SPŁYW 2017

1 – SOBOTA, 22 LIPCA
Śniadanie pożegnalne na tarasie u mojego kolegi z klasy. Spędziliśmy w jego gościnie przemiłe dwa dni, zamieniając planowaną Białowieżę na dom Piotra nad Bugiem i zwiedzanie Serocka i Pułtuska.
Wyruszamy poprzez objazdy z powodu budowy S-8 oraz Rudkę koło Brańska, gdzie odwiedzamy rodzinę rodziny, a potem przez Tykocin. „Miasteczko-bajeczka” piękne jak dawniej i najwyraźniej zrobiło się modne,  bo obecnie dużo bardziej zaturystycznione niż w czasach, gdy przed ośmiu laty zwiedzaliśmy je z Krysieńką.
Następnie tradycyjny postój na Przewięzi.
W Maćkowej Rudzie pod barasem byliśmy przed siedemnastą, stopniowo dobawiła reszta towarzystwa. Pyszny obiad, potem wyjazd do Mikołajewa na nocleg do Reni (oraz jej jakoby to groźnej teściowej, która jednak okazała się nie taka groźna). Jedno oczko z wc i prysznicem, czyli nie za ciekawie, ale dobrze, że Zosi w ogóle udało się załatwić dla nas nocleg pod dachem.

2 – NIEDZIELA, 23 LIPCA  
Wczesne śniadanie, wyjazd do Łozińskich, gdzie tradycyjnie zostawiamy auta i pakujemy kajaki i klunkry na spływ.
12 osób – 7 kajaków, czyli pary: Jola-Wacek, Anita-Artur, Cecylia-Krzyś, Ela-Darek i my plus dwa single: JolaJola i Wojtek (doświadczony spływowicz, ale z nami – po raz pierwszy).
Bus „Kresy” (i ten sam kierowca co przed 8 laty) – jazda pod Molety, z tradycyjnym zahaczeniem o Olitę (Alytus) – zakupy w Maximie.


Nad jezioro Kirneilis przybywamy parę minut po piętnastej i rozbijamy się tam gdzie przed ośmiu laty – wtedy na mokro, tym razem na sucho, bo pogoda się nam trafiła bezdeszczowa. Niestety pobliski baras od kilku lat nie rabotajet (czego można się było spodziewać). Więc na obiad tradycyjnie fasolka po bretońsku inauguracyjna.
Jakaś słabam i sennam. Poszliśmy z Jankiem się godzinkę przespać w namiocie. Potem był wieczór komandorski. Szkoda, że nie przy ognisku, ale musielibyśmy się przemieścić, a już stworzyliśmy fajny krąg przy namiocie gospodarczym. Za to – przy lampie naftowej (trudny do zdobycia knot udało się Jankowi kupić na straganie w Tykocinie).
Namiot gospodarczy – to koniec pewnej epoki i początek nowej – mamy nówkę sztukę! (nabytą przez Jolę i Wacka). Poprzedni, wieeeloletni (od Żaków) już odsłużył swoje.
Jesteśmy podzieleni na wachty, komandor zarządził, że jedna to „wędkarska” (Darek, Ela, Krzyś, Cela, Janek, ja), a druga – pozostali.
Po wieczorze komandorskim – spać. Trochę zimno momentami mi było, mimo śpiworów i kocyków, oj, jak to już w starcach słabo krew krąży. Mimo to spałam dobrze. Jak to na Litwie.

3 – PONIEDZIAŁEK, 24 LIPCA
Nad ranem zaczął padać deszcz, nie dając nadziei, że szybko przejdzie. A niech to! Nasza wachta ma akurat dyżur. Szykujemy śniadanie pod rozpiętymi międzysosnowymi płachtami. W trakcie panowie wychodzą z propozycją, że, ponieważ panie zanadto jazgoczą, od następnego dyżuru oni będą robić śniadania (w milczeniu), a my obiady (i sobie wtedy jazgoczmy). Okej, bardzo dobry wariant.
Padało do 13:30. Musimy tu biwakować, bo nie zdążymy wyschnąć. Cela – nasza księgowa i głównodowodząca gospodarcza – oraz Ela i Wojtek poszli do Molet po kiełbasę na ognisko i jakieś inne zakupy. Po obiedzie – makaron, gulasz, surówka – wybrały się do Maximy Jola z Anitą, skutkiem czego zostałam przez Jolę obdarowana jej kaloszkami w kwiatki, bo na nią były ciut przyciasne, a kupiła sobie nowe (wcześniej kaloszki kupiła sobie Cecylia, a Ela – Darkowi).
Ekipa: Wacek, Janek, Wojtek, Artur popłynęła ze sprzętem do cięcia i rąbania wyrąbywać przepływ w mocno zatrzcinionym przesmyku, który mamy pokonywać jutro.
Kolacja przy ognisku nadjeziornym plus kiełbaski na patykach.


Wczoraj pogodę zaklinaliśmy komandorówką i żakówką, dziś patalasówką i kajorówką.
Noc już cieplejsza niż wczorajsza.

4 – WTOREK, 25 LIPCA
Po śniadaniu pakowanie – poszło sprawnie, przed dwunastą startujemy. Trasa dzisiejsza – krótka, ale b. upierdliwa.


Najpierw przebijanie się przez trzcinowisko przesmykiem momentami ledwie widocznym, następnie przenoska z koniecznością wyładowania wszystkich kajaków. Rurą – przepływem pod drogą – nie dało się przecisnąć z powodu wysokiego stanu wody; ledwie szparka pozostała ponad jej poziomem. Więc – targanie tych wszystkich klamotów i kajaków spory kawał przez dość ruchliwą szosę, krótki odpoczynek na łące i ponowny zapakunek.
Następny etap płynięcia – przez dość wysokie fale jeziora Cesarskiego (Siesartis) w kierunku Piździejewka, gdzie przed 8 laty szły białe szkwały. Dziś pogoda jest niezła, nawet momentami pokazuje się słońce, ale na Piździejewku duje sakramencko i przenika na wskroś.
… Gdy już wszyscy byliśmy rozbici i wachta szykowała obiad, odkryłam kawałek stąd przecudne miejsce, bezwietrzne i z pomostkiem i plażką u brzegu. Jaki ból, że nie namierzyliśmy go wcześniej! Bo to jest także zaciszna łazienka, a ja się wcześniej myłam na nawietrznej i omal nie ućwierkłam.
Wieczorem przestało duć, za to, ledwo się zaczęła impra imieninowa dzisiejszego solenizanta Krzysztofa – rozpadało się. Aleśmy dali radę, a nawet odbył się zabawny konkurs dla solenizanta, z udziałem panów, przygotowany wczoraj przez dziewczynki pod kierownictwem Cecylii. A w dodatku nastrój poprawiały nam trzy pyszne tabisiówki.
Na koniec, gdy już wszystkich wymiotła pora ciszy nocnej, posiedzieliśmy jeszcze z Jankiem pod parasolem – bo deszcz nie zamierzał ustać, a nawet się nasilił (ale podczas deszczu dobrze się śpi).

5 – ŚRODA, 26 LIPCA
Od rana jest dość ładnie, nie pada. Dziś z kolei ja jestem solenizantką i przyjmuję życzenia (również telefoniczne) i kwiatki.
Po śniadaniu poszliśmy z Jankem na kąpiołki do łazienki na zawietrznej, z udziałem zagrzanej wody do mycia głowy i polewania się.
Obiad – spaghetti z sosem pomidorowym – zrobiliśmy wcześnie, bo o 14 miała być burza, ale czekaliśmy na nią do 17.
Po pierwszym ataku chodziły nad nami kolejne burzyczki i deszcze. Janek je przeczekiwał na zewnątrz pod parasolem, ja w namiocie. Czytałam „Tygodnik Powszechny” i „Politykę” (a wczoraj skończyłam zaczętą tuż przed spływem książkę o Ewie Demarczyk „Czarny Anioł”; Janek przeczytał ją jakiś czas temu, powiedział „smutna książka”, teraz już wiem, dlaczego).
Deszcz wreszcie przeszedł w drobny deszczyk, ale nim zdążyłam wyjść z namiotu, tak się znowu ulewnie (i na długo) rozpadało, że gdy wreszcie przestało lać, całe nasze obozowisko stało w ogromnych kałużach.


W takim anturażu rozpoczęliśmy z Jankiem moją imprezę imieninową, roznosząc alkohol – w dwóch kieliszkach, bo wiatr nie pozwalał ustawić reszty – po ludziach i namiotach.
Wiatr piździejewski okazał się przydatny, osuszył stopniowo te kałuże (wcześniej np. przeganiane wiosłem), ludzie powypełzali z namiotów i impra potoczyła się na stojąco oraz w pelerynach przeciwdeszczowych. Towarzyszyło nam tym razem aż pięć flaszek – trzy stecyszynówki, jedna stangretówka i jedna żakówka. Tym sposobem było nam ciepło i radośnie, mimo paskudnej pogody. W ub. roku miałam jedne z najlepszych imienin w życiu w słoneczny wieczór nad Niemnem, a tegoroczne zupełnie inne, ale też fajne. 

6 – CZWARTEK, 27 LIPCA
Od rana ładnie, słonecznie, jakby Piździejewko chciało nam wynagrodzić wczorajszą syfiastą pogodę.
Tekst Eli, żony wędkarza: „Darek, w namiocie jest pełno białych robaków! Cholera, spałam z nimi!”.
Płyniemy do końca jeziora Cesarskiego, do przesmyku z jazem, gdzie 8 lat temu trzeba było przeciągać wszystkie kajaki, a teraz tylko Janek się rozpędził do tego przeciągania. Oraz Wacek, po pierś zanurzon – do odbioru owych; ale nie było takiej potrzeby, bo reszta wzorem Wojtka przepłynęła zastawkę przeskokiem (wyższy poziom wody to umożliwił). Niestety uszkodził się trochę przy tym kajak Anity i Artura, zaczął brać wodę, trzeba było go kleić.


Część osób, w tym ja i Janek, poszła do sklepu – spory kawał, bo szliśmy na czuja i zrobiliśmy okrężną, dużo dłuższą trasę. Gdy nam to uświadomili dobrzy Litwini z przydrożnej leśniczówki, Wacek wrócił z zapasem wody od nich (i przez nich odwieziony), a reszta powędrowała jeszcze spory kawałek szosą do Mindunai. Po zakupach (a Anita i Wojtek również po zwiedzeniu miejscowego muzeum) wróciliśmy już znacznie krótszą drogą.


Na jeziorze Biała Łokaja – długaśny odcinek. Szukaliśmy, trochę błądząc, cypla Rozpierdziawszy, na którym poprzednim razem mieliśmy biwak. Nazwa cypla stąd, że spotkany tam wtedy starszy pan powiedział, że „młodzi powyjeżdżali, na Litwie milion piensionierów i się wszystko rozpierdziawszy”.
Cypelek przez ten wysoki poziom wody jest węższy niż poprzednio i bardziej grząski, a zwłaszcza straszliwie zakomarzony. Po prostu siadają na nas stadami!
Po rozbiciu się, cosik źle się czując, padłam w namiocie jak kawka i już nie wychynęłam na zaklinanie. Janek wędkował – złowił aż siedem płotek.

7 – PIĄTEK, 28 LIPCA
Przedśniadaniowo Janek usmażył rybki. Zjadłam aż trzy. Ach, gdyby to było w Lubniewicach, zjadłabym wszystkie…
Najładniejszy element tego cypla to brzoza pięcioramienna (pięć okazałych drzew wyrastających na boki ze wspólnego korzenia, ani chybi jakiś okaz przyrody). Po śniadaniu obfotografujemy ją (i siebie na jej tle), zwijając się do dalszego etapu.


Dzień jeszcze bardziej słoneczny niż wczoraj.

Z Białej Łokai wpływamy na jezioro Czarna Łokaja, znowu długaśne; z niego wypływ rzeki, też o nazwie Łokaja.
Jakże inaczej zapamiętaliśmy ją sprzed lat. Znacznie węższą i pełną zawałów. Dzis większość z tych przeszkód jest pod wodą, łatwych do przepłynięcia. Za to mamy dwie poważne akrobacje przy mostkach (poprzednio dało się pod nimi przecisnąć, dziś – zapomnij!), z przeciąganiem kajaków spory kawałek brzegiem, bardzo to upierdliwe i męczące.


Mocno zmęczeni, dobijamy wreszcie do pięknego miejsca, nazwanego przez nas po poprzednim pobycie Skarpą Karola (od imienia liczącego z niej przepływające obok weekendowe kajaki litewskie). Dziś nie było tłumów, ale może będą jutro, wszak sobota.
Tu mamy biwak. Jest posprzątane (przed ośmiu laty była taka góra śmieci, że tylko w części zdołaliśmy to uprzątnąć, resztę zakrywając gałęziami). Wiszą jakieś napisy na drzewach, ale nie „Privati valda”. Mamy nadzieję, że nikt nas stąd nie przepędzi, a jedynie apelują, by nie śmiecić (ba! wiadomo).
Już mamy tłumy kurek, głównie przez Artura zebranych. Ten wystarczy, że pójdzie na 10 minut do lasu, zaraz wraca z siatką. Chciałabym ja chociaż jeden raz w życiu w naszych lubniewickich lasach taką siatkę znaleźć.
Komary nad rzeką atakują ostrzej niż nad jeziorem – już w biały dzień, a co będzie wieczorem?! Widocznie taki teraz jest rok komarowy. Już nie zliczę, ile mam bąbli na sobie, a to nawet jeszcze nie połowa spływu. Z powodu tych gadów Skarpę Karola nazywamy zamiennie Skarpą Komarową.
Długi wieczór przyogniskowy, z towarzyszeniem stangretówki i patalasówki.

8 – SOBOTA, 29 LIPCA
Biwakowy luzik rajtuzik. Rano pochmurnie i chłodno (zwłaszcza w zimnorzecznej łazience – tym razem bez zagrzanej wody), potem przyjemne ciepełko, wreszcie upał z chowaniem się do cienia.


Na obiad kurki z makaronem, pychota! Mamy tych kurek jeszcze na co najmniej jeden obiad kurkowy plus na jajecznicę z kurkami na śniadanie – dziś ekipa grzybiarska pod dowództwem Artka znów nazbierała spore siaty i wiaderka.
Jednak nie samymi kurkami człowiek żyje, więc pod wieczór zaczyna zaglądać nam w oczy widmo spływowego głodu! Zwłaszcza wkrótce może nam zabraknąć wody pitnej, chleba i warzyw (oraz piwa!). Pierwsza próba dodzwonienia się do polskojęzycznego wypożyczacza kajaków z Liuline (z którym Janek ongi się umówił, że w razie czego ten dowiezie nam potrzebne produkty) nie przyniosła rezultatu. Zgłosił się ktoś niepolskojęzyczny i przerwał rozmowę. Trudno, w razie czego poćwiczymy surwiwal.
Wieczorem jednak, po licznych telefonach i sms-sach (również na linii Litwa-Polska) pan się wreszcie zgłasza i przesyłamy mu namiary na nas oraz listę zakupów.
Radosny wieczór przy ognisku, sączymy żakówkę, jolajolówkę i stecyszynówkę. Komary dzięki żarzącym się krążkom antykomarowym są trochę mniej uciążliwe – ale tylko trochę (bo już np. pójście w głąb lasu na siku – zgroza).

9 – NIEDZIELA, 30 LIPCA
Biwaku c.d. Na śniadanie jajecznica z kurkami (a raczej w odwrotnych proporcjach: kurki z jajecznicą) plus chleb produkcji Krzysztofa (te litewskie marketowe szybko pleśnieją, a tabisiowy do tej pory zachował świeżość; chyba zacznę sama wypiekać!).
Słoneczko, kąpiółki, pranka oraz czytelnictwo w cieniu drzew. Płyną obok nas rozrywkowe spływy litewskie, ale dużo ich mniej niż przed ośmiu laty. Wtedy Karol jednego tylko dnia – w sobotę – doliczył się aż 92 załóg.
Po obiedzie (pulpetogulasz + surówka + kasza lub ryż) przyjechał pan z zamówionym przez nas towarem. Super! Wszystko gra prócz saperki (która się nam wydyndała), bo pan nie sczaił i zamiast niej kupił nam papier toaletowy, ale to też się przyda. W zamian zabrał nasze śmieci i butle na wodę, będą do odbioru w Liuline. Oraz poinformował nas, że na Litwie zwrot za jedną puszkę po piwie, byle nie zgniecioną, to 10 eurocentów. Postanowiliśmy odtąd nie gnieść i nie wyrzucać, tylko w Liuline je panu przekazać.
Wieczór przyogniskowy i zabawa w rozpoznawanie poszczególnych osób z naszej załogi, za pomocą specjalnych pytań i podpowiedzi (czasem zmyłkowych). Dwie patalasówki do tego (niechcący trafiły się w sklepie jakieś mdłe, więc je Jola podrasowała sokiem z cytryny).
Litewskie gwiazdy nad nami, bardzo duże i w ogromnych ilościach, jak to bywa na terenach niezanieczyszczonych światłem.

10 – PONIEDZIAŁEK, 31 LIPCA
Po śniadaniu opuszczamy Komarową Skarpę (a często i gzową) – start już o 10:10.
Pogoda ciepła i słoneczna (strzaskałam się na mahoń, oj, będę płakać w nocy), ale w końcu zaczyna się chmurzyć i coraz szybciej zbierać na burzę.
Przepływamy obok kilku gospodarstw, stojącą przy brzegu kobietę pytamy o panią Czesię, która przed 8 laty poratowała nas mąką, gdy nam się na biwaku zachciało naleśników i której się teraz chcieliśmy odwdzięczyć puszkami „Pikok”. Smutna wiadomość: pani Czesi już nie ma, od 3 lat…
Burza nas goni. Ale nim zdołała nas dopaść, dopłynęliśmy do mostu i pod nim przeczekaliśmy burzowe bumbanie i ulewny deszcz. 
Następna przeszkoda po niedługim czasie – przeciąganie brzegiem po błocku do połowy łydki tego załatanego kajaka Stangretów – pozostałe dały radę przepłynąć przez zawał na rzece.

Ale to nie koniec. Kolejnym utrudzeniem jest mostek, pod którym jakoś da się przepchnąć kajaki, ale ludzie – wysiadka, potem wsiadka; trochę to trwało. Mam wrażenie, że kiedyś te rzeki litewskie były dużo prostsze do płynięcia… 
Docieramy wreszcie do Tarasu Anity, ciesząc się, że jest tak piękny jak przed laty (tylko mostek spłynął). Z powodu późnej pory wachta karmi zgłodniałe towarzystwo najpierw kromalami (tzn. bufetem szwedzkim), a obiad będzie na kolację.
Miły moment tego dnia: na moście w miejscowości Żukowszczyzna, gdzie braliśmy wodę ze studni, zatrzymał się samochód leśny, z którego pan leśnik, wyskoczywszy, wyściskał Wacka jak dobrego znajomego i życząc nam wszystkiego najlepszego, pojechał dalej. Wacek do tej pory w szoku, kto to był – typuje, że ichtiolog poznany na spływie Mereczanka’2006.
Pani z gospodarstwa w w/w Żukowszczyźnie, skąd braliśmy wodę, Litwinka mówiąca po polsku (co roku na Litwie spotykamy ludzi mówiących tą śpiewną polszczyzną), lat ok. 70, żona Michasia, Polaka, opowiadała, że tuż obok przebiegała granica, a ich dom był dawniej gospodą. Michaś 7 klas skończył w polskiej szkole, potem chodził do litewskiej. A matkę Michasia pochowali tu, choć marzyła, by spocząć w Polsce. Tak się te losy przygraniczne plotły…


Na kolacyjny obiad: naleśniki z kurkami, dzieło Joli i Artura. Pychota.
Przy ognisku patalasówka oraz rybki złowione przez Darka i Krzyśka i usmażone przez Elę. Jutro Darek z Wojtkiem będą organizować wyprawę kajakową na klenie.

11 – WTOREK, 1 SIERPNIA
Piękny dzień od rana. Po śniadaniu kąpiółki w zagrzanej wodzie. Miejsce, w którym biwakujemy, jest najpiękniejsze na całej naszej tegorocznej trasie.


Robimy przymiarki do spotkania podpływowego (być może będzie to Świeradów, koniec września).
Mimo tych wszystkich spływowych rytuałów i ładnej pogody coś jesteśmy dziś z Jankiem z lekka upadnięci na duchu „w temacie” uczestnictwa w spływie przyszłorocznym. Coraz nam trudniej pokonywać przeszkody na rzece, wczołgiwać się i wyczołgiwać z namiotu, oganiać się od komarów i gzów (cała jestem w sińcach i bąblach), coraz słabsiśmy i adrenaliny w nas coraz mniej. „Starości nie powstrzymasz”, jak powiedział komandor. Szczególnie Janek dzisiaj – jeszcze bardziej milczący niż zwykle i jakiś skapcaniały.
Po śniadaniu Darek z Wojtkiem popłynęli na klenie, Darek złowił kilka ładnych sztuk. A około 17 druga wyprawa – tym razem Darka z Jankiem. Przy okazji wzięli siekierę i piłę do usunięcia przeszkody na trasie jutrzejszego etapu. Wypłynęli mimo burzowej chmury na niebie, kwadrans później rozpadało się. Szybko więc wrócili, ale Darek zdążył złowić jednego klenia.
Czytam „Politykę” i „Przekrój”. Trochę rozrywki na lato, ale głównie moc niepokojących, wręcz apokaliptycznych wizji: nasz kraj po pisowskim zamachu na demokrację długo się nie pozbiera, a nasza cywilizacja stoi na skraju zagłady. Więc niewesoło mi.
Jeszcze jedna ekspedycja kleniowa – Krzysiek i Wojtek. Wrócili bez kleni, ale rybek nałowionych przez Darka, kleniowego mistrza, wystarczyło na kolację.
Wieczór przyogniskowy + patalasówka.
Poszliśmy z Jankiem spać jako ostatni, bo musieliśmy wyrzucić z siebie różne traumy.

12 – ŚRODA, 2 SIERPNIA
Po tym wyrzuceniu Janek dziś dużo raźniejszy.
Po śniadaniu zwijamy się szparko i płyniemy takoż. Etap jest niedługi i bez zawałów – wpływ Łokają do Żejmiany i potem jakieś 300 m do Liuline. Robimy go w dużym tempie z powodu komunikatu, że będzie burza (Internet działa, zwłaszcza u Artura).
I faktycznie, ledwo zdążyliśmy się rozbić, burzyczka przeszła nad nami, na szczęście krótka.
Wyprawa: Cela, Janek, Darek, Wacek pojechała z panem Egisem (tym wypożyczaczem z Liuline) do Maximy w celu uzupełnienia zapasów.
Obiad – pulpety grochówkowe + ogórki, kolacja – z czym kto sobie zrobił. Prócz pikoków z gulaszem angielskim, na który już ledwo patrzę, jak i większość z nas, mamy full wypas: suche kiełbasy polskie i litewskie, sery białe i żółte, konserwy rybne, pasztety, majonezy, pomidory, papryka, cebulka, czosnek… Nawet różne dżemy, ale tych nie jadam.


Wieczór przyogniskowy, bo jakżeby inaczej, zwłaszcza że w Liuline są specjalne stanowiska do palenia ognisk. Koniecznościówka (starka) i stecyszynówka (głuszec).

13 – CZWARTEK, 2 SIERPNIA
Dziś zwijamy się bez pośpiechu. Ostatni etap płynięcia, więc trzeba celebrować. Płyniemy powoli szeroką już Żejmianą, napawamy się.

Docieramy do Skarpy Saunowej (na spływie’2013 zorganizowano tam saunę) – tu będzie nasz ostatni biwak.
Próbowałam nazbierać kurek z zamiarem zabrania do domu, znalazłam niewiele (kilka dostałam od Artura), ponownie łaziliśmy po lesie z Jankiem – też niewielki plon. W sumie – jedna menażka. W porównaniu ze zbiorami Artka  – tyle co kot napłakał, w dodatku za jaką cenę! – dziabnięć pokomarowych na sobie już nie zliczę.
Gzy też nam dokuczają, ale to głównie na rzece, zaś komary – jak od dziewięciu lat pływam na Litwie, jeszcze takich ilości nie było! Tną bez przerwy w dzień i w nocy.
Prywatnych kurek mamy odrobinę, ale tych wspólnych przeogromną ilość – dziś obiad kurkowy full wypas + surówka. A na kolację znów ryby (Darek nałowił kolejnych kleni plus parę innych „pizdryków”).


Wieczór komandorski – komandorówka, darkówka i tabisiówka. Telefon do pani Zosi z umówieniem się na odbiór nas z tego miejsca w sobotę.

14 – PIĄTEK, 3 SIERPNIA
Znów nam Janek nagrzał wody do mycia, dobrze choć raz na parę dni umyć się w ciepłej, a nie tylko w tej zimnej rzece czy w chusteczkach (owszem, są wśród nas liczne morsy, podziwiam, lecz nie naśladuję).
Poranne rozmowy panów o wojsku. Wieje silny wiatr, więc – przynajmniej nad rzeką, gdzie siedzimy przy ogniu – przegonił komary. Ciekawe, czy w lesie też.


Uzupełniłam notatki, czytam książkę od Celi („Wystarczy chwila”), wciągnęłam się.
Byliśmy z Jankiem znów na wyprawie kurkowej – komary nadal aktywne, choć z powodu wiatru ciut ich mniej. Nałaziliśmy się jak te durne, znajdując ilości ledwie śladowe. Już miałam żal o niesprawiedliwość losu – Arturowi dane są gniazda, kolonie, a nawet plantacje, a nam taka malizna. Aż tu nagle Janek natrafił na gniazdo, z którego wybraliśmy co najmniej 20 dużych sztuk, co nam wynagrodziło wcześniejsze trudy i żale.
Prócz ataków komarów mamy tu też (na słuch) ataki z broni palnej – w pobliżu znajduje się litewski – ? natowski – ? poligon i chłopaki bumbają co dzień chwacko.
Księgowa Cecylia zrobiła przy wieczornym ognisku rozliczenie – zwroty były po 40 euro na łeb, tylko JolaJola (nasza rzeźbiarka – obdarowała rzeźbami z kory komandorstwo i Artka) dostała 60, bo ona jest bezmięsna, a zapłaciła tyle co wszyscy.


Ostatni wieczór na Litwie. Parę dni temu miałam drobną załamkę (wraz z kilkorgiem osób), a dziś – jak co roku – żal mi, że to już koniec spływu…
W nocy, po tych emocjach kurkowych, śniły mi się całe pola kurek.

15 – SOBOTA, 4 SIERPNIA
Wstaliśmy wcześnie i zwinęliśmy się tak sprawnie, że jeszcze i dziś poleciałam do lasu. Niestety na żadne gniazdo już nie trafiłam, tylko na pojedyncze sztuki, za to spore. W sumie, sposobem ziarnko do ziarnka, uzbierał się i nam całkiem ładny plon (kurki do Polski zabierają też komandorstwo i Darkostwo, ponadto Ela tradycyjnie trochę borówek).
Kierowca miał po nas przyjechać o dziesiątej czasu polskiego, ale przez 4 godziny nie mógł nas znaleźć, bo mu przesłane koordynaty pokazały całkiem inne miejsce (być może z winy pobliskiego poligonu – a bumbali dziś i świstali ile wlezie – coś się pokićkało satelicie).


Wyjechaliśmy więc dopiero o 14, kierowca (już od 5 rano na nogach) wściekły, my nie mniej. Po drodze pośpieszne zakupy w Alytus.
W Maćkowej – dopiero o 19. Rozbunkrowujemy się, pakujemy samochody, żegnamy się z p. Zosią, przemiłą wypożyczaczką kajaków (ostatnio ma je już w zmniejszonej liczbie i nie wiadomo, co będzie w następnych latach…) oraz z sobą nawzajem. Anita, Artur, Wojtek i ja z Jankiem ruszamy od razu, reszta zostaje na noc.
W barasie w Maćkowej już za późno na obiad, więc jemy po drodze – w Gibach, smaczną potrawę pt. czenaki.
Cała noc podróży (przez Ostrołękę, Płock, Poznań), trochę spałam podczas jazdy, Janek tylko na postoju. Ale dzielny był, dał radę (tylko go znowu fotoradar cyknął – na wylotówce w Łącku k/ Płocka, puściutkiej, ale co z tego!).
Do domu – niedziela, 5 sierpnia – dotarliśmy o godz. 11 i z marszu, zamiast nastawienia zwyczajowych pięciu pralek prania, wzięłam się za warzenie domowego obiadu, tak nam się już chciało rosołu. A po obiedzie i odespaniu zaległości zaczęliśmy już na dobre, po dwóch tygodniach dziczy, powrót do cywilizacji…

Reklamy

2 thoughts on “SPŁYW 2017

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s