SPŁYW 2008

08 - 2

10 lipca 2008, czwartek.
Ostatnie przygotowania i pakowanie się przed podróżą. Oczywiście Janek – mistrzostwo świata. Nawet tylnego siedzenia w golfie nie trzeba było składać, tak sprytnie upchnął kajak i wszystkie inne bambetle. Jutro skoro świt wyruszamy na NASZĄ WIELKĄ WYPRAWĘ.

11 lipca, piątek.
Wstajemy o trzeciej, wyjeżdżamy o czwartej.
Najpierw Malbork, zamek krzyżacki – opad szczeny. Pierwszy raz w życiu go widzieliśmy „na żywo”, nie spodziewając się, że jest aż tak piękny.
Dalsza droga – niestety auto zaczyna nawalać… Ale jakoś jedzie.
Nocleg w Ornecie.

12 lipca, sobota.
Rano pyszna jajecznica – w ogromnej ilości – na śniadanie. Za radą gospodarzy pensjonatu zwiedzamy piękną, choć niestety niedoinwestowaną świątynię w pobliskim Krośnie. W dalszej drodze zwiedzamy: bazylikę w Świętej Lipce (tu aż kapie od bogactwa), w Lidzbarku Warmińskim cerkiew (wraz z nabożeństwem, bo właśnie trwało) oraz zamek, wreszcie klasztor i kościół na Wigrach. A także zrobiliśmy po drodze postój w Bakałarzewie, nad brzegiem Czarnej Hańczy* (Janek tamtędy kiedyś spływał z młodzieżą). [*Sprostowanie! to nie Czarna Hańcza, a Rospuda – machnęłam się]
Pod wieczór już w Maćkowej Rudzie – tam nocleg. Przybywają jeleniogórscy (Ela, Darek, Tomek, Kasia, Ula, Fidel), wojcieszowscy (Wacek, Dorota, Jurek), lubniewicka (Marta), głogowska (Anita) oraz jeden z Wykrotów (Artur). Razem 12 szt. spływowiczów – plus nasza dwójka.
Zakrapiana kolacja, wrzucenie forsy do kapelusza „bankomata” Tomka (odpowiednio pozaliczana odpłatność za spływ) – i spać.

13 lipca, niedziela – 26 lipca, sobota – SPŁYW.
Najpierw za busem z przyczepką pojechaliśmy po kajaki za Wilno. Stamtąd, zostawiwszy nasze auto u dobrego litewskiego Polaka, wraz z innymi też już busem – na miejsce rozpoczęcia spływu.
Następnego dnia rano wyruszyliśmy na kajakową wyprawę. 08 -1
Było SUPER!!! Z początku planowaliśmy wcześniejszy wyjazd, nawet był już załatwiony transport do Wilna, ale… Zostaliśmy do końca. Było wspaniale. Trzy rzeki: Ejsiata, Kiewna, Żejmiana, po drodze też jeziora. Dwa biwaki, 08-4 niemal idealna pogoda, wesoła atmosfera, fajne towarzystwo. No naprawdę nie było żadnych minusów. Nie przeszkadzało mi nawet mycie się w zimnej wodzie (lub „kąpiel w chusteczkach kosmetycznych”) ani rozbijanie i zwijanie namiotu. namioty
Podstawa jedzenia: mielonki i słoiki z Polski, pyszny litewski chleb, makarony (przytyłam na tych kluchach) – ale były i naleśniki z serem i z jagodami, i przepyszne kurki, 08 -3a trzy razy jedliśmy też pyszności w wypasionej restauracji („Żejmenos” w Kołtynianach). Piliśmy tez spore ilości piwa oraz różnych litewskich wynalazków.
Co wieczór było ognisko. Piękna przyroda. Czyściutka woda w rzekach (ją braliśmy do jedzenia). Nawet gzy czy pewien rodzaj wielkich, ohydnych larw wychodzących z jeziora, czy strasznie agresywne komary dziś wspominam z sentymentem.
Naprawdę nie spodziewaliśmy się, że przeżyjemy coś tak wspaniałego. Przecież ja na takim długim, dwutygodniowym spływie byłam ostatnio 25 lat temu!
Przedostatnie dwa odcinki mieliśmy najdłuższe, po ok. 25 km – ale rzeką, z bystrym prądem, więc też nie było źle. W sumie zrobiliśmy ok. 100 km.
Kajak sprawował się doskonale – widzieliśmy jeszcze kilka takich poradzieckich na trasie, choć dominowały oczywiście plastiki.
Ostatniego dnia odcinek już był krótki, do Podbrodzia, gdzie kończył się spływ (tam prawie wszyscy ludzie, zwłaszcza starsi, mówili po polsku: a w ogóle niemal wszędzie mogliśmy się po polsku dogadać).
Z Podbrodzia busem z kajakami (w busie GPS – byłam pod wrażeniem) ruszyliśmy za Wilno – stamtąd reszta ruszyła już do Maćkowej Rudy, a my naszym autem zamierzaliśmy jeszcze pojechać do Wilna i trochę po nim pochodzić.
Auto odpaliło wprawdzie, ale najpierw coś w nim strasznie tłukło (potem Janek kopnął w koła i przestało), a nawalanie w postaci rwania i gaśnięcia silnika przy niskich obrotach pozostało nam już do końca podróży.
Wilno trochę pozwiedzaliśmy (Stare Miasto, oczywiście Ostra Brama, bazylika, prospekt Gedymina), bo i tak nam trasa wypadała przez nie. Piękne miasto – i dobrze, że udało się je nam choć trochę poznać, bo może już nigdy nie będziemy w tamtych stronach… 08-5
Wieczorem ruszyliśmy w drogę do Polski, pięknie, malowniczo położoną trasą, bardzo dobrymi drogami (w ogóle drogi na Litwie – no, może z wyjątkiem jednej „apylanki”, są lepsze niż u nas).
W Maćkowej Rudzie byliśmy o północy, ale nie zastaliśmy już tam naszych współkajakarzy – zdecydowali się jechać dalej nocą, ponieważ czekała ich jeszcze długa droga, a niektórzy już w poniedziałek rano musieli iść do pracy.
Posiedzieliśmy trochę na zewnątrz schroniska w chłodzie nocy, napiliśmy się zimnego polskiego piwa (lepsze niż litewskie) i poszliśmy spać.
Aha! A propos spania, bo bym zapomniała: jednym z najmilszych momentów spływu było spanie we wspólnym, połączonym z dwóch śpiworze – co praktykowaliśmy przed 25 laty i co reaktywowaliśmy na Pliszce i teraz co noc na Litwie; często zasypiałam na Janka ramieniu, spaliśmy „przytuleni do siebie jak dzieci” i Janek, o dziwo, prawie nie chrapał!

27 lipca, niedziela.
Ostatni etap naszej wyprawy.
Po drodze jeszcze jedna, dla mnie szczególnie wielka atrakcja: zwiedzanie leśniczówki (muzeum) Gałczyńskiego w Praniu. Ach, ileż wzruszeń…
Potem smaczny dwudaniowy polski obiad w przydrożnym zajeździe – wreszcie przy stole, a nie w kucki.
Nawalania auta c.d. – aż się przez to pokłóciliśmy; ale tylko ten jeden, jedyny raz na 17 dni to naprawdę świetny wynik.
W domu szczęśliwie około północy. Jakoś dziwnie… Niby wc, prysznic i te luksusy, sufit wysoko nad głową, a nie niski namiot, własne wygodne łóżko… ale po siedemnastu dniach jakby brak tej przestrzeni, powietrza. Hmm…
Powtarzam jak nakręcona: było super! A że ponoć lepsze jest wrogiem dobrego, aż przyschła we mnie ochota na Chorwację, bo może ta Litwa to była właśnie TA NASZA WYPRAWA. IF
A Chorwacja może kiedy indziej… Zobaczymy.

4 thoughts on “SPŁYW 2008

  1. Hanuś miła, Bakałarzewo nad Rospudą, którą to Rospudą w dół do ujścia doń Blizny, Blizną pod prąd do J.Blizna, skąd przewóz kajaków do Aten (najtaniej wozem drabiniastym byłego kierownika szkoły „pan jest nauczycielem, ja byłem nauczycielem, ale jednego nie rozumiem – po chuj nam te macierze”), Ateny zasię nad Wigrami leżą i stamtąd to już rzut beretem jakieś 15 km pod klasztor, do wypływu Czarnej Hańczy.
    Twój mąż, Janek

    • Komentarz o Bakałarzewie NAD ROSPUDĄ (a nie, jak napisałam, Czarną Hańczą – sorry!) zamieścił Janek niechcący „podszyty” pode mnie. 😀
      Witaj, mężu. Ach, te macierze!… 😉 Dziękuję za wpis i sprostowanie, dokonam erraty.

  2. Małe sprostowanko – Ateny leżą nad jeziorem Blizno, skąd opisanym powyżej koniowozem woziliśmy kajaki i resztę sprzętu do Bryzgla, na południowym brzegu Wigier leżącego :). Przerabiałem to pięciokrotnie.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s