ROWER TO MÓJ ŚWIAT

rowPierwszy był rowerek „Bobo”. Czarny. Tata uczył mnie jeździć na nim, trzymając mnie w pionie za pomocą przytwierdzonego za siodełkiem grubego kija. Pamiętam zdartą skórę z dłoni, gdy nie zmieściłam się między drzewem rosnącym na chodniku a ścianą budynku. Ale nauczyłam się.
Drugi był rower „młodzieżowy”. Czerwony i prześliczny. Dostałam go od babci w prezencie pierwszokomunijnym. W tamtych czasach zegarek produkcji NRD zwany buksiakiem, który dostawało się z okazji I komunii, to już był wypas, a co dopiero TAKI rower!
Na wycieczkę do Lubska pojechałam jednak na rowerze taty, tzw. męskim. Bo był większy, stabilniejszy, miał bagażnik i można było na nim jeździć bez trzymanki. Ta wycieczka to jedno z najpiękniejszych wspomnień mojego dzieciństwa. W czasie wakacji, gdy zdałam do piątej albo szóstej klasy, wybrałyśmy się na nią z Jolą G., moją starszą o rok koleżanką z ulicy. Z Gubina, gdzie mieszkałyśmy, do Lubska jest 30 km! Czyli w ciągu jednego dnia (pamiętam, była to niedziela) przejechałyśmy aż 60 kilometrów. Takie smarkate! Ruch na szosie wprawdzie był wtedy niewielki, ale rodzice (że też oni pozwolili mi na coś takiego!), trochę się jednak niepokoili, nim wróciłyśmy.
Do dziś pamiętam smak ogórków małosolnych, które prócz kanapek mama przygotowała mi na drogę i które jadłam jadąc, jak się rzekło wyżej, bez trzymanki.
Na studiach próbowałam namówić ojca, żeby mi kupił modny wówczas składak, bym mogła na nim pokonywać trasę z akademika na uczelnię. Ale tato dał odpór. Bał się, że w ruchu miejskim mogę wpaść pod auto. O ścieżkach rowerowych w miastach nikt wtedy nie słyszał, ba, jeszcze dziś niektóre wielkie polskie miasta dopiero się do tego przymierzają (a w moim miasteczku ścieżki rowerowe są już od dwudziestu lat!).
Potem było zachłyśnięcie się motoryzacją, najpierw „Zaporożec”, po nim przywieziony z saksów VW „Passat”, a z rowerów jedynie te małe, dziecinne, naszych synków.
Ale duże przywędrowały do nas same. Nasz przyjaciel z Berlina, Andre, był wielkim miłośnikiem rowerów. Przez wiele lat nawet nie miał prawa jazdy i w rodzinie żartowano, że jest „Kartofelsack”, bo go Sonja woziła autem. Za to w mieszkaniu miał Andre istną fabrykę rowerów. Zbierał części po różnych szrotach, naprawiał, składał… Po prostu pasjonat. Potrafił na rowerze przyjechać z Berlina do Lubniewic, a potem jeszcze kawałek dalej, nad Obrę, gdzie organizowaliśmy polsko-niemieckie towarzyskie imprezy (warte zresztą osobnej opowieści).
Któregoś razu, gdy byliśmy w Berlinie w gościach, Andre podarował nam dwa rowery, damski i męski. Dwa solidne „Herculesy” z lat pięćdziesiątych, z wygodnymi siodełkami, trzybiegowe (co mi najzupełniej wystarcza: pod górkę, z górki i po plaskatym). Tak więc cała nasza czteroosobowa rodzina stała się rowerowa. W Polsce wtedy zaczęła się moda na wypasione rowery, z tłumem biegów, bajerami i czym tam jeszcze. Ale nasze i tak były najlepsze. W dodatku bezpieczne, bo można je było zostawić na ulicy przed sklepem, bez zabezpieczenia, a i tak żaden złodziej się nie połaszczył, w przekonaniu, że takich starych gratów nie opłaca się kraść.
Zaraziliśmy „rowerowością” przyjaciół. Uczniom organizowałam co roku wycieczki rowerowe po naszych pięknych okolicznościach – wielu z nich nie miało pojęcia, że u nas jest tak ładnie. I naprawdę mój rower sam mknął, aż koleżanka się śmiała, że ja chyba jestem na jakimś spidzie.
Od wiosny do jesieni mój Hercules służył mi na co dzień jako pojazd wożący mnie na zakupy. Tylko w dni zimne czy deszczowe jeździłam autem.

Aż zdarzył mi się wypadek. Wtedy naprawdę nie byłam na spidzie, jechałam do sklepu, bez pośpiechu. I bez kasku – bo po co mi kask, gdy jadę po zakupy? Zresztą i tak kasku nigdy nie miałam. Zjeżdżałam zwykłą trasą, ścieżką rowerową z osiedlowej górki. Nie mam pojęcia, co się stało – ani tuż przed, ani długo po. To się nazywa niepamięć wsteczna. Nawet nie wiem, bo nie było bezpośrednich świadków, czy walnęłam łbem w barierki oddzielające chodnik od jezdni, czy „tylko” o bruk. Przytomność w pełni odzyskałam dopiero w szpitalu. Uraz twarzoczaszki, wstrząśnienie mózgu, kupa krwi. A po dwóch dniach, gdy już mogłam patrzeć oczami bez opatrunków, okazało się, że widzę podwójnie, bo skutkiem wypadku nastąpiło porażenie nerwu odwodzącego lewego oka. Stałam się zezowata!
Kilka miesięcy później operował mnie rosyjski okulista z Jeleniej Góry, ale cudu z moim okiem już się nie dało dokonać. Zez jest nadal, jedynie ciut mniejszy. Bo przecież to nie oczy widzą, a mózg – a ten się zaparł.
Ta dysfunkcja jest dość upierdliwa, utrudnia mi życie, ale pocieszam się, że żyję, a mogło się skończyć naprawdę źle. No i – Maria Dąbrowska też miała zeza. Nie wiem, jak ona pisała – ja piszę, zwykle zamykając to zezowate oko. Wszystkie swoje powieści i opowiadania napisałam „jednym okiem” (podobnie jeżdżę na rowerze – choć pewnie mijający mnie ludzie myślą, że puszczam do nich oko).

Na rower wsiadłam ponownie po niemal trzyletniej przerwie, wiosną tego roku. Na tego samego Herculesa, tylko mąż mi go musiał naprostować i „podrychtować” po wypadku. Nie miałam rowerowej traumy, właściwie sama nie wiem, czemu zwlekałam tak długo. Widać tak było trzeba. Z początku bardzo ostrożnie, po miękkim gruncie, pod czujnym okiem męża. Poszło dobrze i jest coraz lepiej. Oczywiście nie szaleję już, bardzo uważam. Znów jeżdżę do sklepu i na dłuższe trasy. Dziś – kilkanaście kilometrów dookoła jeziora Lubiąż, z zahaczeniem o maciupki śródleśny Karpnik. Jak tam jest pięknie!

Mój tata jeździł rowerem do późnej starości. Mam nadzieję, że odziedziczyłam po rodzicach dobre geny. Rowerowe też.

5 paźdz. 2014.

Reklamy

3 thoughts on “ROWER TO MÓJ ŚWIAT

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s