SPŁYW 2016

podrozosplyw-422

MERECZANKA – NIEMEN, 16 – 30 LIPCA

16. sobota

W drodze do Maćkowej Rudy zrobiliśmy sobie z Jankiem – jak co roku – wycieczkę po Polsce. Tym razem trzydniową. Najpierw Toruń, potem Szczytno. Na ostatnim, dzisiejszym odcinku trasy –  tradycyjny postój na Przewięzi oraz rozmowy z jednym panem augustowsko – warszawskim, m.in. na temat uroków Biebrzy.

Maćkowa Ruda – baras. Wszyscy się zjeżdżamy niemal o jednym czasie.

Nocleg w stadninie w Mikołajewie, bo p. Moroz ma ślub (własny!), za to mamy wypas, z łazienkami!

800 PLN + 50 euro na łeb do kapelusza, drobne piwko + słodycze i spać.

17. niedziela

Cholerna geriatria! Gdy już byliśmy w Maćkowej na parkingu, odkryłam brak aparatu foto, więc wracaliśmy z Jankiem do Mikołajewa, gdzie oczywiście aparatu nie było, gdyż odnalazł się w moim worze spływowym.

Wiozą nas z kajakami do Valkininkai. Po drodze kierowca opowiada, że od czasu wprowadzenia euro na Litwie „Biedronka” w Sejnach odnotowała największe obroty w Polsce. No tak, na Litwie już nie jest tak tanio jak ongi, ale nic to – przyroda wciąż jest bezcenna.

Na łące w Valkininkai pakujemy kajaki

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

i o bardzo dobrym czasie spływamy.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Rzeka Mereczanka, zapowiadana przez komandora jako szeroka i przyjazna, zwłaszcza dla pontonu, z odcinkiem na około 40 minut, wita nas dwoma zawałami do przerąbania i to takimi, że niektórzy już zapomnieli (albo nigdy nie doświadczyli), co to mogą być przeszkody na wodzie. Rębacze: Janek, a na drugiej przeszkodzie Krzysiek. Przepychacz pontonu i kajaków w zimnej wodzie po pas: Darek. Z nim – z drzewa: Janek. Poławiacz naszego spłyniętego wiosła: Artur. Zasmucony, że już nie te moce: Wacek (on i Jola byli dziś pontonowymi, my z Jankiem na ogarnianiu). Jola Bis: singiel. Dzielnie dała radę.podrozosplyw-219 przesz3

Łąka, na której kiedyś biwakowaliśmy, odpada, bardzo się zmieniło dojście do wody (wysoki stan), kawałek dalej dużo lepszy jest cypel, gdzie Salcia wpada do Mereczanki. Ale wita nas tam burza i silny opad, przez dobrą godzinę przeczekujemy pod plandekami i parasolami, już przemoczeni i zziębnięci.

Wreszcie możemy się rozbić. Zapomniałam napisać, że po drodze tradycyjnie robiliśmy zakupy w Alytus. Kolacja – też tradycyjnie na rozpoczęcie spływu – fasolka po bretońsku. Potem wieczór komandorski – 2 Lithuanie. Towarzystwo zmęczone (zresztą myśmy, prócz Anity i Artura, sama geriatria, więc co się dziwić), wszyscy dość szybko poszli do namiotów.

  1. poniedziałek

podrozosplyw-222

Ale nam się dobrze spało! Poranek dość chłodny, potem cieplej, choć nieupalnie. Śniadanie: szwedzki stół (takie będą szykować panowie, panie zaś – obiady; kolacje – co tam kto tam chce).

Biwak. Darek i Krzysiek wędkują, Artur poszedł po kurki (na drugi brzeg Jankiem przewiezion), Ela maluje, ja piszę. Gadki szmatki, wspomnienia z lat studenckich, luzik.podrozosplyw-225

Obiad w Valkininkai (Cela – nasza księgowa – oraz Jola 2 i Anita poszły na spacer i zamówiły). Dwie tury. Na obiad chłodnik oraz placki z mięsem (cepeliny, ale nie gotowane, tylko smażone).

Przemiła (i śliczna) Litwinka o polskich korzeniach, pani Danusia, nauczycielka, przyjaciółka właścicielki knajpy i parduotuve. Miłe, ciekawe rozmowy z nią, bardzo serdeczna i ciesząca się ze spotkania z nami, wręcz wzruszona (wiele razy kiedyś jeździła do Polski na wymiany młodzieży).

Gdy wróciliśmy do obozowiska – odpoczynek poobiedni. Janek – spanko, ja – drzemka. Darek przyniósł cztery duże kanie. Cela, JolaJola i Ela poszły ponownie do Valkininkai, z wizytą do pani Danusi. Artur z Anitą – spenetrować pobliskie jeziorko, może tam jutro wpłyniemy.

Do godz. 19:45 połów wędkarzy: 1 jelec, 1 okoń, 2 płotki. A Janek w ogóle nie zabrał wędki! Jestem rozczarowana (mówi, że on umie na jeziorze łowić, a na rzece nie).

Na to jeziorko w pobliżu nie ma wpływu, jak się okazuje.

Kobitki wróciły od pani Danusi wesołe. Się okazało, że znajoma Eli z Alytus to tej Danusi kuzynka! Świat jest mały.

Zaklinanie przy ognisku – Lithuania x 2 (Wacki i my). A „patalas” to nie znaczy „całun żałobny”, tylko zwyczajna „pościel” (ale Wacek nadal nie dowierza).

19. wtorek

Sekcja paszowa, w ub. roku reprezentowana tylko przez Celę i nienachalna, obecnie jest trzyosobową SEKTĄ (Cela, Jola Bis i Anita) i próbuje indoktrynować resztę.

Niezbyt ciepło od rana, a we mnie krew już nie krąży prawie wcale, więc marznę na sopelek, zwłaszcza na rzece. Płyniemy trochę ponad 10 km, rozbijamy się na łące porośniętej szczawiem, z fajnym wyjściem – i gdy już wszystkie namioty stoją, okazuje się, że jest to łąka konia, który podchodzi do nas blisko i czort wie, co będzie dalej. Czy go na noc zabierze jakiś gospodarz, czy ten koń tu śpi? Panowie robią ogrodzenie z wioseł, panie obiad. Potem mycie, drzemki, odpoczynek. laka

Koń sobie odgalopował, ale po paru godzinach wrócił. Na razie nie przekracza linii wioseł za namiotami, skubie trawę i rży, a co dalej – zobaczymy. podrozosplyw-271

Zaklinanie – Darek i Wacek.

20. środa

Noc była bardzo zimna, księżyc w pełni. Koń rżał (ale chyba tylko we śnie Janka?). Rano Janek z Darkiem wywalili trzy złowione przez Darka i Krzyśka małe rybki (żeby to mi było ostatni raz!) – bo Darek z Elą udali się na wielki połów kleniowy. Kleń niestety tylko jeden został złowiony, ale piękna sztuka – 50 cm, 1,5 kg, na kolację dla wszystkich po kawałku (dla mnie dwa, bo Janek mi odstąpił swój), pyszny.

podrozosplyw-284

Dzień miał kilka przebłysków słońca, lecz poza tym był zimny i wietrzny.podrozosplyw-282 Marzłam mocno w kajaku, a w dodatku dziś byliśmy z Jankiem pontonowymi (Jola z Wackiem na ogarnianiu). Ponton na rzece z szybkim nurtem też przysparza sporo kłopotów i byliśmy mocno zmęczeni.

Nocleg na skarpie – tej co w 2006 osy, a w 2010 Stefan na drzewie. Upierdliwe strome podejście i wyładowywanie się, ale na górze jest pięknie. Wieczór trochę cieplejszy, może pogoda wreszcie się przełamie.

podrozosplyw-308

Zaklinanie wódką weselną Anity i Artura.

  1. czwartek

A guzik tam się przełamała! Rano kropi, potem mży. Zwijamy się podrozosplyw-304 i płyniemy w mżawce, a na rzece przez moment (akurat na przeszkodzie) w deszczu rzęsistym.

Potem już nie pada, lecz do wieczora niebo jest szare i zero słońca. Marzłam znów okrutnie, choć miałam na sobie dużo warstw ubrania, dopiero w pizzerii w Varenie się rozgrzałam.

Na obiad pyszna pizza, zakupy w sklepie – i płyniemy dalej, wyglądając miejsca na biwak.

Nawyglądaliśmy się sporo, bo nasze ukochane z roku 2010, 45 minut za Vareną, wysoka skarpa z pięknym widokiem na rzekę – zajęte! Kajaki, namioty, jacyś faceci. Co za pech!

W końcu lądujemy na pięknej łące, niestety bez widoku na rzekę. Trudno. Za to nad rzeką jest wiszący mostek. podrozosplyw-335  Tu będzie biwak.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Długi wieczór przyogniskowy, zaklinaniowy, trochę też rybny – Krzysztof złowił szczupaka, smacznie go usmażył, znów było po ociupince dla każdego.

Podobno z Polski idzie do nas lepsza pogoda – ale wciąż dojść nie może.

22. piątek

Wczorajsze zaklinanie aż na trzy flaszki (sponsoring JolaJola, Wacek i Janek) też nic nie pomogło, a wręcz przeciwnie.

Rano jak zaczęło lać rzęsiście i ulewnie, tak leje już non stop dobre dwie godziny, załamka prosta! Ani wyjść, ani co. Siedzę i piszę. Janek jednak wyszedł – na papierosa. „Cholera jasna”, zakrzyknął, nie wiem, czy tak szybko przemoczył piżamę, czy może nasz namiot już pływa, bo rozbity jest w dołku. Łąka wprawdzie wsiąkliwa, ale czy zdoła przyjąć aż taką ilość wody?

Mieliśmy z Jankiem z samego rana wykąpać się w zagrzanej wodzie, a tu kicha. Wprawdzie na spływie w taką psią pogodę reżim higieniczny sobie odpuszczam, ale ileż można się „kąpać” w chusteczkach „Johnson Baby Extra Sensitive”?!

A tu pada i pada. Zaczęło o szóstej, już jest 10:42, i jak długo jeszcze? Tyle że w dwóch małych przerwach zdążyłam pójść za potrzebą, a potem w gospodarczym zjeść śniadanie.

Bu. Upadam na duchu i już mi coraz bardziej w głowie wypoczynek sanatoryjny, a nie te ekstrema spływowe. Do namiotu pchają się nam stadami skorki, mrówki, komary i inne stworzenia pełzające i fruwające. W takich razach dużo mniej kocham spływy kajakowe.

W końcu jednak się wykąpaliśmy w zagrzanej przez Janka wodzie, ach, bosko!!! W takich razach kocham spływy dużo bardziej. Wilga od rana gwiżdże na pogodę (ładną, rzecz jasna  – wczoraj skrzeczała na deszcz). Może wreszcie jutro? Ale chyba nie, bo wg prognozy ma być jeszcze deszczowiej, a wilga znów zaczęła skrzeczeć.

Godz. 14:00. Leje ulewnie jak sto bandytów, z małymi przerwami na mżawkę. Grzybiarze: Artek, Ela, Darek wrócili kompletnie przemoczeni, więc w ruch poszła Flaszka Wyższej Konieczności (komandor w tę ulewę roznosił po namiotach). Na szczęście jest ciepło, no ale kurna ileż można?! Siedzę w namiocie (Janek na zewnątrz pod parasolem), czytam „Politykę” i piszę. Kolejny upadek na duchu tuż, tuż.

Godz. 15:00. Jezu, jak leje!

Godz. 15:15. PRZESTAŁO!

Godz. 15:30. POWRÓT LATA. Oby na jak najdłużej. Pranie (kobiety), grzybobranie (Arturas), luzik rajtuzik (wszyscy).

Zaklinanie żakówką i patalasówką, piękny wieczór przy ognisku, mgły i gwiazdy. podrozosplyw-312

23. sobota

Spałam aż do dziesiątej! Tylko na spływie to jest możliwe. Pogoda ciepła, przychylna (pochmurno, ale bezdeszczowo). Grzybobranie: Arturas, Jola 2, Darek, Krzysiek; reszta – rozmowy i czytanie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Spore zbiory grzybowe, zwłaszcza kurek. podrozosplyw-324 podrozosplyw-327

Na obiad makaron z kurkami, na kolację kurki z jajecznicą. Cały dzień ładny i – wreszcie! – słoneczny.

Dziewczyny z inicjatywy Cecylii wymyślają pytania do konkursu dla panów, gdyż wieczorem ma to być punkt programu obchodów imienin Krzysztofa.

Wilgi już to gwizdały, już to skrzeczały – nie ma co im wierzyć.

Na kolację, prócz kurek z jajecznicą, grzyby duszone, a ja – 1 szt. rybki (jelec) z ogniska (Darek złowił, Janek upiekł).

Imieniny Krzyśka z konkursem – mnóstwo śmiechu i zabawa przednia, a przy okazji spostrzeżenie, jak inna jest logika kobiet i logika mężczyzn.

Zaklinanie i toasty za zdrowie solenizanta – dwie tabisiówki.

24. niedziela

Bardzo ładny, ciepły dzień. Powoli, bez pośpiechu płyniemy coraz szerszą Mereczanką.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

podrozosplyw-342

Po drodze zakupy we wsi Perloje – bardzo ładne tam były stare drewniane chałupki, zwłaszcza jedna – pod jabłonią, wśród kwiatów, z pięknymi okiennicami – cudo!

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Pontonowi dziś – Cela i Krzyś, a potem Jola i Wacek (bo Cela poszła do kościoła – „pamiętaj, pieseczku, że niedziela święto”, ponoć były piękne śpiewy na mszy; a Krzysiek został przy kajaku).

Przybijamy do miejsca zapamiętanego sprzed sześciu lat, bardzo ładnego (obok którego była „łazienka Anity”, ale już jej nie ma!). Teraz ta łączka jest privat, z wiatą i stołem (jedliśmy obiad przy stole!) – pan skasował nas na 20 euro (mamy nadzieję, że to był właściciel, a nie przypadkowy kąpiący się z rodziną – ?).

wiata

Darek złowił dziś trzy duże klenie – połowu jednego z nich byliśmy świadkami, piękna akcja.

Pyszny obiadek (zresztą wszystkie obiady spływowe są smaczne) i błogie lenistwo. Na kolację klenie wyfiletowane przez Krzyśka, usmażone przez Elę. Przy ognisku stecyszynówka i patalasówka.

25. poniedziałek

Dziś był chyba najtrudniejszy, najdłuższy (26 km) etap spływu – Mereczanką do Niemna. Po drodze zahaczenie o Ułę i potem kilkukilometrowy odcinek z bystrzami na kamieniach i szybkim nurtem, po nim długi, monotonny.  I na koniec piękne widoki dwóch łączących się rzek, wzgórze Bony, most nad Niemnem – Merecz. podrozosplyw-365 podrozosplyw-368 podrozosplyw-373 podrozosplyw-374 podrozosplyw-376

Jeszcze na wodzie wystroiłam się w najładniejsze spodnie i sandałki, bo przecież mieliśmy jeść obiad w kavine, z nadzieją na wypas jak przed sześciu laty, a tu się rozpadało, gdy przybiliśmy do brzegu – i strój mój okazał się mocno nie teges. Mało tego: odbyła się regularna burza. Jeszcze mało: zero obiadu! W kavine była rezerwacja na stypę, a gdy stypa się skończyła (w tym czasie zrobiliśmy zakupy) i poszłam negocjować, pani powiedziała, że już nie pracują (faktycznie – w poniedziałki nie; ale co za pech!).

Gdy wracaliśmy z Jankiem wymienić Anitę i Artura, opad burzowy przeszedł w ani chybi oberwanie chmury, a potem burza jeszcze długo krążyła nad Mereczem i okolicą. Po wyprawie Wacka i Darka na drugi brzeg i stwierdzeniu, że nasze poprzednie miejsce się nie nadaje, zdecydowaliśmy – mimo obaw przed miejscową żulią – że będziemy nocować na oczach ludzkich – na łące koło mostu; tam się rozbiliśmy, gdy wreszcie przestało padać. Żulia miejscowa nękała nas tylko w postaci jednego zbieracza puszek, zaś panowie kończący już bibkę pod wiatą okazali się sympatycznymi rozmówcami i też spływowiczami – tzn. dwóch z nich, Czechów i odbierający ich Litwin (znał polski, chorwacki, serbski, angielski i Bóg wie ile jeszcze języków) oraz jakiś (chyba) Dalmatyńczyk.

Obiadokolacja: fasolka po bretońsku z „pikokami”. Wieczór bez ogniska. Zaklinanie pogody resztką koniecznościówki oraz patalasówką.

podrozosplyw-380

26. wtorek

Moje imieniny. Kwiatki i poranne „sto lat” (od Joli ponadto dostałam gustowną zakładkę – pióro ptasie koloru srebrnego). podrozosplyw-388

Jednakowoż, jako sieroctwo sieroctw, nie mogę już od rana odbierać życzeń tel., gdyż komórka mi padła, nim została naładowana, a w dodatku nie znam PIN-u!

Telefony naładowała Ela w mereczańskim punkcie turystycznym, tam też wraz z Celą i JoląJolą poszły oglądać wystawę z bardzo ciekawymi ekspozycjami dotyczącą Merecza i okolic (sporo wątków polskich, m.in. Ogiński) – aż żałuję, że nie wybrałam się z nimi.

PIN uzyskuję w końcu, dzwoniąc do Jaśka (z telefonu Krzysztofa) i instruując go, gdzie mógłby w domu znaleźć; znajduje i przysyła esemesem.

Wczoraj i dziś – gorąc i żarówa, spiekamy się. Niemen przecudny, choć płynięcie monotonne.podrozosplyw-390

Trzypoziomowa skarpa, na której byliśmy przed sześciu laty, bardzo się zmieniła i już nie nadaje się na biwak, szukamy dalej. M.in. ja i Janek sprawdzamy jedno z miejsc, wyrywając sporo do przodu, ale okazuje się ludzkim polem, więc wracamy do towarzystwa pod nurt, po drodze natrafiając na taką płyciznę, że Janek musi burłaczyć! podrozosplyw-406

Więc choć etap niby dziś był łatwy, to jednak trudny.

Rozbijamy się na skarpie w pierwszym oglądzie parchatej – ciasno, nierówno, wysokie chaszcze – ale wkrótce już oswojonej i „naszej”. Namioty stoją na trzech poziomach: najwyżej, w lesie, Jola z Wackiem i Anita z Artkiem, pośrodku JolaJola, Cela z Krzysiem i namiot gospodarczy, a najniżej, dosłownie o krok od wody, Ela z Darkiem i my. podrozosplyw-452 trzy-poziomy

I w tak pięknych nadniemeńskich okolicznościach przyrody, w ciepły wieczór, z zachodzącym na wprost nas słońcem, odbywają się moje imieniny – chyba niewiele razy w życiu miałam piękniejsze. Moje zdrowie pijemy starką, whisky od Zuzy (przewspaniałą w smaku) i na koniec „głuszcem” od Darka. podrozosplyw-425 podrozosplyw-429

Cisza wokół, słychać tylko tryskające z ziemi wysokim słupem wody źródło (czy jakąś studnię artezyjską) na drugim brzegu. A w nocy gwiazdy nisko nad nami. Ach, jak pięknie jest nad Niemnem.

27. środa

Biwak. Na przeciwległym brzegu słońce od rana, chyba będzie znów żarówa, na naszym zalesionym jeszcze długo cień. Późno wstajemy (z wyjątkiem wędkarzy), najdłużej spała Cela, do jedenastej. Mimo tego całego piękna wokół już mi się trochę chce do wygód cywilizacji. Namiot nam od wczoraj przecieka, na razie tylko sień – kapie do środka skroplona rosa, strach pomyśleć, co będzie w deszcz. Oraz – a wydawało się, że Janek połatał skutecznie! – schodzi nam powietrze z materaca. Mimo dopompowywania śródnocnego rano już jest ganz flak. No cóż, sprzęt się nam starzeje, tak jak my.

Ale poza tym jest dobrze. Adrenalina działa, humory dopisują, gnaty trochę bolą, ale co tam, w tym wieku coś boleć musi. Janka mięsień półśredni constans, bardziej go bolą barki i ręce (od dźwigania kajaków). Czy długo jeszcze będziemy mogli jeździć na te spływy? Się okaże. Oby jak najdłużej.

Gram z Jolą i z Celą w scrable, potem Jola smaży naleśniki, a Cela robi farsz serowy + z dżemem – pychota, jemy z jagodami zebranymi przez JolęJolę.

Potem dwie ekipy – Arturasy i my – płyną na drugą stronę Niemna, gdzie bije ta woda. podrozosplyw-450 Dojście z rzeki parchate, więc się najpierw myjemy przy źródle, potem idziemy w stronę zabudowań. Właściciel, miły pan z Kowna (Artur) rekonstruuje domostwo i budynki gospodarcze (już wydał 100 tysięcy euro, musi milioner). Będzie wypas, z zachowaniem starej konstrukcji (przed laty mieszkał tam kowal). Np. już jest bania na pilota – pan Artur włącza w Kownie, przyjeżdża za półtorej godziny i już ma wodę podgrzaną.

Wodę pitną bierzemy z jego ujęcia (z 8 m – b. smaczna). woda

Zaś woda wybuchająca z ziemi jest zbyt zasiarkowodorowana (wytryskuje z głębokości 200 m z podziemnego jeziora).

Na dworze dziś żar z nieba, wszyscy szukamy cienia – najprzyjemniej jest na górnej półce.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Kolacja – kurki smażone (kto chciał, to z dodatkiem „pikoka”) + surówka, a deser przyogniskowy – grzanki.

Zaklinanie – starka patalasówka. Noc pochmurna, mało gwiazd – mało też spałam, bo z materaca powietrze schodzi już na maksa i Janek coraz dłużej musi dodmuchiwać, więc się wybudzam i potem nie mogę zasnąć (w końcu pomógł proch).

28. czwartek

Z serii „Niemen nie puści” – puścił dziś trzy razy.

Pierwsza burza rano, dość krótka. Potem zwijamy się i nieśpiesznie (dziś krótki odcinek i chyba ostatni) spływamy w kierunku Nemunajtis. Po drodze druga burza – przeczekujemy ją na lądzie, wcześniej zabezpieczywszy kajaki. Pomiędzy burzami upał i duchota.

W Nemunajtis kolejne na tym spływie rozczarowanie, a nawet kilka. Wypasiony hotel na lewym brzegu, w którym sześć lat temu można się było bez problemu napić zimnego śvyturysa i zrobili nam pyszny obiad – nie rabotajet! To znaczy – rabotajet, ale tylko w soboty – wesela, konferencje. Gdybyśmy odpowiednio wcześniej dali znać, to tak – mówią obecni właściciele – ale dziś nie pojemy nic a nic. Może w Nemunajtis na prawym brzegu, ale oni nie wiedzą – są z Kowna, obiekt  kupili od banku. Niemiecki baloniarz, który miał kaprys wybudować go w takim miejscu, zbankrutował, a potem zmarł.

Płyniemy na drugi brzeg. W Nemunajtis – dwa sklepy słabo zaopatrzone oraz baras – tylko piwny, też jeść nam nie da. Po to leźliśmy taki kawał w upał, żeby tylko piwa się napić. Bida. nemunaitis

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Wracamy na lewy brzeg i rozbijamy się na tej łączce, co przed laty.

Zdążyliśmy przed burzą numer trzy, najgwałtowniejszą (choć  czarne niebo zapowiadało ją dosyć długo – a gdy ruszyła, to od razu jako mini biały szkwał na rzece).

Chyba to nie koniec z tym niemeńskim niepuszczaniem, bo gdy to piszę, wciąż coś chodzi koło nas. podrozosplyw-482

Ach, cywilizacjo, prysznicu, stole, wygodne łóżko, toaleto nie w kucki – coraz bardziej już za wami tęsknię.

Godz. 20:5o. Chyba obiadokolacja nie jest nam dziś pisana, bo ledwo wychynęliśmy z namiotów, żeby podgrzać pulpety, przyszedł następny szkwał i silny opad. Niech to chudy byk. Dobrze choć, że Krzysiek wcześniej roznosił po namiotach Parówki Wyższej Konieczności. Ło matko, jak leje! Namiocie, wytrzymaj.

Pulpety wreszcie w kolejnej przerwie jako tako podgrzałyśmy, wydałyśmy – i znów opad, a po jego zakończeniu mżawka.

W końcu przeszła i ona, więc przynajmniej początek nocy – pod gwiazdami. Pogodę (bez ogniska, jedynie przy lampie naftowej, którą nam co wieczór zapala latarnik spływowy Janek) zaklinali tylko najwytrwalsi, czyli Darek z Elą, Wacek i my – żakówką.

29. piątek

Cholera jasna! Znowu od rana leje i leje. Czyżbym miała zakończyć ten spływ z przekonaniem, że no more? E, może się wypogodzi, zresztą postanowienia są od tego, żeby je łamać.

Z powodu deszczu wieczór komandorski rozpoczęliśmy już rano i zostały napoczęte trzy flaszki (tabisiówka miodowo-lipowa, stangretówka z granatem i nasza śliwka) – reszta na wieczór wieczorny. podrozosplyw-463 podrozosplyw-467

W przerwie międzydeszczowej Jola wykonała i wydała jajecznicę z kurkami. podrozosplyw-475

Ela walnęła się o kawał grubej gałęzi i ma na nodze duży guziołokrwiak, po zastosowaniu (wg zaleceń Krzyśka) babki lancetowatej już ciut mniejszy. Wędkarze: Darek, Krzysztof i JolaJola oraz towarzysząca im Ela poszli łowić na pobliskie jeziorko. troje

Padać przestało przed godz. 15. Jola, Wacek i Janek popłynęli do Nemunajtis na zakupy. Anita i Artur poszli na spacer. Zostałyśmy tylko my z Celą i czytamy, tzn. ja teraz piszę, ale zaraz też coś poczytam.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Błoga cisza nadniemeńska, tylko ptasząt kwilenie i przeloty nadrzeczne, z udziałem głównym egrety alby (oraz spacerującego w pobliżu naszych namiotów bociana).

bocian

Wreszcie słonko przepolo i znów się robi duchota.

podrozosplyw-497 podrozosplyw-498

Na godzinę 4 nad ranem zapowiadana jest burza, ciekawe, czy kolejna z serii „Niemen nie puści”, czy łagodniejsza.

Po obiedzie, czytaniu, połowach, drzemkach etc. zaczynamy zwijanie obozu. Panowie rozbunkrowują namiot gospodarczy i rozkręcają wiosła, panie przejmują resztki konserw, przypraw itd. pod kierownictwem ochmistrzyni Cecylii.

Wieczór komandorski – podsumowania, wrażenia. Wcześniej zaś – zwroty. Nie zjedliśmy dwóch obiadów w restauracjach, więc zostało sporo kasy – do zwrotu 55 euro i 50 zł na osobę. Był to zatem jeden z tańszych spływów: ok. 750 zł/os.

Znów, jak co roku, trudno nam uwierzyć, że tak szybko minęły te dwa tygodnie i jutro już koniec spływu. Ostatnie ognisko pod litewskimi gwiazdami.

podrozosplyw-499

30. sobota

Zapowiadana na czwartą burza odbyła się o drugiej w nocy, ale i tak jej nie słyszałam, bo wzięłam procha, żeby nie słyszeć  odbywającej się gdzieś w pobliżu (chyba w tym hotelu) umcyk umcyk litewskiej impry.

Pobudka o siódmej (czyli szóstej czasu polskiego), pakowanie. Panowie przenoszą kajaki jakieś 150 m, żeby mógł tam dojechać busik, potem wszyscy taszczymy tam resztę klunkrów (jestem zła na Janka, bo chyba chce wygrać konkurs na najpracowitszą mrówkę spływu! – a co potem będzie z jego gnatami i mięśniem lekkopółśrednim?!).

Panowie kierowcy przyjeżdżają po nas punktualnie co do minuty, po drodze robimy tradycyjne zakupy (tym razem w Lazdijai, czyli Łoździejach) i – żegnaj, Litwo. Do zobaczenia (miejmy nadzieję) za rok! – a może to będzie Łotwa? Kto wie.

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

Jeszcze nigdy nie byliśmy w Polsce po zakończeniu spływu tak wcześnie. Już o 11! Więc postanawiamy z Jankiem nie zostawać w Maćkowej Rudzie na odpoczynek, tylko od razu po zapakowaniu auta (zabieramy cały wspólny dobytek spływowy na przechowanie w naszej piwnicy) ruszać do domu. Decydujemy się na trasę przez Augustów – Olsztyn – Grudziądz – Bydgoszcz – Strzelce Kraj. – Gorzów. Ruszamy w południe, trybem emeryckim, z przerwami – czeka nas co najmniej 12 godzin podróży.

I tak tedy kolejny spływ litewski przeszedł do historii…

 

 

 

6 thoughts on “SPŁYW 2016

  1. 1) Kto nie ma w głowie, ten ma w worze spływowym.
    2) Co to jest baras?
    3) Naprawdę uważaliście dotychczas, że Litwa jest tania? Bo mnie się wydawała droga już dwanaście lat temu…
    4) A skąd się biorą te drzewa na trasie? Zwalone w sztormach? Takie tam są wichury?
    5) Jestem zdalną, londyńską fanką sekty paszowej! 😉
    6) Czemu Mereczanka ma tak duży kąt nachyłu? 😉
    7) Piękna chałupa z jabłonką, a śpiewy na mszy po prostu słyszę, zresztą zaraz sobie puszczę jakiś podkład! (słaby wybór na youtube 😦 ) (w takim razie włączam Sacred Shants of Shiva…)
    8) To moich życzeń imieninowych też nie odebrałaś. 😦
    9) Bajeczna ta parchata skarpa…
    10) Imieninkowe zdjęcie mocno „zadymione” 😀 😀 😀
    11) Sprzęt geriatryczny., jak i Wy 😉
    12) Tam milioner. Z Unii dostał forsę!
    13) Wyłączam Shivę, żeby usłyszeć nadniemeńską ciszę i zobaczyć tego bociana…
    14) BYLIŚCIE W BYDGOSZCZY? I ja nic o tym nie wiem?!
    15) Nigdy z Wami nie pojadę, bo się kompletnie nie nadaję, ale tym bardziej fajnie się czyta i przeżywa razem z Wami litewskie przygody. Dzięki.

    • 1. 🙂
      2. Bar – po litewsku.
      3. Tak.
      4. Drzewa zwalone wzdłuż rzeki to normalka, nie potrzeba sztormów, czasem wystarczą bobry.
      5. A ja tylko epizodycznie.
      6. Zdjęcie jest pochylone. 😀
      7. 🙂
      8. Wszystkie życzenia odebrałam wieczorem. Nie dziękowałam? Więc teraz: dzięki!
      9. No.
      10. 😀 Owszem.
      11. :-p
      12. Pacz pani, nie wpadłam na to! 😉
      13. O, o, o.
      14. Przejeżdżaliśmy OBOK. Teraz wszędzie są OBWODNICE. 🙂
      15. Never say never. 🙂

    • Nie czaję się, ale te akurat zapiski są interesujące dla określonej grupy osób, a także, z powodu codziennego meldunku o zaklinaniu, mogłyby naruszyć czyjeś dobra, wyjawiając je całemu fejsowi. 😉
      Nie wystawię.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s