PODRÓŻ ŻYCIA

Dzień pierwszy – wtorek, 11 września 2012.
Pobudka o trzeciej, kawa, ostatnie przygotowania, podłączenie ustawionego już wcześniej GPS-a (to już po wyjeździe z domu, na parkingu pod pobliskim marketem „Dino”) – start z Lubniewic o 4:30.
Trasę do Kazimierza znamy na pamięć, ale chcieliśmy zobaczyć, którędy poprowadzi nas ta „pani Ania” z GPS (wg opcji „trasa optymalna, z pominięciem dróg płatnych i gruntowych”) – w kilku miejscach ją „prostowaliśmy”, jadąc po swojemu.
Trasa tradycyjnie przez Łowicz (…).
W Kazimierzu byliśmy o 15:30. Nocleg tym razem już nie „Pod kasztanami”, bo tam za drogo, tylko parę domów dalej, u pani J. (teściowej pana od kasztanów) – po starej znajomości – po 40 zł na łeb. Ujdzie.
Kolejnych cen może już nie będę wymieniać, bo naprawdę w tym Kazimierzu jest drogo (jasne, nie dla wszystkich) – ale co tam, żyje się raz.
Obiad grillowy „U Michalaków”, spacer nadwiślańskim bulwarem (jak na dłoni widok na tę katastrofę hydrologiczną w Polsce – płytka Wisła, łachy, w niektórych miejscach pewnie da się przejść w poprzek).
Piwo „U Radka”. Długo tam siedzimy, bo wieczór dość ciepły (a dzień był upalny).kaz1
Tak się cieszę, że jestem znów w Kazimierzu!
Po powrocie do numeru i po prysznicu próbujemy coś jeszcze oglądać w tv, ale padamy jak kawki, choć to ledwo po dwudziestej. Wreszcie odsypiam zaległości.
Dzień drugi – środa, 12 września.
Spaliśmy grubo ponad 10 godzin. Śniadanie w numerze, potem wychodzimy na spacer. Jest trochę burzyczkowo, ale jeszcze ciepło.
Na rynku sporo ludzi, liczne wycieczki. Oraz odwieczne Cyganki (i jeden płci męskiej, z gitarą). Ależ w tym Kazimierzu kasę widać. Pełno nowych i poodnawianych domów.
I nowych lokali. Np. „Kuchnia i wino” na Krakowskiej – pewnie nas nie stać…
Kawa u Sarzyńskich, spacer Krakowską, piwo „U Radka”, zakup w sklepie piw lokalnych, żeby były już na jutro na wywóz (…).
Aha. Byliśmy też dziś w dawnej synagodze (potem: kino, teraz: muzeum+kawiarenka koszerna+noclegi) na wystawie fotograficznej „Żydowski Kazimierz”.
Obiad w barze „Weranda”, przed nim i po nim – trasy spacerowe po okolicznościach i długi postój na Górze Trzech Krzyży, skąd „widok wart wszystkie pieniądze” (i jeszcze bardziej widać, jak niewiele zostało z biednej Wisły). Kaz2
Ponoć od jutra ma się popsuć pogoda, ale póki co – był ładny letni dzień i ciepły wieczór.
W numerze – dopijamy wczorajsze wino i oglądamy „Na dobre i na złe” (prześmiewczo – oraz ja – przysypiając). I spać.
Dzień trzeci – czwartek, 13 września.
Śniadanie, pożegnanie z gospodynią, zaprogramowanie GPS-a – wyruszamy o 8:30. Tym razem już nie poprawiamy maszynki. Wiedzie na wg tylko sobie znanego zamysłu – w paru miejscach odcinki są co najmniej dziwne, ale niech jej tam będzie, zwłaszcza że nawierzchnie tych dróg są dobre.
Pierwszy etap – Łańcut. Zwiedzamy komnaty zamkowe (bogactwo), oranżerię (taka se) i powozownię (55 pojazdów przecudnych). lancut
Kupujemy kwiatek dla Marylki (Janka koleżanka „z piaskownicy”) i jedziemy już w Bieszczady – do Orelca, do „Szeptu” Maryli i Staszka. Chcemy od jutra poszukać tanich noclegów gdzieś bliżej połonin.
Na tę noc gospodarze oferują nam gościnę w „Domku białym” (w swoim „Szepcie” mają jeszcze „Domek z piernika” – warto zapamiętać ten adres!).
Jadę z nimi na mszę w kościele w Myczkowcach (w ośrodku Caritasu) – po mszy herbatka z przewielebnym i znajomymi Staszków w kawiarni „Pod świętym Franciszkiem (nasi gospodarze są bardzo religijni i głęboko wierzący, codziennie uczestniczą we mszy).
Wieczór u nich bardzo miły i długi (w ich domu – trzecim, najwyżej się znajdującym domu na tej posesji), ze strawą dla ciała i ducha. M.in. bardzo dobre wino węgierskie.
No i prostują nas, zwłaszcza Staszek, przewodnik bieszczadzki, autor wielu podręczników, map etc. – że Eger na Węgrzech jest przereklamowany i mamy jechać do krainy winnic i tokaju, która zaczyna się już na Słowacji.
Spać – o północy, w miłym „Białym domku”, gdzie Janek już wcześniej nam pościelił – i napalił w kominku. Ach, jak miło – bo wieczór i noc są już chłodne, zaczyna mżyć.

Dzień czwarty – piątek, 14 września.
Śniadanie i pożegnanie ze Staszkiem (pojechał poprowadzić jakąś grupę po górach), kawa u Maryli.
Daje nam mnóstwo różnych ulotek, informatorów (a poprzedniego dnia Staszek podpowiedział nam cztery trasy, które moglibyśmy zrobić w w kolejnych dniach – tylko czy damy radę?).
Wyjazd około południa, GPS, docelowo najpierw Smerek, ale tam w popeerelowskim ośr. wypoczynkowym jeszcze nie wiedzą, czy będzie wolny pokój, bo mają 2 wycieczki – a zresztą może tam być głośno, więc jedziemy dalej.
Wetlina. Zaciekawia nas nazwa „Cień PRL-u” i że tam tanio. Siedzi kilku misiów i jedna dziewczyna, jeden z gitarą, na stole tłum butelek i puszek piwnych, wszyscy już weseli. Robimy na nich tak dobre wrażenie, że chcą nam zorganizować pokój za 1-2 godziny, a jeden chce nawet odstąpić swój, namawiają, żebyśmy zostali. Cena 20 zł/os. (ale do tego chyba trzeba by dokupić codziennie skrzynkę piwa?). Dość siermiężnie (jak to za PRL-u bywało wszak), ale o to mniejsza, tylko że… gdybyśmy tak byli ze 30 lat młodsi! Pewnie nie wahalibyśmy się ani chwili…
Ruszamy dalej, zabierając z sobą gitarzystę Wojtka – jakiegoś barda ni to krakowskiego, ni to bieszczadzkiego – który gra nam w aucie i śpiewa (a już wcześniej pod tym „Cieniem” wykonał dla nas minikoncert); jedziemy do Ustrzyk Górnych. Tam Wojtek wysiada, a my decydujemy się sprawdzić polecony nam – przez Wacka (tj. niedawno był tam jego syn z żoną i przyjaciółmi) – kwaterę u pana Gabrysia w jednym z żółtych domków za kościołem.
No i tam cumujemy. Ponoć ma być tanio, jeśli z własnym śpiworem, to 20 zł/os. – tak zakomunikował syn gospodarzy, a jego mama potwierdziła.
Też jest tu bez luksusów, ale dużo lepiej i spokojniej niż w tym „Cieniu”. pod gabr
Zostawiamy graty w pokoju i idziemy na obiad w jednej z tutejszych knajp („Czatownia”), domowo i niedrogo. Jutro zamierzamy wyruszyć na szlak – może na Połoninę Caryńską. Liczymy na dobrą pogodę. Dziś od rana mżyło, potem się przejaśniło i nawet wyjrzało słońce, ale wieczór jest znowu szary i chłodny.
Spać idziemy już o 22. Choć oprócz nas nocuje tu jeszcze – na górze – czworo młodych, którzy na motocyklach przyjechali z Krakowa, w nocy jest cicho, tylko podłogi i szafa skrzypią.

Dzień piąty – sobota, 15 września.
Dzień urodzin Wojtka – wysyłam mu życzenia sms.
Od rana ciurkiem pada! W najlepszym razie – siąpi. Czekamy do południa na poprawę pogody, zastanawiając się, co tu robić, w końcu wymyślamy trasę objazdową do cerkwi w Łopience. Z Ustrzyk zabieramy parę naszych mniej więcej równolatków – do Dołżycy. Dalej jedziemy na parking pod Łopienką, stamtąd ok. 2,5 km pieszo, do cerkwi. Po drodze mijamy dwa stanowiska wypalania węgla drzewnego. wypal----0 Wskutek marszu w butach górskich zaczynam mieć poobcierane pięty, cholera, jak ja jutro pójdę na Caryńską?! Wypogodziło się, chwilami widać słońce. W cerkwi trafiamy na ślub (ale katolicki). Ładny obiekt, odbudowany – kiedyś to był główny ośrodek prawosławny na tym terenie.    cerk    lopienka
Wracamy na parking i jedziemy zurueck. Po drodze – w Krzywem – jemy smaczne pstrągi bieszczadzkie – wędzony i smażony – w „Barze na stawach”. Następnie – Wetlina. Pijemy kawę w „Bazie ludzi z mgły” – fajny klimat, wcale to nie taka mordownia (przynajmniej za dnia), jak zapamiętał to Jaś. Jadąc dalej, z Przeł. Wyżniańskiej zabieramy kolejną parę na stopa – do Ustrzyk Grn. – do „Białego Domku”. Wymieniamy – jako i z tą poprzednią parą – uwagi o kwaterach. Wygląda na to, że mamy całkiem niezłą – szczególnie że gdy się usiądzie przed domem, ma się piękny, rozległy widok, m.in. na Połoninę Caryńską.widok spod gabr
I tam też – przed domem – sobie trochę posiedzieliśmy po powrocie, ale zrobiło się chłodno, więc poszliśmy do numeru., skąd jednak zdecydowaliśmy się jeszcze wyruszyć do „Zajazdu pod Caryńską” na placki po bieszczadzku – nie najgorsze, acz placki po karkonosku w Szklarskiej Porębie smakują nam bardziej.
Wieczorem w numerze graliśmy w remika – kartami, które dostałam jako dodatek do biletów na wystawę w kazimierskiej synagodze. Przegrałam.

Dzień szósty – niedziela, 16 września.
Na lewej pięcie mam bąbel, na prawej bąbelek. Okleiłam pięty plastrami, i po śniadaniu, założywszy buty górskie, ruszyliśmy. Busikiem bieszczadzkim do Berehów Górnych, stamtąd na Połoninę Caryńską. car Pogoda dość ładna, na podchodzeniu nawet zgrzaliśmy się. Przejście tej trasy ma ponoć trwać 3 h, ale chyba dla biegaczy! My idziemy trybem emeryckim, jako i sporo innych ludzi na szlaku – choć owszem, szybkościowcy też są. Widoki niesamowite. Pstrykamy sporo zdjęć. bie1  widDobrze, że Janek uparł się, by wziąć ciepłe kurtki – i jak zwykle miał rację, bo na górze mocno duje i ućwierklibyśmy.
Przy schodzeniu już mocno bolały mnie nogi, ale dałam radę. W sumie wędrowaliśmy 5 h 15′ – takie wszak było założenie, żeby powolutku i z godnością.
Po zejściu do Ustrzyk – obiad. „Berdo” – zupa pt. „kociołek bieszczadzki” (wszystko tu jest „bieszczadzkie – choc to jakiś „przegląd tygodnia” był; ale smaczny).
Zakwasów nie mamy. Bąbel na lewej pięcie już mi pękł. Zobaczymy, co to będzie jutro.
Wieczorem znów remik – i znów przegrałam.

Dzień siódmy – poniedziałek, 17 września.
Po śniadaniu jedziemy autem na przeł. Wyżne. Stamtąd żółtym szlakiem – na Połoninę Wetlińską. Tzn. najpierw podchodzimy do schroniska Chatka Puchatka, potem w lewo na połoninę spacerkiem łagodnym podejście,zejście, podejście – i curik. bie2   jas A potem tą samą trasą powrót na parking – w sumie 4 h z kawałkiem. Widoki znów były przecudne, a ducie na połoninie jak wczoraj albo i silniejsze – kurtki znów bardzo się przydały. Oplastrowana pięta wysyłała mi sygnały, alem ją zignorowała i nie było źle. I nadal nie mamy zakwasów!
Ordynuję jeszcze jazdę autem do Kalnicy i troszkę dalej, do nieistniejącej ukraińskiej wsi Jaworzec. To podpowiedź Andrzeja R., starego wygi bieszczadzkiego, który wczoraj do mnie zadzwonił z różnymi propozycjami tras.
Ze wsi w 1947 roku wywieziono wszystkich mieszkańców, ok. 500 osób – i nie został kamień na kamieniu. Idziemy tam zu Fuss, Janek szybko rezygnuje, ja idę dalej – ale jestem rozczarowana, inaczej to sobie wyobrażałam, tymczasem poza tablicą informacyjną nie było nic – a tylko lewą piętę otarłam sobie już do krwi.
Po powrocie do Ustrzyk najpierw siedzimy przed domem, sącząc piwo i gapiąc się, jak słońce zachodzi za góry. Potem idziemy na obiadokolację „Pod Caryńską”. Zupa podobna do wczorajszego kociołka, tylko nazywa się „węgierska”, za to „po bieszczadzku” są Janka pierogi (opiekane ruskie) – a moje już zwyczajne, z kapustą i grzybami.
W pokoju znowu remik – Janek znów mnie ogrywa! Bardzo wcześnie idziemy spać i śpimy prawie 11 godzin.
Najradośniejszy moment tego dnia: telefon od Jaśka, że przesłał nam mail od Wojtka, estońskiego wolontariusza, i że u Młodego jest w porzo. Bo już się martwiłam tym brakiem wiadomości (rano, korzystając z uprzejmości gospodyni, sprawdzałam pocztę, napisałam do obu synów, żeby dali głos).

Dzień ósmy – wtorek, 18 września.
… No i już po szczęściu, jako po tej bańce mydlanej. Wojtek pisze, że z tą Estonią to nietraf (…) i jeśli nic się nie zmieni, będzie tam tylko do końca września, potem wraca.
Odpowiedziałam mu jak zawsze, żeby słuchał swojego głosu wewnętrznego. Jeśli nie obudzi się w nim rodzinna żyłka belferska, niech wraca. I tyle. (…)
To już ostatni nasz bieszczadzki dzień. Porywamy się na Tarnicę. Busikiem jedziemy do Wołosatego i stamtąd – na czerwony szlak. DSCN0132 Pogoda piękna. Tradycyjnym emeryckim tempem docieramy na przełęcz pod szczytem – na samiutki szczyt, jeszcze z jakieś 30 m, już nie chce nam się drapać. Odpoczynek – i zaczynamy schodzenie do Ustrzyk Górnych czerwonym szlakiem, które to schodzenie jest najpierw podchodzeniem,  a potem trafia się i kilka bardzo stromych, kamienistych zejść. tarnica       Na połoninie znów duje okrutnie – ale dzień jest ciepły i tym razem obyliśmy się bez kurtek. Widoki takie, że dech w piersiach zapiera, na obie strony. Oczywiście znów napstrykaliśmy sporo fotek. Schodzimy dłużej niż wchodziliśmy – gdybyśmy wybrali odwrotną trasę, byłoby nam dużo ciężej. W sumie nasza dzisiejsza trasa zajęła nam najwięcej czasu: 6 h 15′ – ale naprawdę warto było! A na koniec, już w Ustrzykach, Janek zrobił nam „na nosa” taki skrót, że aż klęłam, bo znów się trzeba było pod górę wdrapywać – ale, o dziwo, wyszliśmy dokładnie na tył domu naszych gospodarzy.
Dziś – po tradycyjnym posiedzeniu przed domem ( w trakcie – jak wczoraj – rozmowa tel. z Wackiem, bardzo nam zazdroszczącym tych Bieszczadów) – obiad spożywamy w numerze, w postaci zupek chińskich z chlebem, albowiem już wczoraj poważnie naruszyliśmy finansowe „zeteny” przeznaczone na Polskę.
W chwili, gdy pisałam powyższe, przyszedł sms od Wojtka, o treści znów radosnej (…). No to super. (…)

Dzień dziewiąty – środa, 19 września.

Żegnajcie, Bieszczady! Było cudnie. Nawet nie myślałam, że tak nam się uda z tymi szlakami, wędrówkami (a Janek tym bardziej nie myślał) – jestem z nas dumna. Tym bardziej że dla mnie, zezowatej, nawet chodzenie po nizinach jest teraz niedoskonałe, a na górskich szlakach to już prawdziwy hardkor. Ale było SUPER!
Zakupy w Ustrzykach, tankowanie i ustawianie nawigacji w Cisnej – i jedziemy na Słowację – tam trasą przez Medilaborce.
Maryla i Staszek powiedzieli nam, że Eger to jest komercja i mamy jechać do słowackiej Malej i Vlkiej Trny (gdzie już zaczyna się kraina tokaju i te winne piwniczki) – co też uczyniliśmy. GPS poprowadził nas jak po sznureczku. W Vlkiej Trnie skierowano nas na ubytovanje do niejakiej pani Nadii, a ona i mąż (też nauczyciele) wynajmują noclegi w domu w Malej Trnie, a właściwie jeszcze kawałek za nią – po prostu „na końcu świata”.
Najpierw pojechaliśmy do winnej piwnicy naszych gospodarzy – ależ cudko! – obfotografowałam (takich piwniczek jest tam 36) i po małej degustacji wybieramy 2 litry tokaju furmint. piwniczak
Potem jedziemy z gospodarzem do tego samotnego domu. Znowu wydaję mnóstwo ochów i achów z zachwytu. dom2Dom wśród winnic (jedna – naszych gospodarzy) z zadaszoną, obrośniętą winoroślą werandą. dom1  Na dole salon z kominkiem i kuchnia oraz dwie łazienki, na górze trzy sypialnie i łazienka. I będziemy tu SAMI! I to wszystko ponoć za 11-12 euro/os. Po prostu wierzyć nam się nie chce.
Sączymy na werandzie tokaj, tokaj   obchodzimy spacerkiem najbliższą okolicę domu (winogrona słodkie jak miód), ślemy sms-y do przyjaciół, szkoda, że tu ich nie ma z nami. Jest ciepło, śpiewają ptaki, z tyłu za domem syn gospodarzy kosi trawę między rzędami w winnicy, z przodu na horyzoncie widzę już Madziarsko (piszę siedząc na werandzie) – po prostu sielanka. Chyba zostaniemy tu i na następną noc.
Po bardzo ciepłym dniu – wieczorna burza; Janek rozpala w kominku.
Moja kolejna przegrana w remika: wczoraj 2:5, dziś 2:6.

Dzień dziesiąty – czwartek, 20 września.
Całą noc lało i strasznie duło, w dodatku raz po raz budziły mnie jakieś głośne bumbania, niczym strzały armatnie – aż trochę miałam pietra na tym odludziu.
Rano nadal leje ulewnie i fuka – co tu robić? Wymyślam wyjazd na Węgry, do basenów termalnych – Miskolc Topolca. Ruszamy dość późno, bo rano Jankowi po wczorajszym winie jeszcze mocno dymiła czacha.
Najpierw zajeżdżamy do pani Nadii (się okazuje, że Nadia to nie ta wczorajsza pani, a jej synowa) – ogłosić, że zostajemy do jutra i zapłacić za całokształt. Z winem (zamówione następne 2 l) miało być 52 euro, ale że nie miałam drobnych, to machnęły ręką i wyszło 50.
Janek programuje nawigację i ruszamy. Cały czas leje, droga jest paskudna, jazda do tych basenów z perypetiami, mimo GPS-a wcale nie prosta, Jankowi za kierownicą aż skręca się żołądek. Wreszcie docieramy i z pomocą Polaków (sporo tam polskich turystów) jakoś sobie radzimy. Nie mamy ani pół forinta, żeby zapłacić za parking, więc Janek kozaczy i zostawiamy auto na bezczelnego pod jednym z licznych tam hoteli.
Dwie monetki stuforintowe na szafki basenowe darowuje nam przewodnik, którego przedwczoraj – z grupą integrujących się warszawskich licealistów – spotkaliśmy pod Tarnicą i dziś nas rozpoznał. Za wstęp na baseny na szczęście można płacić kartą.
Kupujemy najkrótszy, 3-godzinny pobyt, ale spędzamy tam 2 godziny, by nie wracać po ciemku. Te baseny – w podziemnych jaskiniach – bardzo fajne, w jednych woda ciepła, a w innych jeszcze cieplejsza, bicze wodne itd. Jak dobrze było się tak wymoczyć i odstresować… Szkoda, że nie zrobiliśmy zdjęć.
Wracamy do „naszego” domku już jak po sznurku, po drodze odbierając od państwa zamówione wino. Janek znów rozpala w kominku, ja zrywam parę gron w winnicy, potem jemy kolację i sączymy tokaj.
Mam nadzieję, że jutro znów będzie ładna pogoda (a co do nocnej ulewy, tego fukania potępieńczego i dziwnych wystrzałów, to okazało się, że rzeczywiście takie specjalne ustrojstwo strzela, żeby odstraszyć zwierzęta obgryzające winorośle). W Madziarsku, gdy wyszliśmy z basenów, już przestało padać i wracaliśmy w stronę Słowacji w pięknym świetle przedwieczornego słońca, dopiero teraz widząc te wszystkie winnice w krainie tokaju na wulkanicznych stożkach po obu stronach drogi, a na horyzoncie – tęczę.
Wieczorem nareszcie, choć nisko, wygrywam w remika.
W nocy coś chwaszczyło i tuptało, i budziło mnie – Janek powiedział, że to chyba jakaś kuna na strychu. Rzeczywiście – jak mówił wcześniej pan Jano – w tym domu to już tylko my i sarny, lisy… no i kuny! DSCN0162

Dzień jedenasty – piątek, 21 września.
Wstajemy o szóstej, wyjeżdżamy tuż po ósmej – najpierw pożegnać się z państwem i oddać klucze, wymiana adresów oraz – korzystam z dostępu do netu. Jest mail od Wojtka! (przesłany nam przez Jaśka) – Młody radosny i tą pracą w estońskiej świetlicy wyraźnie dowartościowany. Super.
Ruszamy na Węgry. Najpierw Sarospatak. Kościół św. Elżbiety i zamek Rakoczego – ale zwiedzamy pobieżnie z braku czasu, a poza tym – w jakim języku? po węgiersku? sarosp
W późniejszej trasie w miejscowości Bukkabany jemy obiad (po trosze węgierski – ichni gulasz; plus jakieś mięcha). Przejeżdżamy już pod wieczór nad Dunajem, szkoda, że tak późno.
Już „o ciemku” dojeżdżamy do Chorwacji. Beli Monastir – na stacji benzynowej pytamy o nocleg, o jakieś sobe – pan ze stacji mówi, że owszem, ale bez hotelowych luksusów i sprowadza nam telefonicznie młodego człowieka w polskim małym fiacie. Spodziewamy się klitki przy rodzinie z co najwyżej umywalką i kibelkiem – a tu: prawdziwy apartman („Racing”) – salon, sypialnia, łazienka, cieplutko, czyściutko, pachnąco (w domu nie mam takich błysków) – i może być ze śniadaniem, więc ok, niech będzie.
Choć padnięci po podróży, późno, bo dopiero ok. pierwszej idziemy spać. W remika znów moje nieznaczne zwycięstwo (3:2).

Dzień dwunasty – sobota, 22 września.
Śniadanie. Pani (właścicielka – matka tego młodego – aha, zapomniałam napisać, że on nas wczoraj jeszcze woził do bankomatu) zrobiła nam taki full wypas, że ledwie połowę zdołaliśmy zjeść.
Ruszamy. Ten odcinek Chorwacji jest krótki, a po nim już Bośnia i Hercegowina. Po wczorajszych węgierskich nizinach i płaskościach – dziś kompletna odmiana: góry, góry, góry… Cały ten kraj – przynajmniej na trasie, którą wiedzie nas nawigacja – jest górzysty. Mnóstwo serpentyn i przejazdów przez tunele – ale widoki cudne. Piękne te góry i przylepione do ich stoków domki.
Jakieś 90 km przed Sarajewem, zachęceni widokiem przydrożnych knajp z pieczonymi na ruszcie jagniętami (to muzułmański kraj – kościołów naliczyliśmy na całej trasie najwyżej trzy, za to sporo minaretów), zajeżdżamy wreszcie w jedno miejsce i zamawiamy ową jagnięcinę. Smaczna, choć załapujemy się na już upieczoną i wystygłą, a miałam nadzieję, że będzie prosto z rusztu. Trudno.
To nasz obiad. Dalsza jazda – po drodze pstrykam fotki „japońskie” (z samochodu), ale parę razy zatrzymujemy się i wysiadamy, by zrobić zdjęcia – m.in. w dolinie Neretwy. Cudo! – rzeka wśród wysokich gór. bosnia nerwt
Przed Mostarem (choć Janek miał szalony zamiar dojechać aż do Dubrownika) pytam w barze przy stacji paliwowej o nocleg. Kierują nas do hotelu „Barik”. Nie tak tanio, jak na naszą kieszeń, ale dobra, niech będzie, bo Jankowi już naprawdę należy się odpoczynek.

Dzień trzynasty – niedziela, 23 września.
W hotelu był na ścianie malunek przedstawiający stary most w Mostarze, Janek przypomniał sobie historię jego odbudowania i zaproponował, żebyśmy pojechali go zobaczyć. Więc najpierw ruszyliśmy do Mostaru.
Pięknie położone miasto nad Neretwą, wśród gór. Widać jeszcze ślady bałkańskiej wojny, sporo domów zniszczonych, wypalonych, ze śladami po kulach. I wzdłuż ulic (np. głównej – Marszala Tita), na trawnikach, po kątach – pełno śmieci. Ale stare miasto jest czyste i przecudnej urody, te uliczki, sklepik przy sklepiku (turecko-islamski i po-Titowy art), wyślizgane kamienie pod stopami, kamienne łupkowe dachy, no i ten most. I widok z niego.MOSTAR1    Piękna starówka, robimy fotę za fotą. MO2 most            schody
Po powrocie na parking, gdzie zostawiliśmy auto, ruszamy dalej. W mieście Caplina nawigacja tak nas przewłóczyła, a Janek tak usiłował ją przechytrzyć, że kance kancow jakąś inną drogą docieramy do Gabeli i tam też błądząc, trafiamy wreszcie na przejście graniczne – jakieś boczne i chyba głównie dla miejscowych, bo wzbudzamy podejrzenia, skąd tu nagle turyści z Polski, czy nie przemycamy alkoholu i papierosów. Każą nam zjechać na bok i trzepią z lekka, oczywiście żadnego przemytu nie znajdując.
Wreszcie – Chorwacja. Oraz jazda jadranską magistralą – i Jadran! Widoki przepiękne, ale od tej jazdy na zakrętach i wysokościach aż nas mdli.
Nocleg postanawiamy znaleźć w miarę blisko Dubrownika i stamtąd jutro się wybrać na zwiedzanie. Wybieramy z mapy miejscowość Trsteno i dojeżdżamy doń. Pełno – jak wszędzie – tych sobe i apartmanów, kierujemy się nosem, trafiamy do ładnego domu, w kwiatach (zresztą w tej Chorwacji wszędzie jest ładnie). Apartman: sypialnia, kuchnia, łazienka. Miła właścicielka. Postanawiamy zostać tu dwie noce.
Ogarniamy się trochę i idziemy na plażę – w dół krętą uliczką, przy której i my mieszkamy – uliczka nazywa się Potok, bo potoczek przy niej płynie.
Na jednej z kamiennych nadjadrańskich platform urządzamy sobie legowisko.   trste   DSCN0269 Słońce jeszcze smali wręcz upalnie. Przez całe lato nie kąpaliśmy się w naszym jeziorze, a tu, proszę – idziemy popływać. Pod koniec września! No, ale to Adriatyk przecie. Woda w pierwszej chwili trochę rześka, podroz zycia 009 ale potem już cacy. Po kąpieli    DSCN0275   wygrzewamy się na słońcu.  DSCN0279 Ach, jak się cieszę – tyle lat o tym marzyłam… „Moje sunce, moje more i Dalmacija”!
Wieczór w apartmanie, a częściowo też w patio na zewnątrz domu. Mimo księżycowej nocy jest ciepło i cykają cykady.

Dzień 14 – poniedziałek, 24 września.
Ależ był dzień pełen wrażeń! – i nerwów.
Po śniadaniu pojechaliśmy do Dubrownika. Bez większych przeszkód dotarliśmy na podziemny parking i stamtąd po znakach ruszyliśmy na Stary Grad. Kupiliśmy bilety na oblaznicę, czyli mury otaczające Stary Grad – i tu dopiero doznaliśmy opadu szczeny. Dwie godziny wędrówki po tych murach, z jednej strony Jadran, z drugiej morze czerwonych dachów, DSCN0338spacer to w górę, to w dół.    dubr dachy Nogi mi się trzęsły z powodu lęku wysokości, a w końcu i ze zmęczenia. Mostar nas zachwycił, a Dubrownik jeszcze bardziej rzucił na kolana.
Potem schodzimy na dół. Na murach było sporo ludzi, ale na tej dolnej głównej trasie – tłumy (wyobrażam sobie, co tu się dzieje latem). I te wyślizgane, lśniące kamienne płyty pod nogami. podroz zycia 001
Trafiamy na bankomat – i tu zaczynają się chwile grozy: zapomniałam swojego pinu! W głowie mętlik na przemian z pustką, pamiętam tylko cyfry, ale jaka jest ich kombinacja??? Próbuję trzy razy, za każdym razem odmowa, szukamy innego bankomatu, tam już tylko jedna próba – też nieudana. Mam obłęd w oczach i gdzieś idę, nawet nie wiem, gdzie w ten tłum. Janek trzeźwiejszy, ogarnia mnie i już nie pozwala próbować w bankomacie kolejnego banku, sam bez problemu wybiera 500 kn i mówi, że teraz muszę spróbować gdzieś zapłacić kartą, może wreszcie mózg mi się odblokuje i trafię we właściwy kod. Nogi to mi się dopiero teraz trzęsą, jako i pozostałe członki. Zapisuję różne kombinacje, które wydają mi się prawie pewne, wreszcie ma przebłysk – tak, to chyba będzie to! Znajdujemy fotoshop z usługami, chcemy kupić nową kartę do aparatu fotograficznego, ale jest za droga, decydujemy się więc na zgranie zdjęć z naszej karty na płytę, za 80 kn. Czekając – idziemy na obiad do pobliskiej restauracji (b. dobra pizza i kawa) – płacimy gotówką. W fotoshopie można płacić kartą, nadchodzi więc godzina próby. Udało się!!! Uff…
Teraz już mogę wybrać pieniądze z bankomatu. Ale co mnie to nerwów kosztowało, to moje.
Pomalutku schodkami w górę wracamy na parking, tam znów problem, bo parkomat ze stu kun nie chce wydać reszty, wreszcie Jankowi udaje się u ludzi (Polaków zresztą) rozmienić i możemy zapłacić (75 kn). Potem jedziemy kawałek za Dubrownik, do centrum handlowego (zakupy w Lidlu), potem jeszcze dalej – na stację benzynową.
No i zurueck do Trsteno.
Zasiadamy z piwem na zewnętrzu, lecz wymyślam, żeby jeszcze pójść do miejscowej konoby, może tam będą jakieś klimaty. Klimaty takie sobie, za to bardzo smaczne mięsa z grilla (zwłaszcza kotlety cielęce). Choć drogie – kurna, oni tu mają naprawdę dużo drożej niż w Polsce. Ale co tam.
Po powrocie – patio, ciepły wieczór – potem w numerze remik: wczoraj przegrałam, dziś wygrałam 3:1, ale na tym koniec, bo po emocjach byłam padnięta i znalazłszy się w łóżku, zasnęłam w jednej minucie. Nie słyszałam nawet, że Janek jeszcze wychodził i na zewnętrzu pił korculansko stolno vino (po słowackim tokaju – sikacz prosty), zaprzyjaźniając się z miejscową kotką.

Dzień 15 – wtorek, 25 września.
Spałam aż 12 godzin, nie do wiary!
Dziś mamy luz – jeszcze wczoraj postanowiliśmy, że zostajemy tu o dzień dłużej. Tym bardziej, że nasza pani – Żelijka – zgodziła się, że za 200, a nie 250 kn.
Żelijka ma tu piękny ogród (kilka lat temu dostała dyplom za najpiękniejszy ogród w okolicy), ale i sporo roboty przy nim.
Tu zresztą wszędzie są piękne rośliny i ludzie mają wokół domów jak w pudełeczku i jak w palmiarni. patio Klimat południowy (i jakiś mikroklimat – w Trsteno znajduje się np. arboretum), więc wszędzie są palmy, wielkie agawy, dojrzewają pomarańcze, cytryny, migdały, granaty i inne cuda niewida.
„Kucza”, w której mieszkamy, składa się z dwóch kamiennych białych domów, Żelijki i jej brata, no i z tego ogrodu, za którym jest jeszcze spory plac parkingowy. A powyżej, rzut berecikiem od domu naszej gospodyni, rośnie ogromny, stary platan. Niesamowity. Ani chybi jakiś znany pomnik przyrody, bo zatrzymują się przed nim lub choćby zwalniają wszystkie autokary wycieczkowe. Może też dlatego, że znajduje się pod nim obelisk upamiętniający poległych w wojnie bałkańskiej. platan
Po śniadaniu idziemy na spacer miejscowymi zaułkami, po powrocie zaś kupuję od bratowej naszej gospodyni oliwę własnego tłoczenia (państwo mają dużą plantację masliny) i jeszcze mały likierek wiśniowy.
Pijemy kawę w patio, w towarzystwie zaprzyjaźnionej kotki, a potem idziemy nad Jadran. Zapomniałam napisać, że wczoraj zaraz po powrocie z Dubrownika też poszliśmy nad morze, na godzinkę, znów trochę popływałam; Janek nie miał ochoty. Za to dzisiaj spędziliśmy na naszej platformie 3 godziny i kapaliśmy się dwukrotnie. No szał! jadr Choć fala była dziś spora i trzeba było uważać, żeby nie trzepnęło człowiekiem o te ichnie skały. Sporo chmur na niebie, słońce niby takie niewinne, wiaterek – ale opaliliśmy się.
Po powrocie, przy piwku, próbuję zliczyć wszystkie dotychczasowe płatności kartą i kwoty wybierane z bankomatów, by zorientować się w obecnym stanie konta. Wychodzi na to, że jeszcze możemy poszaleć.
Po obiedzie – tym razem bez szaleństw, instant – Janek tnie drzemkę, a ja uzupełniam zapiski.
Pod wieczór spacer. Polska para na pobliskim autocampie. Wciąż w Chorwacji spotykamy Polaków, np. na plaży, gdzie w ogóle jest garstka ludzi, że już o Dubrowniku nie wspomnę.
W/w autocamp b. ładny, tarasowy, miejsca na samochody i namioty są trawiaste, wśród starych drzew oliwkowych (warto zapamiętać, polecać). Za radą tej pary z campu postanawiamy jutro, już w drodze do Splitu, zajechać do Stonu i potem do winnic na półwyspie Peljesac.
Po spacerze dosączamy nasze białe wino w patio i – odmieniamy zamiar: zostaniemy tu jeszcze jeden dzień! Idę do pani to oznajmić oraz zapłacić, a ona ucieszona przynosi nam za chwilę butelkę dobrego czerwonego wina „dla moich dobrych gości”.
Pijemy to wino, siedząc „na krótki rękaw” (jest jugo i ciepłe noce), zagryzamy kupionymi w Lidlu oliwkami (pychota) i serem – i jest bosko.

Dzień szesnasty – środa, 26 września.
Janek tak się napalił na te kąpiele, że od rana ponaglał „do Jadrana, do Jadrna” (jak kiedyś nasz mały Jaś, „do piaseczku, do piaseczku”). Zanim jednak poszliśmy na naszą półkę, pojechaliśmy na Poluotok Peljesac. Zwiedziliśmy najpierw miejscowości Mały i Duży Ston i znajdujący się tam „mały chiński mur” (najdłuższy mur w Europie – 5,5 km), a nawet wleźliśmy i przeszliśmy się po nim kawałek. ston  podroz zycia 042
Potem ruszyliśmy w stronę winnic. Nie chciało nam się daleko szukać, więc w jednej z pierwszych dokonaliśmy zakupu win i destylatów (po spróbowaniu, rzecz jasna). Drogo jak diabli, ale tu chyba wszyscy tak z turystów skórę drą.
Porozmawialiśmy trochę z właścicielem winnicy i jego córką podroz zycia 050 – pan się ucieszył, że jesteśmy z Polski, a jeszcze bardziej, że znam piosenki klapy Intrade (bo się popisałam, pytając o znaczenie niektórych wyrazów z tych piosenek). Ponadto się śmiał (i rozczulił chyba?), gdy mu Janek powiedział, że my też mamy winnicę – 11 krzewów. Aż na koniec z tej radości dołożył nam jeszcze jedną flaszeczkę gratis.
Po powrocie do Trsteno poszliśmy oczywiście do Jadrana – Janek tym razem wszedł do wody jeszcze szybciej niż ja, a w dodatku skoczył trzy razy „na bombę”. Słońce tak dziś smaliło jak w Polsce w lipcu – znów się trochę opaliliśmy.
Wieczór w patio. Sączymy kolejne wino, zagryzając oliwkami.
A w remika nareszcie wygrałam porządnie – 5:2.

Dzień siedemnasty – czwartek, 27 września.
Po śniadaniu żegnamy Trsteno i ruszamy w stronę Splitu.
Po drodze, już po chorwackiej znów stronie, w dolinie Neretwy (gdzieś koło miejscowości Rogotin – zapamiętać!), zatrzymujemy się przy jednym z przydrożnych budko-straganów, chcąc kupić parę pomidorów. A tu znów pani się cieszy, że my z Polijsko i proponuje nam różne alkohole, nalewając mi do spróbowania (wszak Janek kierowca) – i nabywam drogą kupna aż 5 litrów, po 50 kn/l, a na koniec jeszcze litr oliwy. Zaś pomidory pani daje nam za darmo i jeszcze dokłada tytkę mandarynek.
Janek wymyślił wczoraj, że noclegu w pobliżu Splitu poszukamy gdzieś w górach, z dala od jadranskiej magistrali, bo będzie taniej. Inspirował się opowieścią naszych znajomych P., jak to kiedyś w chorwackich górach gospodarz nocował ich za grosze i częstował domaczym winem. Wbił nawigacji miejscowość Tugare, przeprowadziła nas serpentynami z Omiszu przez chorwackie góry („Kto zamawiał?!”) – a tam: zero sobe. Już na początku zagadnięta pani powiedziała nam, że „bestimmt nicht”, aleśmy próbowali jeszcze w dwóch kolejnych wsiach – i rzeczywiście nicht.
Zjechaliśmy więc w dół na magistralę i nocleg bez trudu znaleźliśmy w Stobreczu – rzut kamieniem od Splitu. Mili gospodarze częstują kawą i becherovką (od przyjaciela z Czech), idziemy wykąpać się w Jadranie, plaza stobr potem na kolację do restauracji.
Wieczór z winem przed domem, na krótki rękaw (a nawet na bez rękawów). Klimat jest tu trochę inny – to jest środkowa, ponoć „najlepsza” Dalmacja – bardziej ciepły i przede wszystkim bardziej suchy.
A w remika przed snem obrywam sromotnie – 0:5.

Dzień osiemnasty – piątek, 28 września.
Stobrec to właściwie już przedmieścia Splitu, do pałacu Dioklecjana stąd jakieś 8 km. Zostawiamy auto na parkingu przy porcie blisko BusStation i idziemy zwiedzać.
Choć nasi gospodarze twierdzą, że Dubrownik to żadne cuda, a dopiero Split jest piękny i wart zwiedzania, nam jednak Stary Grad w Dubrowniku podobał się bardziej. Może gdybyśmy ten podioklecjański Split dioklec zwiedzali z przewodnikiem, wiedzieli więcej, inne byłyby nasze odczucia. Aczkolwiek chodzenie po tych popałacowych płytach, placach, uliczkach, podziemiach, zaułkach też miało swój urok. uliczka
Na koniec wypijamy espresso w jednej z rozlicznych knajpek, na zewnętrzu, kawa gapiąc się na te tłumy (a kelner rozpoznał, że jesteśmy z Polski i wyrecytował „Lech Poznan” – szkoda że , gapy, nie zrewanżowaliśmy mu się „Hajdukiem Split”) – i wracamy do samochodu.
Samo miasto Split – za wielkie, za tłoczne jak dla nas, za duży ruch. Tęsknimy już za domem i za naszymi małymi Lubniewiczkami.
Póki co – w Stobrecu zaraz idziemy do Jadrana. Uliczka, przy której mieszkamy, leży nad samiuśkim morzem, do tej ichniej kamiennej plaży mamy ledwie kilkadziesiąt schodków w dół. Janek znów nagli „Do Jadrana, do Jadrana”, nawet stwierdził, że ten Jadran jest lepszy niż „spa” na Litwie.
Zapobieramy podwójne kąpiele. Latem na plaży i w morzu muszą tu być tłumy, a teraz jesteśmy jednymi z nielicznych kąpielowiczów. Dla nas tu wciąż jest gorące lato – dziś 27 st. A z Polski mamy wieści, że tam zimno i deszczowo. Może to już nasze ostatnie kąpiele w Adriatyku, bo jutro ruszamy bardziej na północ, w stronę Rijeki, tam już pewnie morze będzie zimniejsze.
Wieczorem – spacer po Stobrecu, m.in. aleja z pięknymi palmami i port łódkowo – jachtowy. stobrec portKolacja jak wczoraj – w Rest. „Lovacki Rog” (pyszne mięcha). Potem – wino i oliwki przed domem. Oczywiście nadal na „bezrękaw”.
Remik – przegrywam 0:3.

Dzień dziewiętnasty – sobota, 29 września.
Janek wymyślił trasę częściowo autostradą. Dojazd do niej znów serpentynami przez góry, potem ruk cuk do Zadaru i znów zjazd na jadranską.
Z jednej strony góry, z drugiej wąski pas Jadrana – kanał – i całkiem łysa z tej strony wyspa Pag. Widoki kosmiczne, zimne, nieprzyjazne, niemal zero zieleni, aż mnie mdli. Pewnie i dlatego, że w nocy prawie nie spałam. Dzwon na wieży pobliskiego kościoła wybijał kolejną godzinę, drugą, trzecią, czwartą, piątą, bumbanie przed szóstą, szósta… Na domiar złego raz po raz bzyczał nam nad głowami chorwacki komar. Komar w Chorwacji, no coś takiego!
Z tych wszystkich powodów na tym krętym, łysym odcinku podupadam na duszku – a także coraz bardziej już tęsknię za domem.
Stan mi się odmienia w miejscowości Ribarica. Zamierzaliśmy jechać dużo dalej, ale sprawdzamy coś po drodze. Zjeżdżamy z głupia frant uliczką w dół – i trafiamy super! Apartman nad samiuśkim morzem, ribarica dom utargowuję 820 kn za cztery dni. Własny duży taras z widokiem. Pod nami już tylko parę metrów lądu i prywatna plaża. Zostajemy tu!
Naprawdę full wypas. Pani częstuje nas pyszną śliwowicą i idziemy – wyjście z apartmanu po marmurowych schodach – w samych tylko strojach plażowych na tę prywatną plażę. Dosłownie dwa kroki. Woda tu w morzu jednak o jakieś 2-3 stopnie zimniejsza, ale zapobieramy pływanie.
Poznajemy się z naszymi sąsiadami z apartmanu obok (od 4 tyg. są w trasie motocyklowej).
Po obiedzie (wczoraj był wypasiony, dziś tylko chińskie zupki) – wino i oliwki na tarasie. Oraz oczywiście widok – ten jasny, łysy Pag już nie wydaje się taki straszny; co najwyżej biały, dziwny i tajemniczy.
Wieczorem sprawdzam pocztę, korzystając z uprzejmości gospodarzy; są dobre wieści od Wojtka. Dostał własne mieszkanko – 4 km od Maidli, na razie jest zadowolony, dał sobie jeszcze miesiąc tego wolontariatu, a potem zobaczy.
Wieczór z winem i oliwkami na tarasie, pod nami Jadran lekko stuka o brzeg. taras jadran pag

Dzień dwudziesty – niedziela, 30 września.
Jak tu cicho… Będziemy tu mieli leniwe kilkudniowe wczasy na finał naszej rajzy po Chorwacji.
Powolutku kawa na tarasie, potem śniadanie. Nasi niemieccy sąsiedzi już wyjeżdżają, zostajemy sami w tych apartmanach („Ana Marija”) – nie licząc gospodarzy. Snujemy się do jedenastej, potem idziemy na długi spacer do pobliskiej Cesaricy, mijając po drodze Cesaricę Novą i coś tam jeszcze, aczkolwiek niekomfortowo, bo prawie cały czas poboczem magistrali, na szczęście ruch dziś niewielki. Schodzimy w dół do Cesaricy, podroz zycia 141 maciupki porcik w minizatoce – i curik do”siebie”.
We wszystkich tych miejscowościach bardzo posezonowo teraz, puściutko, prawie bezludnie, choć tu apartman na apartmanie i apartmanem pogania, i latem jest tłok. Ale nam się tak podoba jak teraz – no i ten nasz taras nad samym morzem, naprawdę nie mogliśmy trafić lepiej.
Po kawie zamierzamy iść na plażę, potem zrobić jakiś „obiad” (zimna mielonka pt. gulasz angielski), wieczorem może restoran (na razie był zamknięty). Już jesteśmy w badejkach kąpielowych, gdy nagle puk, puk – i pani przynosi nam talerz ze świeżo grillowanymi na żaru rybkami, ziemniakami i sałatką. podroz zycia 143 Chyba to te ryby, które rano pan wyciągnął z morza, widzieliśmy, jak płynął pontonkiem i z czymś wracał. Jak miło! Wcinamy, aż nam się uszy trzęsą.
Jest ciepło, choć nieupalnie, słońca dziś niewiele, szkoda, bo zamierzałam się strzaskać na heban. Na plażach, jak okiem sięgnąć w lewo i w prawo – nikoguśko, tylko ja i Janek, wydaje się, jakbyśmy byli sami na całym Jadranie. podroz zycia 138Dopiero później przychodzi pani i jakieś jej koleżany. Wchodzą do wody. Ja też pływałam, ale krótko, bo woda wydała mi się lodowata. Janek w ogóle nie wszedł, nie chciał marznąć. Poszedł do numeru, a ja jeszcze trochę zostałam, bo sunce jednak od czasu do czasu pokazywało się zza chmur.
Wieczorem – pizza w miejscowym restoranie (nic innego nie było) – na naszych oczach robiona, ale taka se.
Po powrocie do numeru wyciągamy na próbę jedną z tych flach z rakiją. Nie powala (śliwowica pani Any lepsza), jakaś ni to brzoskwiniowa, ni to morelowa, z posmakiem mydła i gruszki w tle – ale pić się da.

Dzień dwudziesty pierwszy – poniedziałek, 1 października.
Nie do wiary. Już październik, a tu wciąż lato. Poranne słońce wyczynia cuda z tą łysą, wyglądającą od naszej strony niczym arktyczna wieczna zmarzlina, wyspą Pag.  Janek wczoraj rano napstrykał sporo zdjęć, dziś dopstrykujemy.
Nie chce nam się nigdzie ruszać, jest tak spokojnie i leniwie, czytam sobie „Noce i dnie” na tarasie, pijemy kawę… Wreszcie jedziemy do pobliskiego miasteczka Karlobag, podroz zycia 146 tankujemy auto, spacerujemy trochę – ładna miejscowość z porcikiem, sporo łódek.
Po powrocie – plaża, słońce raz po raz przygrzewa zza chmur, pływamy dwa razy.
Na obiad zupki chińskie, potem Janek – drzemka, ja – „Noce i dnie”.
Pod wieczór idę do pani na Internet. Jest mail od Wojtka. On jednak do Jasia i Ani pisze radośniej niż do nas. Jeszcze może ten miesiąc – i chce wracać. Ponadto zazdrości nam lata i kąpieli w morzu (w Estonii już śnieg), i znów zamarzyła mu się Hiszpania i jej owoce…
Pani częstuje mnie śliwowicą i trawaricą, zanoszę też Jankowi, a ponadto obstalowuję 1 l tej jej dobrej „slivki”.
Sączymy sobie z Jankiem na tarasie przy kartkach, plus oliwki, plus ta nasza brzoskwiniowo-gruszkowa.
Nad ranem, tak jak i poprzedniej nocy, ganiamy komary!
Oj, chce się nam już do Polski. Tam na pewno sezon komarowy już zakończony. Marzy mi się fasolka szparagowa w dużej ilości, a Jankowi – rosół i grzyby.
Czy po naszym powrocie będą jeszcze grzyby?

Dzień dwudziesty drugi – 2 października, wtorek.
W nocy była burza, jeszcze rano słychać odległe grzmoty. Skończył nam się chleb, ale tu po sezonie chleba nie przywożą do sklepiku i pani dała nam kawałek od siebie.
Jeszcze nigdy nie byłam w tak bezludnej miejscowości, tutaj w ciągu dnia spotyka się z rzadka pojedyncze osoby (chyba prawie nikt nie mieszka tu na stałe), a ujrzeć trzy osoby w jednym miejscu to już tłum.
Zachmurzyło się na granatowo i zaczęło padać. Pewnie to już kończy się jugo i zaczyna bura.
Siedzieliśmy na tarasie i graliśmy w karty. Rezultaty w remika mam nadal marne, np. przedwczoraj – 1:7. Co zrobić, skoro Jankowi karta żre. podroz zycia 148
Zmarzłam na tym tarasie i udałam się do wnętrza czytać „Noce i dnie”, a ok. 14ej było już po deszczu, wyszło sunce i poszłam na plażę. Janek potem mi potowarzyszył, ale na kąpiel już nie mieliśmy ochoty.
Jest znów gorąco, lecz na niebie budują się stosy białych chmur. Może znów będzie z nich burza. Albo ta ich bura. Ponoć z powodu owej bury ta wyspa Pag od naszej strony jest taka łysa – bo na drugiej przecież zaludniona i zielona.
Co do grzybów – nasi gospodarze dziś byli na grzybach, ponoć gdzieś tu niedaleko, i przywieźli wielkie prawdziwki i jeszcze jakieś dziwne pieczarki.
Są grzyby w Chorwacji?? Przecież tu nie ma lasów!
Kolacja w Karlobagu, wydajemy resztę kun, od jutra nie będą potrzebne. I wracamy do „naszej” Ribaricy, obfotografowawszy przedtem piękny zachód słońca nad Jadranem. podroz zycia 152
Pożegnanie z panią Aną (częstuje trawaricą), wieczór na „naszym” tarasie.
Spać dość wcześnie, po remiku (znów przegrałam), bo o czwartej pobudka.

Dzień dwudziesty trzeci – środa, 3 października.
Wyruszyliśmy o piątej. Magistrala prawie pusta. Przez Rijekę nawigacja trochę nas przewłóczyła, potem buntowała się przed Rupą, aleśmy dali radę. Przez Słowenię (nareszcie jest zielono po tej w większości czerwonoziemnej i skalistej Chorwacji) też opcja „drogi bezpłatne” i też parę zajść, a na koniec wreszcie Ljubalj/Loebel Pas i tamtejsze serpentyny już w Austrii, chwalić Boga bez większych problemów – volvo jedzie ładniutko.
W Austrii już jak paniska wykupiliśmy winietę na autostrady i przejechaliśmy ruk cuk, podroz zycia 169 po drodze oczywiście robiąc postoje, a także zjeżdżając do Unzmarkt pod dom P. – ale nie ma ich, jest tylko Putzfrau, która informuje nas, że przyjadą w piątek. (…).
Tuneli na tej autostradzie w dalszej drodze chyba z 15! Jak to jest, że Austriacy i Chorwaci umieją budować autostrady w wysokich górach, a Polacy nawet na nizinach nie?
Pod wieczór, po 14 godzinach podróży, zajeżdżamy do „Alpskiej Róży” w Vyssim Brodie. podroz zycia 193  podroz zycia 204 Właściciel tak samo sympatyczny jak przed laty (choć nas sobie nie przypomina), częstuje piwem, klimaty artystyczne, wielka sypialnia z aneksem, łazienką i przedpokojem – bogactwo, jak to tam.
Idziemy na czeską kolację do pobliskiej restaurace, potem w numerze kąpiel, remik i spać. Baaardzo wygodnie.

Dzień dwudziesty czwarty – czwartek, 4 października.
Śniadanie „na bogato” – apfelsztrudel i kawa. Poranek rześki, ale słoneczny. Ruszamy do Polsko, po drodze urządzając sesję fotograficzną w Ruzmberku n.Vltavą, podroz zycia 205 a następnie robimy dłuższy popas w Ceskym Krumlovie. Piękne miasteczko, tłumy turystów. Znamy już te miejsca, ale miło do nich wrócić. podroz zycia 227  podroz zycia 233 podroz zycia 235  podroz zycia 225
Dalej prowadzi nas nawigacja, już znowu z opcją dróg niepłatnych (ale nie gruntowych!). Oj, poużywała sobie, wiodąc nas dziwnymi trasami według cholera wie jakiego zamysłu! A raz to tak nas przewłóczyła skrótem przez górę, drogą najpierw asfaltową, ale na koniec polno-szutrową i niemal pionowo w dół, że miałam śmierć w oczach. Na szczęście Janek to dzielnie pokonał (w ogóle w całej podróży był bardzo dzielnym kierowcą, choć od tych stresów schudł 5 kilo! – aż się martwię). I potem – już bliżej granicy – przestaliśmy tej nawigejszyn słuchać, jechaliśmy po swojemu.
Już koło Rokytnice n.Jizerou zaczęło padać, a Polska całkiem przywitała nas deszczem i chłodem!
Żegnaj, lato. I pomyśleć, że jeszcze parę dni temu pływaliśmy w morzu…
Wieczór u Wacuszki w Wojcieszowie, opowieści, kolacja i nocleg.

Dzień dwudziesty piąty – piątek, 5 października.
Wacek rano idzie do szkoły, ale szybko wraca. Na dworze pogoda niespecjalna, słoneczno-deszczowo-wietrzna, ale jest dosyć ciepło.(…)
Na finał naszej podróży ruszamy na spotkanie pospływowe (…) do niejakiego Kopańca koło Jeleniej Góry – wsi artystów. Nasza meta kop(„Wysoki Kamień”) ładna, z klimatami, tyle że
zimno w niej (zwłaszcza osobom, które jeszcze przedwczoraj miały gorące lato) – a i na dworze mocno się rozdmuchało. (…)
Kolacja, alkohole, rozmowy długo w noc.

Dzień dwudziesty szósty – sobota, 6 października.
Po śniadaniu spacer, coraz wyżej i wyżej w górę Kopańca. Piękne widoki – góry, łąki, masa drzew… Ach, jaka Polska jest piękna! Jest dość ciepło, tylko nadal wieje. W drodze powrotnej zaliczamy jedną z galerii.
Potem ognisko z kiełbaskami. ognisko Były też rozmowy przy stole dotyczące ustaleń kalendarza i przyszłorocznej rzecznej trasy litewskiej. (…)
Wieczorem – w podziemiach domostwa – gospodarze urządzili nam biesiadę średniowieczną (była w programie), połączona z muzyką, tańcem oraz prezentacją własnoręcznie wykonanych średniowiecznych strojów i opowieściami. Jedliśmy z glinianych misek drewnianymi kopyściami. Bardzo to było ciekawe i sympatyczne. (…) biesiada

Dzień dwudziesty siódmy – niedziela, 7 października.
Po śniadaniu żegnamy się wszyscy i rozjeżdżamy. My z Jankiem – jedziemy do Zielonej Góry, do Ani i Jasia.(…) U nich OK. Mieszkanie fajne, ciepłe, już „oswojone”. Smaczny obiad, rozmowy. No i pokaz naszych zdjęć plus relacja z podróży. (…)
Podarowaliśmy im zamówioną słowacką „Cofolę” (kupiłam w Trnie) oraz chorwacką lozę (oryginal, od tego pana z winnicy), a ekstra dla Jaśka – oryginal ajvar.

Dzień dwudziesty ósmy – poniedziałek, ósmy października.
Ostatni dzień naszej podróży. Najpierw raniutko wyjazd do Lubina na moje odczulanie – i powrór do Lubniewic.
Do domu przybywamy w porze obiadowej. Robię wypasiony obiad (w ramach odpasienia chudego Janka) i pomału zaczynamy organizować się w pieleszach po tak długiej przerwie. Ach, jakie miłe są powroty… Ach, jaki piękny, jasny mamy dom!
Janek pali w kominku, ja nastwaiam dwie pierwsze pralki, wieczorem jedziemy na krótko do J. oddać pożyczone gerety (nawigację zwłaszcza – choć robiła nam dowcipy, bez niej byśmy byli jako te dzieci we mgle) i wręczyć lozę dziękczynną.

Podróż była wspaniała. Zrobiliśmy aż 4600 km. Janek naprawdę był dzielny. Cieszę się, że się nam tak wszystko udało i że cało i bezpiecznie wróciliśmy do domu.
Podczas naszej nieobecności kwiatami zajmowały się Bożenka i sąsiadka Gosia. A bóbr Zenobiusz ciął i budował, ile wlezie! I sąsiedzi aż trzy razy musieli rozwalać mu tamę.
Sączymy trunki chorwackie i aklimatyzujemy się. (…)
Nasz PODRÓŻ była naprawdę bardzo, bardzo udana. Aż trudno zdecydować, co było hitem number one, bo i Bieszczady, i dom w winnicy, i most w Mostarze, i Dubrownik, i „nasz” taras w Ribaricy, i kąpiele w Jadranie… Wszystko było cacy.
A jacy opaleni jesteśmy! Dopiero teraz to widać. Ach, „moje sunce, moje more i Dalmacija”!

du sunce

/styczeń’2015/

Reklamy

4 thoughts on “PODRÓŻ ŻYCIA

  1. Przeczytałam całą epopeję z przyjemnością,przypominając sobie wasze opowieści i na nowo podziwiając piękne zdjęcia.Następnym razem proszę nas zabrać ! 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s