SŁOWACKIEGO 13/2

Kiedy miałam trzy lata, a Pelunia była ponownie w ciąży i niedługo miał się urodzić mój brat, tato Bilinek zaczął się starać o nowe, wygodniejsze mieszkanie. Obiecano mu trzy pokoje z kuchnią i łazienką na pierwszym piętrze w dwurodzinnym domu na ulicy Słowackiego. Rodzice już zaczęli się szykować do przeprowadzki, gdy nagle sprawa przybrała zupełnie inny obrót. Do Gubina przybył z Poznania ważny towarzysz z UB i to jemu postanowiono przyznać owo mieszkanie. Wymieniono zamek w drzwiach i poinformowano Bilinków, że jednak takie luksusy im się nie należą, że muszą jeszcze poczekać, może kiedyś i dla nich coś się znajdzie, a w końcu przecież mają gdzie mieszkać. Na nic się zdały próby protestu, nieśmiałe zresztą, bo z władzą ludową nie chciano zadzierać, w obawie że konsekwencje mogłyby nastąpić jeszcze gorsze niż nieprzyznanie mieszkania. Bilinek, choć partyjny, był wszakże tylko szeregowym członkiem PZPR i nijak mu się było równać z wyżej postawioną szychą, więc spuścił uszy po sobie.
Pelunia jednak nie zamierzała ustąpić. Być może po „naradach wojennych” z niejakimi M., mieszkającymi na ulicy Dąbrowskiego znajomymi, moi rodzice podjęli karkołomny plan zajęcia mieszkania siłą. A może Pelunia była tak zdesperowana, że nawet bez wiedzy męża postanowiła przystąpić do akcji. W każdym razie ta znajoma, Zofia M., jej towarzyszyła. A gdzie ja mogłam się znajdować w tym czasie? Może z nimi obiema? Znam to wydarzenie tylko ze wspomnień rodziców czy też byłam jego bezpośrednim świadkiem? Nie pamiętam.
Pelunia – z brzuchem już pod sam nos – i ta jej koleżanka wzięły z sobą siekierę i trochę rzeczy z domu. Do mieszkania normalną drogą wejść już nie mogły, więc wybiły znajdujące się w drzwiach szklane okienko i ta Zosia wcisnęła się przez nie do środka. Ponieważ nie potrafiła sobie poradzić z zamkiem, zaczęła weń walić siekierą i wreszcie jakoś udało się otworzyć drzwi. Żeby przypieczętować rozpoczętą w ten sposób przeprowadzkę, pownosiły drobne sprzęty i Pelunia powiedziała, że już się stamtąd nie da ruszyć.
I rzeczywiście się nie dała. Odgłosy tego włamania zwróciły czyjąś uwagę, być może sąsiad powiadomił władze, w każdym razie ten ubek dość szybko się tam zjawił. Próbował interweniować, ale Pelunia była tak zdeterminowana, że z krzykiem: „To jest moje mieszkanie i proszę stąd wyjść!”, napierając na niego tym swoim ciążowym brzuchem, krok po kroku wypchnęła gościa za drzwi. Kiedy tato wrócił z pracy, już było po wszystkim. Pozostało im tylko czekać na ewentualną interwencję milicji, z nadzieją wszakże, że kobiety w zaawansowanej ciąży nikt nie będzie szarpał i wyprowadzał siłą.
Wszystko skończyło się dobrze. Ubek z Poznania okazał się przyzwoitym człowiekiem i po  tym zajściu nie rościł żadnych pretensji.
W taki oto sposób staliśmy się lokatorami wygodnego poniemieckiego mieszkania w żółtym domu nad rzeką i tam upłynęło moje i brata dzieciństwo i młodość.
Na teren posesji wchodziło się przez furtkę, koło której rósł stary poniemiecki cis z mocno pokręconymi gałęziami, miejsce naszych dziecięcych zabaw. Dalej aż za tył budynku prowadził położony na niewysokiej skarpie chodnik, wzdłuż którego znajdował się trawnik, a na kamieniach skarpy i w trawie poniżej rosły fioletowo kwitnące dzwonki i inne skalniaki, a nawet owocujące poziomki, z biegiem lat coraz bardziej zdziczałe.(…)
Mimo że dość znacznie zmieniło się jego otoczenie, dom koło mostu nad rzeką stoi nadal i dobrze się ma. Za „naszych” czasów most miał kolor zielony. Choć drewniany, był solidny i przez wiele lat, zanim nieopodal wybudowano nowy most, stanowił jedno z głównych miejsc przejazdu przez Lubicę. Ruch samochodowy nijak się miał wówczas do obecnego, ale i tak tato się bał, żebyśmy nie bawili się na jezdni i irytował się, gdy przejazd jakiegoś cięższego pojazdu powodował, że skakał obraz w telewizorze.
W pobliżu mostu, już na naszej posesji, rosły nad wodą dwie potężne wierzby płaczące i wysoki klon, nieco dalej, koło zejścia do rzeki, brzoza. Potem Bilinek dosadził w jej pobliżu jeszcze dwie jabłonki. Poniemiecka jabłoń – papierówka rosła tuż pod oknem mojego pokoju. Wysoka, dorodna – te najwyżej rosnące, wielkie owoce tato zrywał, wysuwając z okna lub z balkonu specjalny worek na długim drągu, z takim wianuszkiem ząbków u góry, o które delikatnie należało jabłko zaczepić i ono lądowało w tym woreczku. Na środku podwórza rosła też duża czereśnia i nieco niższa śliwka gubinka, a jeszcze dalej – gęste krzaki bzu. Najpiękniejszy bez (oczywiście nikt z nas nie używał poprawnej nazwy „lilak”) rósł przed domem od frontu, pod oknem sąsiadów. Kawałeczek dalej znajdował się jeszcze jeden bezek, dość mizerny, bo w cieniu. Za to ten główny krzak prezentował się naprawdę wspaniale, przynajmniej ja go tak zapamiętałam. Miał bardzo duże, fioletowe kwiaty z lekko bordowym odcieniem.(…)
Opisuję ten dom tak szczegółowo, bo chciałabym ocalić pamięć o nim. To mieszkanie nie jest już własnością naszej rodziny. Gdy brat zamieszkał w nowym domu i zabrał tam mamę, wymagającą już coraz większej opieki, mieszkanie zostało sprzedane. Śni mi się czasem i wspominam je z coraz większym sentymentem. Mimo że od dawna tam nie mieszkam, wciąż się cieszę, że dane mi było spędzić kilkanaście lat mojego życia w tak pięknym miejscu. Najwyraźniej doceniałam to już wówczas, gdy mając niespełna szesnaście lat, z dziewczęcą egzaltacją pisałam w swoim dzienniku: „Jabłoń rozkwitła przy moim oknie. Taka wielka, piękna, biała i pachnąca. W ogóle cudownie jest przed moim oknem. Na pierwszym planie ta jabłoń, dalej drzewa i krzewy, a przez ciemną, splątaną zieleń przebłyskuje płynąca w dole ciemnobura rzeczka. Wieczorem siadam sobie przy oknie i patrzę. Na tle granatowego nieba kwiaty jabłoni mają niebieskawe zabarwienie, ptaki śpiewają…”
To dzięki Peluni mogłam napisać te słowa.

Reklamy