajd studencki w okolice Łodzi. Zakończenie rajdu miało miejsce w Wolborzu i tam jako jedną z imprez finałowych zorganizowano konkurs na piosenkę. Moja grupa zaśpiewała:
Pokochałem ciebie w noc błękitną,
w noc grającą, w noc bezkresną.
Jak od lamp, od serc było widno,
gdyś westchnęła, kiedym westchnął….
Melodię do wiersza Gałczyńskiego wymyślił kolega z roku, on też akompaniował nam na gitarze. Zajęliśmy pierwsze miejsce! Jednym z jurorów była rozpoczynająca wówczas karierę Elżbieta Adamiak. Ach, ocierał się człowiek o ten wielki świat!… 😉

Tymczasem mijały miesiące, a ja wciąż z tą pracą byłam w lesie. Co tam w lesie! Nie miałam nawet w pełni zgromadzonej bibliografii. W końcu Krysieńka, moja koleżanka z pokoju w akademiku, wzięła mnie w karby i zaciągnęła do rozlicznych czytelni i bibliotek (o Wikipedii czy innych tego typu źródłach w sieci nikt w tamtych czasach nie słyszał, a komputer „Odra” miał wielkość połowy pokoju). I wtedy już ruszyłam galopem.
Napisałam. Obroniłam. Chałtura to była nie praca, lecz widocznie znalazło się w niej to „coś” – bo obecny na egzaminie pan X (tak, ten z brwiami) zaproponował mi potem, bym zapisała się na jego seminarium magisterskie i rozszerzała temat! Nie sądzę, by mnie pamiętał z egzaminu wstępnego, recytującą „Już kocham cię tyle lat”. A może jednak?
Pan X mawiał o sobie, że jest „najdalej na zachód wysuniętym sienkiewiczologiem w Polsce” i wszyscy jego seminarzyści zajmowali się twórczością Sienkiewicza, tylko ja i jeszcze jedna dziewczyna – Gałczyńskim. Nawet mnie nazwał „najdalej na zachód wysuniętą gałczynistką”, acz nie tyle oznaczało to uznanie dla moich zasług naukowych, ile miało uzasadnienie terytorialne: mieszkałam wówczas na stałe w przygranicznym Gubinie.
Tym razem do pisania wzięłam się solidnie. Końcówkę powstawania pracy wspominam ze szczególnym sentymentem. Byłam już wtedy mężatką i mąż przepisał mi na maszynie sporą część pracy. Tak, bo przecież nie była to wtedy sprawa tak prosta jak dziś: napisać na komputerze, wydrukować, oprawić. Wówczas trzeba było pisać na maszynie przez dwie kalki – jeden egzemplarz pracy był dla promotora, drugi dla recenzenta, a trzeci, z powodu marnej jakości kalki najsłabiej już czytelny, można sobie było zabrać na pamiątkę. Oczywiście wszystkie trzy oprawione u introligatora. Przepisywaniem prac trudniły się odpłatnie różne panie posiadające umiejętność maszynopisania, ale moją zaczął wystukiwać mąż. Nie był w tym wprawny, więc szło to opornie, wystarczyło przecież machnąć się z jakąś literówką i cała strona szła do kosza. Przepisywaczką była też moja szwagierka i jeszcze parę osób, nawet mnie udało się w wielkim mozole sprokurować parę stron, najwięcej jednak napisał Janek. I przy okazji również jemu wbiły się do głowy różne śmieszne urywki z utworów K.I.G.
Obrona poszła mi gładko, lecz dołączył do niej dodatkowy „smaczek”. A raczej niesmak. Jak to na uczelniach bywa, Pan X, promotor, bardzo się nie lubił z panem, nazwijmy go Z, recenzentem mojej pracy i niewiele brakowało, a dałabym się wplątać w te rozgrywki. Zarówno to, jak i „sprofesjonalizowanie” mojej miłości do twórczości Gały sprawiły, że przez długi potem czas nie miałam ochoty zaglądać ani do oprawionej na zielono mojej ”dysertacji” o grotesce, ani nawet do utworów Gałczyńskiego.

Ten etap już dawno za mną. Wprawdzie moja praca magisterska smętnie porasta kurzem na dolnej półce i nadal nie mam ochoty do niej zaglądać, ale „Dzieła” (wydanie z r. 1979, kupione onegdaj spod lady dzięki uprzejmości znajomej pani z księgarni) znowu wertuję, znów je mam zawsze pod ręką.
Moja wędrówka śladami poety trwa nadal. Dwukrotnie zwiedzałam muzeum w leśniczówce Pranie. pranie

gal001 Choć to absolutny przypadek – czy na fotce z Prania nie przypominamy trochę Konstantego i Natalii? 😉

Odwiedziłam też grób poety i jego żony na warszawskich Powązkach, a będąc w Warszawie w ubiegłym roku, szczęśliwym przypadkiem trafiłam na święto ulicy Gałczyńskiego (pisałam już o tym w liście do redaktora Nogasia – „Listy do N.” w niecodzienniku). warsaw 025 Uczestniczyłam wówczas w spotkaniu z córką poety. Był to rodzaj wywiadu z nią, opowiadała o ojcu, opowieść ilustrowano slajdami. Publiczność niewątpliwie dowiedziała się wielu ciekawych historii, do mojej wiedzy o Konstantym Ildefonsie to spotkanie nie wniosło jednak nic nowego, dużo więcej wiedziałam z książek Kiry. Ale wyszłam zeń z jej autografem – w książce z poematem „Niobe” napisała mi: „Hannie z serdecznością – Kira Gałczyńska”.
„Niobe” napisał Gałczyński w Nieborowie. Również tam, w nieborowskim pałacu, wędrowałam śladami Kostka, tyle że ja za dnia, a on po pałacowych salach błądził nocą, gdy
Księżyc w globusy patrzał w bibliotecznej salce
i po morzu Śródziemnym wodził srebrnym palcem.
Ten księżyc to jeden z najwyrazistszych znaków w poezji Gałczyńskiego. Podobno ktoś policzył, ile razy występuje w jego twórczości. Nie znam liczby, lecz z pewnością musi być ogromna. Księżyc jest patronem zodiakalnych Raków (cokolwiek to znaczy, bo nie znam się na astrologii), a ja jestem właśnie Rakiem. Może więc i z powodów księżycowych Gałczyński, poeta rozświetlonej pełni, złocistości, srebrzystości, księżyców, Bachów i świateł, jest mi tak bliski? U schyłku życia pisał w „Pieśniach”:
Cóż, kocham światło. Promieniem,
jak umiem, wiersze obdzielam.
O, gdybym mógł, tobym zmienił
cały świat w jeden kandelabr.
„Pieśni” są powszechnie znane i w pewnym sensie „oklepane”. Dużo bardziej porusza mnie „Księżyc”, rodzaj poetyckiego testamentu i pożegnania z żoną. Tych wierszy, w których Gałczyński – prześmiewczo lub serio – pisał o swoim odejściu, jest zresztą sporo, znajdziemy w nich wygłup i groteskę, jak np. w „Śmierci poety”, i czysty, wzruszający liryzm, jak właśnie w „Księżycu”:
Któż ja jestem? Płochy blask na ścianie,
a to moje polskie pożegnanie.

Rzeczy miłe, ponure i jasne,
dobrej nocy! Ja za chwilę zgasnę.

Światło moje cichnie jak muzyka.
Ten promień niech zostanie. Ja znikam. (…)

Gdy odejdę, nie płacz moja żono —
ja księżycem wrócę pod twe okno.

Kiedy w szybie promień zamigoce,
wiedz: to ja. Twój księżyc. Serce nocy.powązki

Zmarł 6 grudnia 1953 roku. Miał zaledwie 48 lat. Wierzę, że w tamtej chwili, w jego pokoju, nad biurkiem z zielonym atramentem i rozpoczętym rękopisem, tak jak w napisanym w 1930 roku autoprześmiewczym wierszu „Śmierć poety”:
Zapachniały zefiry,
brzękły potrójne liry,
pierzchnęła tłuszcza.
Serce alkoholowe
unieśli aniołowie
na złotych bluszczach.

(listopad/grudzień 2014)

Reklamy

9 thoughts on “PEŁNIA ROZŚWIETLONA

  1. Gdzie te czasy, kiedy przepisywało się wiersze Gałczyńskiego piórem wiecznym z książki na kartkę w kratkę 🙂 dawało kartkę w prezencie miłej osobie 🙂 Miałam takie pożółkłe kartki wiele wiele lat przy sobie, w moich szpargałach. A może jeszcze je gdzieś mam. Ech, Haniu. Rozmarzyłam się! Albo jechało się z sympatią na Famę do Świnoujścia, a koleżanki w tajemnicy przede mną do Prania. Ale miałam do nich potem żal! Pewnie wybrałabym ich przygodę ponad moją… Całuski i dzięki za miłą lekturę.

  2. Pani Haniu! A ja mam taką kartkę od Pani! Pocztówkę z cytatem: „Ale ja zawsze wierzyłem, że człowiek/ choć raz może się zakręcić jak niebo/i dłużej niż na sekundę”…
    Jak przyjemnie się Panią czyta! 🙂 Przy najbliższej okazji w bibliotece sięgnę po Gałczyńskiego! Ślę nieustające pozdrowienia! 🙂 (o rany, ile wykrzykników! 😉 )

  3. Haniu, kilka razy zabierałam się do tego tekstu, ale zawsze gdzieś po drodze mi się zdarzała przerwa i zaczynałam od początku. Dopiero dzisiaj, gdy powoli zamykam rok, doczytałam. Masz w sobie taką umiejętność pisania, która układa wszystko po kolei. Niby wszystko, co piszesz o Gałczyńskim wiedziałam (też dość świeżo jestem po lekturze Anny Arno), ale dzięki temu tekstowi na nowo mi się to sumuje i wygładza. No i oczywiście z każdego zdania bije pasja i zachwyt strofami poety. Swoją drogą, jakże często nieświadomie posługujemy się jego słowami określając nasze przeżycia.
    Co do biografii – czytałam tę książkę w pośpiechu, bo dostałam ją tylko na kilka dni, a rzecz opasła i jeszcze dodatkowo drobnym drukiem pisana, więc się gdzie nie gdzie pogubiłam. Pewnie jak nadejdzie pora raz jeszcze po to sięgnę.
    Haniu, dobrego pisania w nowym roku Ci życzę, wielu czytelników i pasji – nadal.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s