SPŁYW 2015

my wszyscy

Spływowicze nad jeziorem Ejsiaty

Przed spływem tradycyjnie odbyliśmy małą podróż, zaczynam więc od niej.
DZIEŃ I – środa, 23 lipca
Wyruszyliśmy o ósmej dwadzieścia. Kierunek – Pustkowo. Po drodze nawaliła nam klima, aż zaklęłam szpetnie. Po to mamy auto z klimatyzacją, żeby gdy nadchodzi nasza najdłuższa podróż latem w gorąc, jechać bez klimy?!
Pomaga Albin – telefonicznie kieruje nas do Zieleniewa, tam naprawiają nam usterkę. Tak więc zmiana planów – nie jedziemy już do Pustkowa, tylko od razu do Kołobrzegu, do którego mieliśmy jechać jutro.
Wymarsz nad morze. Zamiast spacerować po pustej plaży w Pustkowie do Trzęsacza czy gdzie tam, leżę na zatłoczonej plaży w Kołobrzegu. A, co tam! Chciałam być nad morzem – jestem.

DZIEŃ II – czwartek, 23 lipca
Rano wymyślam, że naszym następnym punktem programu będzie zamek krzyżacki w Gniewie nad Wisłą. Po ok. sześciu godzinach dojeżdżamy pod w/w zamek. Ależ bogactwo! Ładniejszy, okazalszy niż w Golubiu-Dobrzyniu, pięknie położony nad Wisłą, w „obejściu” dwa wypasione hotele, „Rycerski” ( w tym mamy nocleg) i „Królowej Marysieńki”, cud miód.
Spacer po miasteczku, obiad, wino w numerze. Żyje się raz.

gniew Gniew – Janek z zamkiem krzyżackim i hotelem w tle

DZIEŃ III – piątek, 24 lipca
Śniadanie w restauracji hotelowej – wypasiony szwedzki stół, wszystko, o czym marzysz, a nawet więcej.
Zwiedzamy z przewodnikiem (pan w kontuszu) zamek – ciekawy, pięknie zrekonstruowany, z różnymi ekspozycjami. Jakby co, w dawnej kaplicy krzyżackiej można wziąć ślub, a na dziedzińcu zamkowym (zadaszonym) mieć wesele.
O jedenastej ruszamy. Najpierw nad Wisłę (szkoda, że już nie ma przeprawy promowej), potem przez nowy most w kierunku Kwidzyna i na Dzierzgoń – Pasłęk – Ornetę.
Pani Zosia w „naszym” miejscu pamięta nas, miło przyjmuje, daje dobry pokój. Potem jedziemy zwiedzać Ornetę, bo już tyle razy tylko przejeżdżaliśmy – ładny ryneczek, piękny kościół.
orneta Kamieniczki w Ornecie
Wracając, zajeżdżamy jeszcze do Krosna – smutna wiadomość: dziś rano zmarł proboszcz tego kościoła, poznaliśmy go za pierwszą tu bytnością. A w kościele już przygotowania do jutrzejszego ślubu – i tak to smutne z radosnym się miesza, jak to w życiu.

DZIEŃ IV – sobota, 25 lipca
Policzyliśmy, że w Ornecie byliśmy już czwarty raz.
Hajda w dalszą podróż. Po drodze (już na Mazurach) kawa w karczmie „Stary Młyn” oraz ja jem rybę, potem postoik nad Rospudą w Bakałarzewie.
Maćkowa Ruda – obiad w barasie, spotkanie z przybyłymi wkrótce Jolą i Wackiem, Elą i Darkiem. Nocleg jak w ub. Roku w Mikołajewie, wieczorem dobawiają nowi spływowicze (debiut) – Cela i Krzyś, znajomi Joli i Wacka.
Alkohole wieczorne, zwłaszcza twarde (Krzysiek przywiózł całą skrzynkę różności, bo on dzisiejszy solenizant).
u reni m Mikołajewo

DZIEŃ V – niedziela, 26 lipca
Tym razem moje imieniny. Pierwsze życzenia odbierałam już wczoraj, dziś c.d., m.in. liczne sms-y.
Wyjazd poranny z Maćkowej – kierowca wskutek jakiegoś nieporozumienia spóźnił się o godzinę. Po drodze na Litwie tradycyjnie pada deszcz. Żadnych wymian w kantorach nie robiliśmy, bo Litwa już ma euro i każdy przyjechał z kasą – wczoraj wrzucaliśmy do kapelusza po 65 euro + 800PLN na łeb, Darek wyliczył, że to wystarczy (to w złotówkach to za noclegi, kajaki i transport).
Na naszym polu nad jeziorem Ejsiaty, zwanym Etu Darożku, jesteśmy o szesnastej. Trochę mży, potem się przejaśnia. Rozbijamy się, jemy (dziś na obiad jak zawsze na rozpoczęcie spływu – fasolka po bretońsku). Pijemy moje zdrowie starką i ogniskujemy się.
etu darozku Etu Darożku – ach, jak przyjemnie…
Darek i Krzysiek łowią ryby – połów kilkunastosztukowy, smażyli Janek i Wacek (m.in. leszcz pychotka).
Zimny wieczór, dość wcześnie poszłam spać, zawołałam Janka, bo nie mogłam się rozgrzać – zapomniałam kocyka, który zawsze brałam na wierzch. A Janek zostawił swój kubek u pani Moroz. Oj, starzyśmy, coraz gorzej z pamięcią.

DZIEŃ VI – poniedziałek, 27 lipca
Dość wcześnie się pobudziliśmy, nieśpieszne śniadanie, pakowanie. Najwięcej roboty z pontonem. Po raz pierwszy płyniemy bez singli ( w ub. roku na sześć osób mieliśmy dwa single, w tym roku na osiem – żadnego). Całe żarcie, gospodarczy i garkuchnię będziemy ciągać na pontonie. To dopiero polka z tym pakowaniem i mocowaniem go – wyższa logistyka.
start z pontonem
Na pierwszy ogień ciągactwa pontonu za kajakiem zaofiarowali się Wacek z Jolą. Dali radę, choć to spory wysiłek. Etap na szczęście krótki, tylko 8 km – rozbijamy się na Cyplu Agnieszki.
cypel agnieszki Ognisko na Cyplu Agnieszki – zaraz będzie obiad
Na obiad kotleciki w sosie pomidorowym z makaronem oraz surówka. Potem łowiectwo ryb, zbieractwo grzybów i jagód, czytelnictwo – jak to na spływie. Luzik rajtuzik.
Ognisko wieczorne i spanko.

DZIEŃ VII – wtorek, 28 lipca
Pochmurno, ale dość ciepło.
Jezioro spokojne niczym tafla, dopiero w jednej z jego części przy małym wiaterku robimy tratwę i ten odcinek pokonujemy na żaglu z plandeki.
Dziś ponton ciągnęli Krzysiek i Cela. Przybijamy do „naszego” pomostu nad jeziorem Galuonis. Znów ani śladu człowieka, jakby od naszego ubiegłorocznego biwaku nikt tu nie zaglądał.
Po rozbiciu obozu wędkarze (Janek, Darek, Krzysiek) wędkują, reszta oddaje się zajęciom czytelniczym, kajakowym, ogniskowym, konwersacyjnym etc.
galuonis Galuonis – wędkarze
Połów rybny taki sobie – 10 pizdryków.
Ognisko późnowieczorne – po deszczu, bo przelatuje raz po raz. Spałam w dzień, więc mam potem przekichane; słyszę w zwielokrotnieniu te wszystkie szumy, chwaszczenia, bumbania i litewskie krzyczące disco na drugim brzegu, i nie mogę spać.

DZIEŃ VIII – środa, 29 lipca
Biwak – ale mamy niefart, bo zimno i straszne piździejewko. W dodatku przyjeżdża właściciel tego miejsca w celu zaimpregnowania jakimś tłustym zajzajerem pomostu i schodów. Chyba ma nam za złe zajęcie privati valda. Choć niby skąd mieliśmy wiedzieć? – żadnej tabliczki tu nie ma; ale on mówi, że na Litwie, gdy jest przy brzegu pomost, to jest privati. Nie wygania nas, tylko każe opuścić pomost. Dogadujemy się z nim z pomocą rosyjskojęzycznej Joli i butelki wina dziękczynnego – możemy zostać do jutra.
Cały dzień duje okrutnie. My z Jankiem chodzimy w puchówkach z kilkoma warstwami pod spodem. Nawet Wacek, najpierw jak zwykle w krótkich gatkach i „na krótki rękaw”, zziąbł i założył długie portki.
Miły moment dnia – kąpiele w ciepłej wodzie zagrzanej na ognisku.
Wczoraj ja byłam szefową kuchni (gulasz z mielonek, kasza, surówka), dziś obiad wydawała Ela; pyszności: makaron z jajkami i kurkami (nazbierali z Darkiem).
Po gwałtownym deszczu pod koniec obiadu – wyszło słońce, ale po nim znów chmurzyska. Cholera z taką pogodą. Ledwo się wygramoliłam z namiotu, znów lunęło. Na jeziorze wysoka fala, niemal szkwały – a jutro my z Jankiem jesteśmy pontonowi. Już się boję.
Wieczór jednak spokojny, bezwietrzny, nawet dość ciepły, długo wszyscy siedzimy przy ognisku, zaklinając pogodę.
zaklinacze Zaklinacze
Piękny zachód słońca – niestety na koniec na czerwono, to zła wróżba.

DZIEŃ IX – czwartek, 30 lipca
No i faktycznie – przed siódmą zaczęło padać i leje już ponad godzinę. Załamka. Skończyłam czytać „Angoli”, siedząc w namiocie i coraz bardziej marznąc. Co dalej, nie wiadomo. Na razie nici z naszego wczesnego wypłynięcia, w planie były zakupy w Soldatiszkach.
Zimno mi. Chłopaki mokną na zewnątrz albo siedzą w gospodarczym, nawet nie wiem. Chce mi się do toalety, ale jak tu wyjść w ten deszcz? Zaraz wyciągnę następną książkę. Z materaca zeszło prawie całe powietrze, co noc schodzi, Janek musi dodmuchiwać.
Upadam na duszku. Na chwilę się podnoszę, bo Janek przyszedł tu do mnie z kanapką do namiotu, a potem jeszcze przyniósł mi kubek gorącej herbaty.
Gdy przestało wreszcie padać, zwinęliśmy się i o 11:30 wystartowaliśmy spod pomostu – wachta zakupowa przodem, Janek i ja jako ciągnący ponton i Darek z Elą jako nasza asekuracja. Żegnaj, Galuonisie, piękne miejsce, ale gdy jest lepsza pogoda. I w dodatku jezioro trochę nas pobłąkało, nim znaleźliśmy ujście.
Dziś etap dwa razy dłuższy niż poprzednie, w większości pod wiatr – i my z Jankiem z tym pontonem, namachaliśmy się nieźle, zwłaszcza Janek się nawajchował. Taka jest specyfika płynięcia z z pontonem, że każda przerwa w wajchowaniu ustawia go w poprzek, co jest dodatkowym utrudnieniem. Aleśmy dali radę, choć ramiona mnie bolały.
Docieramy do Dietskowo Sada, czeka na nas Krzysiek, wkrótce wraca z Soldatiszek wachta zakupowa. Posiłek pod wiatą – i przepływamy na drugi brzeg jeziora, by się rozbić. Miejsce dość parchate, ale co tam, na jedną noc może być.
Pada raz po raz, wieczorem przestaje. Przyogniskowe zaklinanie pogody, jak tradycja nakazuje – ale wciąż mało skuteczne.
Hit dzisiejszego dnia: Wacek, sądząc, że to jest piwo, kupił aż 9 puszek kwasu chlebowego. Problem rozwiązali Krzyśkostwo, przejmując większość kwasu i wyasygnowawszy w zamian stosowną ilość piw, których mieli spory zapas.

zakopywanie smieci Zawsze zostawiamy po sobie porządek

DZIEŃ X – piątek, 31 lipca
Rano jak nie pada, to mży, niebo całe zasnute, na szczęście gdy ruszamy na wodę, padać przestaje.
Dziś Jola z Wackiem płyną przodem, by jak najwcześniej zająć Fidelową Łączkę. Pontonowi – Ela z Darkiem, my z Jankiem – asekuracja, za nami Cela z Krzyśkiem.
Większa część dzisiejszego etapu to odcinek rzeczny.

ponton na rzece Z pontonem to dopiero jest zabawa! Kajak sobie, a on sobie. Ale Darek ma oczy naokoło głowy i dzielnie dają sobie radę.

Na Fidelowej Łączce rozbijamy się i robimy obiad. Wczoraj była fasolka, dziś spaghetti z sosem pomidorowo-mielonkowym + ser + surówki + wino Rijoja. W ogóle dzięki Krzyśkowi prócz naszej tradycyjnej lithuanian vodki (w tym roku: malina, pigwa, śliwka)sporo mamy trunków z wyższej półki. A i tak zaklinanie pogody wciąż nie przynosi efektów – podobno (mamy wieści z Polski) dopiero od niedzieli się ociepli.
f1 Fidelowa Łączka – rozbijamy się, Janek sposobem nadmuchuje materac
Wędkarze – Janek, Darek, Krzysztof – na razie więcej zakarmiają niż łowią.
Potem lunął deszcz, a ja w lesie za potrzebą – zmokłam, schnę w namiocie i piszę. Cholera jasna z tą pogodą!
W ubiegłym roku prawie calutkie 14 dni mieliśmy przecudne, wręcz upalne, aż mówiliśmy, że ten cud nie ma prawa się znów przydarzyć, z cichą nadzieją wszakże, że a nuż… Niestety, najwyraźniej powtórzyć się nie chce.
Krzysiek deszcz przeczekuje w gospodarczym, a Janek z Darkiem siedzą z wędkami (Janek pod parasolem), ale łowią małe pizdryki i je wywalają; aż mi żal, bo takie przypieczone, chrupiące maleństwa też bym zjadła.
Potem jednak Darek z Krzyśkiem dołowili co nieco i po kolacji jedliśmy na deser chrupiące płotki i leszczyki.
Nasz materac, w którym Janek z Darkiem zlokalizowali małe pęknięcie i Janek pieczołowicie je zakleił, musi jednak mieć inne skazy, bo do rana znów powietrze zeszło z niego na amen.

DZIEŃ XI – sobota, 1 sierpnia
Pontonowi dziś – Wacek z Jolą, my z Jankiem asekurujący.
Etap był o wiele trudniejszy niż wczorajszy. Po pierwsze długi, po drugie pełen przeszkód – poziom wody jest niski, sporo zwalonych drzew do pokonania. Jola udatnie czytała wodę, Wacek był bardzo czujny, a i tak nie zawsze udawało się uchronić ponton od bumbania po ostrych kołkach lub zaczepiania się o nie, zaś nas, gdy już ponton zepchnęliśmy, od zawieszania się na kołkach, z których potem musieliśmy się wywikływać. Czyli niezły hardkor.
Zaś po trzecie utrudnieniem byli płynący wraz z nami sobotni spływowicze litewscy w ilości co najmniej pięciu grup. Czasem my z tym pontonem byliśmy przeszkodą dla nich, ale głównie oni dla nas, gdyż są to spływy wesolutkie i mocno podlewane alkoholem oraz nierzadko z wywrotkami (Janek w jednym miejscu pomagał mocno wstawionym, mówiącym po polsku braciom Litwinom wydźwignąć z wody przytopiony kajak).
przed nami splyw lit Czekamy przed przeszkodą, przed nami wesoły spływ litewski
Bardzo znorani dopłynęliśmy wreszcie na Gzową Łąkę, gdzie właściciel nas skasował na 15 euro, szczęściem byliśmy tam sami (bośmy się obawiali, że może być z bracią litewską tak wesolutko i głośno jak w zeszłym roku w Liuline).
Jola i Wacek zostali na warcie, reszta poszła do Kołtynian.
kaltanenai Pozuję w Kaltanenai
W restauracji niestety nie mogliśmy się pożywić, gdyż cała była wynajęta na chrzciny, za to zjedliśmy pyszne szaszłyki i zupę kaukaską w barasie, w wykonaniu obecnego właściciela – Azera.
W Kołtynianach widać zmiany i wykorzystanie środków unijnych, na byłych parchatych łąkach nad rzeką zrobiono piękny park z mostkiem łączącym oba brzegi, alejkami, przystanią kajakową. Za to ceny coraz wyższe – szaszłyk 5 euro, zupa 3.
baras Bar u Azera
Wieczór przyogniskowy na Gzowej Łące z zaklinaniem. Coś słabo zaklinamy, dziś też było zimno. Ale od jutra pogoda ma się wreszcie zmienić.

DZIEŃ XII – niedziela, 2 sierpnia
Spaliśmy na podłożonych pod nienadmuchany materac poddupnikach kajakowych – twardo, ale przynajmniej z izolacją od gleby, bo noc była bardzo zimna – 6 stopni nad ranem to maks. Swoją drogą – jak ci, którzy śpią na tych cieniznach materacach samopumpających, znoszą te niewygody?
gzowa - piekna pogoda Gzowa Łąka – wreszcie piękna pogoda
Poranek, choć zimny i namioty całe w rosie, wstał słoneczny i od razu chce się żyć. Suszymy w słońcu namioty, pakujemy się i ruszamy. Dziś pontonowi znów Jola i Wacek, ja i Janek na ogarnianiu – lecz jesteśmy już mniej potrzebni, bo Kiewna do ujścia jest już lepiej przepływna. Przy ujściu robimy sobie wszyscy sesję zdjęciową – ja z Jankiem na potrzeby konkursu Wydawnictwa Czarne „Gdzie nas czytacie”.
z ksiazkami  Zdjęłam się z „Angolami” i Stasiukowym „Życiem”

Następny etap – do Kołtynian Żejmianą pod prąd nie jest łatwy, zwłaszcza w odcinkach bystrego nurtu. Jola z Wacuszką musieli się nieźle nawajchować.
pod prad i prie zejmenos Pod prąd – Jola, Wacek, ponton
Na dalszy – po obiedzie – wymieniliśmy ich my, potem na jeziorze znowu oni.
Obiad (wczoraj zamówiony) w Prie Żejmenos tradycyjnie smaczny: chłodnik i kotlety litewskie z surówką i frytkami plus zimny svyturis z kija (czy co kto chciał). Na warcie z kajakami został Janek – obiad pięknie mu zapakowali, nawet jajko do chłodnika było w osobnym pojemniczku, ziemniaki opiekane w innym, drugie danie w jeszcze innym. Cieszymy się, że nasza ulubiona restauracja litewska trzyma poziom. Zamówiliśmy obiad na środę, gdy będziemy wracać z jezior – tym razem z przewagą cepelinów.
przed prie zejm Prie Żejmenos w Kołtynianach
Na jeziorze Żejmenys okazuje się, że nasze ukochane miejsca są zajęte! Ło matko, serce chce mi pęknąć – cały rok na to czekałam, a tu taki siurprajz.
Lądujemy na lewym brzegu na czyimś prywatnym polu, rozważając rozbicie się tam. Lecz serce krwawi mi coraz bardziej i niczym ta Ulrike Meinhoff wymuszam na towarzystwie wariant sprawdzenia, czy jednak nie da się czegoś załatwić po drugiej stronie, choćby od jutra. Akt terroryzmu polega na przymuszeniu Janka, byśmy tam popłynęli.
No i hurra! Się okazuje, że jedno z tych pól będzie wolne za półtorej godziny (miła młoda Litwinka mówiąca po polsku nam to obwieszcza). Wracamy więc po resztę towarzystwa, w tym czasie bracia Litwini przy wtórze umcyk-umcyk- bumbającego radia samochodowego, już spakowani, kończą jeść grillowane żeberka, i gdy przypływamy, miejsce jest już wolne.
TO NR 2 Nasze miejsce ulubione nr 2
Nie jest ono tym naszym najukochańszym, to Nr 2, ale też nie gorsze. Wszystkim się podoba.
Czasem warto być terrorystką.

DZIEŃ XIII – poniedziałek, 3 sierpnia.
Biwak. Luzik rajtuzik. Od wczoraj wreszcie ładna pogoda. Pranie, kąpiółki, wędkarstwo – jak to na biwaku.
Na obiad makaron z pysznym sosem kurkowo – mięsnym wykonanym przez Elę, wszyscy aż mlaskali z rozkoszą. Na deser zaś ryby –Janek skrobał, Wacek smażył, wszyscy jedli – pełna kooperatywa. Tu najbardziej mlaskałam ja, kobieta rybożerna.
Byliśmy dziś z Krzyśkostwem w spa. Bicze wodne Janek zrobił na dwie wyjęte zastawki, więc chlustało i waliło aż hej, bardzo się Krzyśkom podobało. Ba, czyż mogło być inaczej?
kretuonas parkas Spa w Kretuonas Parkas
Wstęp na te bicze, czyli do Kretuonas Parkas, kosztuje już 1,45 euro za pół godziny, to jako ciekawostka. Ponadto przy biletowni rozmawialiśmy trochę z litewskim Polakiem, który tam mieszka od 35 lat, sympatycznym rosłym panem z fajką. Sprzedaje miód (leśny, dobry) na zamówienie Niemców. Pytaliśmy o te nadjeziorne czy nadrzeczne privati – większość to kilkuletnie dzierżawy, ale są i takie naprawdę prywatne (tam gdzie te wypasione nowe drewniane domy). Nocleg w młynie w spa kosztuje 8 euro, wczorajszy kotlet z dodatkami 5,20, a średnia płaca na Litwie wynosi 320 euro, czyli mniej niż w Polsce.
Janek znów się wziął za materac. Okazało się, że poprzednie łatanie nie trzymało. Poprawił, tym razem z sukcesem – materac, już od kilku godzin nadmuchany, zniósł próbę położonego na nim grubego pniaka i kilku kamieni, potem kajaka, i nadal ani drgnie. Jak miło.
materac naprawiony Brawo Janek, „naprawnik” (jak mówili kiedyś nasi synowie)
Z innych atrakcji: gra w scrable z Jolą (poprzednio ona wygrała, dziś ja), wyprawy kajakowe i pontonowe jezioroznawcze i wędkarskie (Joli z Wackiem, Darka z Krzyśkiem, Joli z Darkiem), Ela malowała kolejną akwarelę, w nocy jakiś zwierz chwaszczył za namiotem Krzyśków, a Janka w wodzie coś użarło w nogę do krwi – pewnie „potwór”, czyli larwa kałużnicy.
potwor Potwór (a bywały i większe osobniki)
Co do zwierza, zapomniałam napisać, że na Fidelowej Łączce w nocy coś tak strasznie zaryczało niczym z bólu ranny łoś, że aż nas pobudziło. Dzikość na tej Litwie jest naprawdę dzika.
Ale poza tym spokój, zwłaszcza w taki piękny dzień jak dziś. Tylko przyroda i my. Litwini, gdy im mówimy, że przyjeżdżamy tu już kolejny raz, dziwią się, ale tłumaczymy, że my właśnie po tę dzikość i czystość wód. Bo oni (zwłaszcza spływowicze sobotni) by chcieli na Mazury. Mój Boże, na te zadeptane, komercyjne, zaturystycznione, przeładowane Mazury, o których już Osiecka pisała, żeby ją zabrać stamtąd, na miłość Boską. A tu mają taki raj. Coraz bardziej się europeizujący i komercjalizujący, to fakt.

DZIEŃ XIV – wtorek, 4 sierpnia
Trzy uzupełnienia do wczorajszego dnia:
Cela znalazła wielkiego prawdziwka podczas swej spaceroprzebieżki porannej – takimi przebieżkami rozpoczyna każdy dzień, a po powrocie, gdy my jemy śniadanie, ona – swoją paszę (płatki + owoce + inne cudka niewidka), a dopiero potem jedzenie ogólnospływowe.
Darek z Jolą wrócili z dwoma pięknymi okoniami, które (plus jedna okazała płotka złowiona też przez Darka) zostały upieczone w folii na ognisku, gdyż podobno kończy nam się gaz. Piszę „podobno”, bo już kiedyś nam się „kończył”, a potem się okazało, że resztę trzeba z butli wypuścić.
Podczas wieczornego zaklinania opowiadaliśmy sobie, jak się poznały poszczególne pary.
Dziś znów ładny ciepły dzień, nawet wyżej (w lesie) upalny, ale nad wodą w cieniu drzew tego nie czuć.
Wyprawy: Wacka z Jolą kajakiem na poznawanie kolejnych zatok jeziora, a Cecylii i Krzysztofa do Kretuonas Parkas, by załatwić transport w celu zrobienia zakupów w Kołtynianach (chleba nam zabrakło! strasznie „żarci” jesteśmy na tym spływie).
Wrócili z zakupami, pan z fajką (Jan mu na imię) absolutnie nie chciał przyjąć od nich zapłaty, po drodze sporo opowiadał o sobie, Litwie, o stosunkach polsko – litewskich (że są złe, to jedynie wymysł polityków, o czym zresztą wiemy od dawna).
Już z pewnością sporo przytyłam, wciąż tu jemy i jemy. Po obfitym obiedzie (spaghetti z sosem mielonkowo-pomidorowym) – na podwieczorek naleśniki (Jola smażyła) z serem i jagodami.
nalesniki
Wyprawy kajakowe, wędkowanie, lektury. Czytam „Kobiety niepokorne” Cristiny Morato.
Wieczorem długo patrzymy na jezioro.
zapamietaj Trzeba zapamiętać ten widok…
Jutro odpływamy stąd i będzie już tylko rzeka, skądinąd też przecudna i przeczysta.
rzeki litewskie
Darek złowił trzy okonki i dużą płoć, Janek oskrobał i usmażył – i znów było chrupanko.

DZIEŃ XV – środa, 5 sierpnia
Wypłynęliśmy przed jedenastą, wiosłując nieśpiesznie. Pontonowi dziś Krzysiek z Celą (zwaną już to Celestyną, już to Celyną, już to Calineczką).
Jezioro jak lustro, z góry lampi, opalamy się. Przy wypływie spotykamy dwójkę młodych Polaków z córeczką – są z Wrocławia, płyną z Uteny do Podbrodzia. Spływowicze – znają m.in. Obrę i Pliszkę. Polecamy im restaurację w Kołtynianach (niestety tam znów rezerwacje, musieliby długo czekać – poszli do barasa; Azer miał dziś tłusty dzień, bo i jakiś inny polski spływ skarmiał).
Nasz obiad już na nas czekał. Po nim wolniutko, niemal wyłącznie siłą nurtu dopływamy na Pole Leszczyńskiego.
pole leszczynskiego Kolacja

Piękne miejsce, tylko wyjście parchate.
Gzy nas dziś kąsały – odmiana po cowieczornych komarach (pacyfikowanych jednakowoż przez takie Krzyśkowe żarzące się kadzidełka). Ale jakoś dało się umyć w rzece, bo po upalnym dniu lepiliśmy się.
Wieczorem z inicjatywy Celi czcimy Darka, tzn. jego pomysły racjonalizatorskie. Przy ognisku robimy przymiarki do przyszłorocznego spływu. Decydujemy, że będzie to – jak w 2010 – Mereczanka i Niemen.

DZIEŃ XVI – czwartek, 6 sierpnia
Żegnaj, Pole Leszczyńskiego (po litewsku „do widzenia” to „viso giaro”). Pontonowi dziś – Darek z Elą. Etap jest długi, upał daje nam popalić, nawet na rzece momentami lampi okrutnie.
Postój w miejscu, gdzie w ub. roku robiliśmy kąpiółki w rzece przeczystej z białym piaszczystym dnem – więc i tym razem robimy.
plywam w zejmianie Żejmiana – ponoć najczystsza rzeka w Europie
Dłuższy postój w Nowych Święcianach koło mostu – jest tam plaża, pełno dzieciarni w wodzie. Zostajemy z Jankiem przy kajakach, reszta maszeruje do sklepu po ostatnie zakupy.
Końcówka już niedługa i dopływamy Egrety Alby, po drodze mijając poznane w ub. roku gospodarstwo z miłą panią Litwinką, która mówi po polsku. Tam braliśmy wodę ze studni i po rozbiciu się płyniemy tam i dziś – my i Jola z Wackiem. Pani rozpoznaje nas i podejmuje herbatą, kawą i ciastem z jagodami. Państwo są z Wilna, mają tu starą chałupę – mąż pani mieszka tu już na stałe, pani – na wakacjach (jest nauczycielką). Bardzo mili ludzie. Od ich sąsiada (tego od studni) Wackostwo kupili miód.
To miejsce, w którym mieszkają, nazywa się Czapla (po litewsku „czapla” to „garnys” ). Fajny zbieg okoliczności, bo przecież my tę łąkę, na której nocujemy, też nazywamy od czapli białej Egretą Albą.
egret Egreta Alba o zachodzie słońca
Ognisko, ciepły wieczór pod litewskimi gwiazdami na niezanieczyszczonym niebie, nad wodą, która – mówili nam o tym ci państwo z sąsiedztwa – właśnie koło nich badana, ma stopień czystości wyższy niż przewiduje norma, można ją pić.

DZIEŃ XVII – piątek, 7 sierpnia
Na śniadanie jajecznica na boczku z cebulą i kiełbasą, wykonana przez Krzyśka (prosił, by koniecznie zaznaczyć, że wykonana wg najlepszych wzorców kulinarnych).
Dziś ostatni etap spływu, krótki i bez przeszkód. Spory kawałek spływamy tratwą z czterech kajaków i pontonu (dziś my z Jankiem pontonowi).
Co do pontonu – owszem, przydał się do transportu gratów, ale już wiemy, że – jak wszyscy zgodnie uznaliśmy – „jest dobry, ale do dupy”. Żadnych więcej pontonów – tylko single (ale skąd wziąć dwóch rosłych, robotnych i nieględzących facetów?).
Pomalutku dopływamy do Liuline, skąd jutro będziemy odebrani. Rozbijamy się, robimy obiad.
Około siedemnastej do brzegu przybija jeszcze jeden spływ, 25-osobowy, polsko – szwedzko – ukraiński (z przewagą strony polskiej). Płyną od tygodnia Łokają, przed nimi trasa Żejmianą i Wilią do Wilna.
Wieczór komandorski. Zwroty kasy – po 20 euro na łeb. Księgowością i zakupami zajmowała się Cecylia – bez wątpienia najlepsza z naszych spływowych służb kwatermistrzowskich.
liuli 1 Wieczór komandorski
Wspomnienia, wrażenia, podsumowania, plany spływowe na przyszłość. Kolejny spływ szczęśliwie dobiegł końca (nie licząc tego, że na finał dziabnęła mnie osa – ale pobrałam leki wg zaleceń doktora i wkrótce po ukąszeniu nie było śladu).
liuline 2 Przyogniskowo, sentymentalnie, pożegnalnie…
Wszyscy spływowicze na polu w Liuline (jest tu jeszcze jedna grupa, rodzinna litewska) siedzą długo przy swoich ogniskach. Na szczęście nie ma żadnych krzyków czy umcyk-umcyk-disco jak w ub. roku.
ostatnie ognisko Każdego wieczoru, bez względu na pogodę, siedzieliśmy przy ognisku – to jest ostatnie
Ostatnia noc na spływie. Choć pod koniec drugiego tygodnia Janek wykonywał te wszystkie zmyślne pakowania, rozbijania i zwijania dosłownie na oparach, choć tęsknimy już za domem i cywilizacją, żal, że tak szybko to minęło i finito.

DZIEŃ XVIII – sobota, 8 sierpnia
Powoli się pakujemy. Wyjazd znów opóźniony, choć kierowca (acz inny niż poprzedni) ponoć z Maćkowej wyjechał już o siódmej.
Tradycyjne zakupy w Alytus (Krzyśkostwo wykupili pół sklepu). Zapakowanie aut w Maćkowej (upał dokucza, wszyscy już poirytowani, a szczególnie Janek), pyszny obiad i prysznicowanie się u Reni M. w Mikołajewie.
Cela i Krzyś wyjeżdżają jako pierwsi, my po Janka przespaniu się – o godz. 21, a reszta ma wyruszyć nad ranem.
W nocy drzemiemy dwie godziny w aucie na tankszteli za Olsztynem, chcieliśmy też w ten sposób uchronić się przed burzą, która szła na nas – przeszła bokiem, ruszyliśmy dalej. Cała noc w podróży i jeszcze kawałek następnego dnia.

Niedziela, 9 sierpnia
Koniec wycieczki, powrót do domu. Teraz już tylko pranie, pranie i pranie oraz inne rozkosze domowych pieleszy.
Oraz czekanie na następny spływ. Szybko zleci.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s