SPŁYW 2018


Spakowaliśmy się przed wyjazdem (wyruszyliśmy w drogę już w poniedziałek, 23 lipca), tzn. Janek mistrz pakowania głównie w tym uczestniczył – a i tak się okazało, że nie wszystko zabraliśmy…

A na spływie było tak:

I – sobota, 28 lipca
Tegoroczna nasza wycieczka przedspływowa wiodła przez Liny k/ Kargowej, Węgry k/ Opola, Sandomierz i Kazimierz Dolny. Dziś start z Kazimierza. Trasa bez przeszkód, z kilkukrotną łącznością tel. z Darkiem, pod nieobecność Wacka Komandorem Nr2, drogą przez te różne Międzyrzece i Białestoki. Obiad smaczny w barasie przydrożnym już na Białostocczyźnie.
Spotykamy się wszyscy w Gibach – 4 samochody (1 – my, 2 – Wojtek i Darkostwo, 3 – Anita i Artur + Piotrek lat 15, siostrzeniec Artura + Hubert lat 14 siostrzeniec Anity, 4 – Cela, Krzyś, JolaJola). Kawa – i ruszamy do Sztabinek za Sejnami, gdzie nasze miejsce noclegowe okazuje się o wiele lepsze niż to u p. Reni; komfort, a zwłaszcza wielki taras, na którym robimy ustalenia i finanse spływowe, listę zakupów w Olicie, wachty itp. Panowie będą robić śniadania i ogniska, panie obiady, chłopcy – rozbijać namiot gospodarczy.

Ważny element tego wieczoru – nowe koszulki spływowe. O nich więcej poniżej.

II – niedziela, 29 lipca
Wczesna pobudka, śniadanie, start do Maćkowej Rudy. Upał od rana. Kierowca, który będzie nas wiózł, to ten sam, co w ub. roku! Ale nie ma już do nas żalu (i my do niego) i jest przyjazny.
Zakupy w Olicie. Przyjazd nad Ejsiaty ok. 16. Szukamy miejsca, bo etu darożku zajęte, kawałek dalej – poletko z samochodem, motorówką i dwojgiem Rosjan (ale tym razem stosunki są poprawne).
Rozgruzowujemy się i nagle – nie ma namiotu gospodarczego!!! Janek nie zabrał. Głowy nie damy, ale chyba u nas był przechowywany, jak wszystkie wspólne spływowe graty. Ja też nie dopilnowałam. No trudno, montujemy coś zastępczego – z dwóch płacht, jednej nowej, na nóżkach, będziemy to modyfikować; może nawet bardziej się nada niż namiot, bo nie trzeba będzie się wczołgiwać. Wystarczy wczołgiwanie się do namiotu „sypialnego” i wyczołgiwanie się zeń (biedne moje kolana – że już o kucaniu w krzakach nie wspomnę!).

Obiad – fasolka po bretońsku + surówka.
Ciepły wieczór przy ognisku, „na krótki rękaw”. Coś niesamowitego! Z powodu prognoz ograniczyłam ilość grubych ciuchów, ale i tak wszystkiego wzięłam za dużo. Zresztą to dopiero początek spływu, zobaczymy, co będzie dalej. Komary też mniej upierdliwe, wprawdzie wieczorem na jakąś godzinę przypuściły atak, ale w porównaniu do ubiegłorocznych krwiopijców całodobowych to jest nic.
Noc też b. ciepła, dobrze, że prócz piżam grubych w ostatniej chwili dorzuciliśmy te cieńsze, podróżne.

III – poniedziałek, 30 lipca
Spałam dobrze, ale krótko, tylko do piątej. Czyżby moje dobre litewskie spanie w namiocie już mi zanikło?
Janek wstał o szóstej, ja trochę później. Po śniadaniu pakowanie, najpierw prywatnych, potem gospodarczych, do singli. Sprawnie poszło, jednak coraz więcej mamy z tym utrudzenia. Ale w końcu wiosła w dłoń, pamiątkowe foto i przed godz. 11 start.

Cały czas upał i ostre słońce, choć na wodzie aż tak się tego nie czuje.
Plan na dziś jest taki, by poszukać nowego miejsca na jez. Galuonis. Po paru podejściach ku brzegom znajdujemy je (Janek i ja) na fajnej trawiastej łączce po lewej stronie jeziora (może od dziś będzie to pole Hanki i Janka?). Wygląda, że to nie jest privati valda. Tu będzie biwak.
Hit dzisiejszego płynięcia – Hubert: „Poczekajcie, bo ciocia zeszła”. Wiadomo, że nie śmiertelnie, tylko na siku, ale cośmy się nachichrali, to nasze.
Myję się, trochę pływam (wczoraj też – postanowiłam codziennie choć trochę popływać, woda ciepła – żeby później nie żałować), przepierka. Dość silny opad burzowy, ale nie zrobił nam większej krzywdy, potem znów ładna pogoda.
Na obiad pulpety + kasza pęcak + surówka, na deser słodkości, na kolację co tam komu pasowało. Restaurację spływową prowadzi Cecylia, my jej pomagamy.
Pole będzie się nazywać polem Hanki – pomysł Krzyśka; jako i: pole suszonego zegarka (względnie grillowanego), bo się Jankowi przymoczył i był suszony w ognisku. Poza tym jest to pole inicjacji kawiarki (przepiękna, czerwona, product by Wojtek, jak i kawa – pyszności).
Wieczorem ognisko z zagadkami JoliJoli i Darka (kolejny wist Huberta podczas zgadywania: „Wtedy życie ludzkie nie było tak cenne”) oraz – jak i wczoraj – z drobnymi trunkami; tradycja musi być. Spać poszłam przed dwunastą, Janek jakieś 20 minut po północy – on, Wojtek i Piotrek siedzieli najdłużej przy ogniu (i trunkach – oczywiście Piotrek nie). Spałam dobrze.

IV – wtorek, 31 lipca

Biwak. Od rana ładna pogoda, upał ciut mniejszy. Śniadanie, jak to na biwaku, każdy robi sobie sam.
Powysyłałam sms-y z pozdrowieniami – do rodziny i znajomych. Od przedwczoraj czytam „Tajemnicę domu Helclów”, ponadto trochę się jolkuję – kupiłam, jak w dawnych czasach z Krysieńką, „Diagram jolki”.
Obiad: makaron z kurkami (zbiór: głównie Artur + pomocnicy, gotowanie: Anita, Artur + pomocnicy) + surówka (dziewczynki pod wodzą Celi).
Pomysły racjonalizatorskie Cecylii: usportowienie obozu (piłka, badminton). Padają też propozycje typu: „Celuj w Saracena”. Następny pomysł: wydanie książeczki z moimi zapiskami i obrazkami Eli. Sponsoring: Cela i Krzyś (entuzjazm Celi, sceptycyzm Krzyśka). Tu należy dodać, że w/w sprezentowali nam wszystkim jeszcze w Sztabinkach śliczne koszulki polo w wersji damskiej i męskiej, z biało-czerwoną naszywką na rękawku i napisem „Spływ kajakowy Litwa 2018”.
Relaks biwakowy. Po obiedzie – Janek drzemka, ja czytelnia.
Od dziś znamy nowe, z wielką radością przez wszystkich przyjęte, określenie JoliJoli na „trzeci wiek” vel „geriatrię” vel „sks”: SUSZ JESIENNY.
Potwory litewskie zaliczone przez: JolęJolę, Piotrka i Huberta – pijawka, Elę – kleszcz i mnie – potwór dwuzęby.
Darek z Wojtkiem byli kajakiem na rybach, parę sztuk drobiazgu przywieźli, JolaJola też złowiła kilka pizdryków. Janek porzucał trochę przed południem, ale mu nic nie brało.
Nie bardzo mi się podoba ten pomysł z pisaniem pamiętniczka pod spływ, bo musiałabym robić bardziej szczegółowe, przez co i czasochłonne notatki, a wolałabym poleniuchować jolkowo i czytelniczo i nie robić niczego pod presją. Się zobaczy.
Anita stwierdziła, że gdy w przyszłym roku Wacek wybierze się na spływ, to spływu nie pozna, tyle tych nowości. Jeśli chodzi o osprzętowanie, to największa nowość: fotele tapicerskie Cecylii i Krzyśka na specjalne zamówienie, montowane do kajaka (sprawdziły się – wygodne), ponadto różowa kanapa nadmuchiwana przywieziona przez Elę. Mój Boże, gdzie te czasy, gdy innowatorami byliśmy my z Jankiem, zabierając najpierw na spływ stołeczki wędkarskie składane (podobny też zabierała Ela), a potem składane brezentowe fotele z oparciami. Pierwsza mata zwana płachtą – to też my. Historia… Nowy sprzęt w tym roku to też namiot „Hannah” Anity i Artura, z przestronną wysoką sienią i wygodną sypialnią.
Darek z Wojtkiem dwukrotnie, a potem jeden raz z Jankiem – opływał zatoczki jeziora w celach wędkarskich: szczupaczek + parę pizdryków. Ale i tak najwięcej rybek jak dotąd złowiła JolaJola.
Na kolację restauracja spływowa serwowała sałatkę tuńczykową z makaronem, kukurydzą, jajkami i ogórkami kiszonymi, b. smaczną. Późniejszym zaś wieczorem ryby usmażone przez Elę. Z tymi rybami, podczas upalnego dnia czekającymi na usmażenie, wiąże się pewna historia – ale szczegółów może lepiej nie podawać; zwłaszcza że były pyszne i zjadłam porcję z dokładką oraz Janek odstąpił mi swoją. Z głodu to my tu na pewno nie zginiemy, przeciwnie, znów przywiozę do Polski więcej siebie, niż wywiozłam.
Jutro stąd ruszamy dalej, aż szkoda, bo to piękne i już oswojone miejsce, trawiasta łączka wśród drzew z zieloną drogą, którą chyba od dawna nikt nie jeździł, a wokół piękny las. Nic to, może znajdziemy coś równie pięknego.

V – środa, 1 sierpnia
Start o 11. Słońce lampi od rana. Dziś zamierzamy płynąć do piknikowego pola z pomostem, tam popas, przerwa na zakupy w Soldatiszkach i rozbicie się na parchatym miejscu vis a vis.
Nim tam dopłynęliśmy (a skwar coraz większy i nawet powiewy wiatru podczas galer na jeziorze nie dawały zbyt wielkiej ulgi) – popas w trasie, który się wydłużył z powodu kleszcza w nodze Janka. Upór nie pozwolił onemu skorzystać z pomocy Eli, posiadającej specjalną maszynkę do usuwania kleszczy. Niestety usunięcie metodą tradycyjną się nie udało i resztki kleszcza Janek wydłubywał przy pomocy scyzoryka: cążki, ostrze noża, na koniec pęsetka – przy asyście mej oraz służącego pomocą salicylowo – wacikową Krzyśka. I tak chyba ta najoporniejsza część kleszcza pozostała w rozdłubanej ranie i nic się więcej nie dało zrobić poza posmarowaniem jej maścią z antybiotykiem i zaklejeniem plastrem. Może nie wda się gangrena.
Upał tymczasem zrobił się jeszcze większy, na szczęście na zakupy do Soldatiszek ekipa udała się nie pieszo, a podwieziona autem volvo i życzliwym młodym Litwinem, któremu nadał to jego wujek, Litwin polskojęzyczny, będący z lekka pod wpływem, ale bardzo przyjazny. Zakupy się udały, zwłaszcza że w sklepie były cytryny (w Olicie nie było!), które wszak są konieczne do niepowtarzalnej w smaku Darkowej herbaty z ogniska. Poszło sprawnie, więc rezygnujemy z rozbijania się na polu parchatym i postanawiamy płynąć dalej, aż do Fidelowej łączki – chyba że znajdzie się coś ciekawego po drodze.
I się znalazło! Tuż przed wypływem z jeziora (w miejscu zwanym „akwarium”) rzeczki Ejsiatki Ela wypatrzyła piękne pole na cyplu wśród drzew, w dodatku z wygodami: duży stół, ławeczki – choć widać, że rzadko ktoś tu bywa.

Po obiadokolacji (spaghetti z sosem pikokowym) zapada decyzja, że zostajemy tu na kolejny biwak, zamiast na Fidelowej łączce, która w porównaniu z tym miejscem też jest dość parchata – za to łowna, więc wędkarze są mniej ukontentowani. Jednak należy nam się znów odpoczynek, bo ten upalny dzień wszystkim dał mocno w kość, a tu jest bardzo dobre miejsce odpoczynkowe, od strony lądu z puszczą litewską, a od jeziora z piękną plażą.
Wieczór przy ognisku ze starką – komandorówką, noc, tak jak poprzednia, mocno księżycowa, pod gwiazdami litewskimi.

VI – czwartek, 2 sierpnia
Znów upał od rana, dobrze, że jesteśmy rozbici w cieniu drzew.
Kąpiółki, przepierki, pogwarki (trochę o polityce) – jak to na spływie. Wędkowanie – Darek z Wojtkiem w kajaku, Janek z lądu (wczoraj złowił jedną małą płotkę i jedną małą krasnopiórę, na moich oczach wypuścił, bo co zrobić z dwiema zaledwie, ale i tak mi żal).
Po 1/3 spływu refleksje mamy nie za wesołe. Susz jesienny coraz mocniej daje się we znaki – nawet Jankowi, którego w poprzednich latach trzymała w formie spływowa adrenalina. Jak pomyślę, że jutro znów się trzeba będzie pakować, niedobrze mi się robi, że już nie wspomnę o biednych kolanach, gdy trzeba kucać w krzakach czy klękać w namiocie. Żal tych wspólnych ognisk, bliskości z dziką naturą, plusku wioseł, spływowych rytuałów – ale kto wie, czy nasz 10 jubileuszowy spływ nie będzie już naszym ostatnim…
Podczas przygotowywania obiadu, który wg wcześniejszych ustaleń miał być drugim śniadaniem, wśród wykonawczyń trochę zgrzytało z powodu różnic w podejściu do odparowywania kurek – aż Wojtek wyraził obawę: „To dopiero czwartek, a co to będzie za tydzień?” Miejmy nadzieję, że nie tak źle! Danie było pyszne: odsmażony przez Krzyśka wczorajszy makaron + wykonana przez Artura jajecznica (na życzenie: mniej lub bardziej ścięta) z kurkami (odparowanymi przez Elę). A dokładniej: kurki z jajecznicą.
Po obiedzie – brydż. Cela z Krzysiem przeciwko Darkowi z JoląJolą (przy czym Cecylia edukowała brydżowo Huberta). My z Jankiem nie mieliśmy ochoty (sto lat temu graliśmy, ale teraz nie pamiętam już nawet zasad licytacji); a jednak potem asystowaliśmy przy pierwszych rozgrywkach i trochę nam było żal. Jednego robra wygrali JolaJola z Darkiem, drugi nie został skończony, potem brydża zastąpił remik w obsadzie: Ela, Darek, Wojtek. Sesję foto, jak i wiele innych (np. gdy ekipa kurkowa wróciła z lasu), wykonał Piotrek.
Potem Janek poszedł po drewno i zamontował ruszt nadogniskowy, w celu upieczenia grzanek. Ja zaś – pisanie, czytanie, jolkowanie. Luzik biwakowy.
Połów wędkarski: kilka sztuk, największa (leszczyk) złowiona przez Krzyśka metodą fedder (czy jakoś tak).

Kolacja – grzanki z czym kto chciał. Powodzeniem – i to nie tylko wśród paszowców – cieszyła się też „maczanka”, czyli maczanie chleba w oliwie z różnymi przyprawami i ziołami. Naprawdę mamy tu wypas, a gdyby sobie przypomnieć pierwsze spływy, dużo zgrzebniejsze pod względem kulinariów, to mamy wręcz elegancję Francję.
Janka rana pokleszczowa nie wygląda źle, bardziej martwi go ból kolana, konkretnie taka boląca gulka, może jakieś stłuczenie.
Wieczór przyogniskowy, rybki usmażone przez JolęJolę, siedzimy długo pod gwiazdami i księżycem. Najdłużej Cela, JolaJola i ja. Zagadałyśmy się o robakach (i odrobaczaniu) i bakteriach. Zwłaszcza te ostatnie są często przywoływane jako jedno z głównych haseł tegorocznego spływu. Że mianowicie rządzą nami i należy słuchać swoich bakterii i robić, co nam każą – np. jednym każą jeść paszę, a innym palić papierochy.

VII – piątek, 3 sierpnia
Po tym wieczorze upojnym i babskich pogaduchach poszłyśmy spać, nie sprawdziwszy, czy „namiot” gospodarczy jest zakryty płachtą, na szczęście Janek z Darkiem o tym pamiętali.
Dziś – ambitny plan dopłynięcia do gzowej łączki, z niej wyruszenia pieszo do Kołtynian i jeśli restauracja będzie rabotała, zjedzenia tam obiadu.

Plan się nie powiódł, z kilku powodów. Najpierw był upał i duchota, potem pierwsza przeszkoda na rzece – Darek z Jankiem przeciągali kajaki i pomagali załogom przeczołgać się przez zawał; trochę nam zeszło.

Dużo gorzej było na przenosce przy drugim zawale, kilkudrzewowym, nad- i podwodnym. Tu bardzo się przydały taśmy do przenoszenia, na których wszyscy panowie dźwigali kajaki lądem dobre 30 m, w dodatku w deszczu, bo od pewnego czasu nas ścigał i wreszcie dopadł.

Na szczęście jest ciepło, więc płyniemy dalej, choć już mniej ochoczo. Janek wypatruje na lewym brzegu łączkę – tam się rozbijemy (i od tej pory będzie to „pole Janka”; ten spływ jak dotąd przebiega pod znakiem znajdowania nowych miejsc, to już czwarte); byłoby super, gdyby nie konieczność rozbijania się na mokrej trawie. Żeby poprawić nastroje, Krzysiek częstuje koniecznościówką (jeszcze nim na dobre powysiadaliśmy z kajaków) i od razu nam weselej.

Na lądzie, jeszcze przed rozbiciem namiotów, restauracja pod wodzą Celi serwuje obiad – niby na szybko, a trzydaniowy: flaki zamojskie, krupnik, kaszanka, wszystko b. nam smakowało.
Ledwo w trakcie niedługiej przerwy w padaniu zdążyliśmy się rozbić, biegusiem nadciągnęły burzowe chmury i pouciekaliśmy do namiotów – wszyscy z wyjątkiem Janka, który tradycyjnie przeczekał burzę pod parasolem. Ja padłam jak kawka i nie przeszkadzały mi nawet burzowe grzmoty.

VIII – sobota, 4 sierpnia
Rano mgła, wszystko paruje, kapie z drzew, nim wypłyniemy, trzeba się wysuszyć. Słońce docierające pomału do naszej łączki zapowiada kolejny upalny dzień.

Startujemy przed dwunastą. Faktycznie – skwar wielki, ale na rzece, zwłaszcza wśród drzew, czuje się przyjemny chłodek; gorzej na jeziorach. Rzeka piękna (mało gzów!), wysoki poziom wody, nad rzeką piękne litewskie domy i trawniki z kwiatami. Wydawałoby się, że przepłyniemy Kiewnę gładziutko, jednak nie. Znowu kilka upierdliwych zawałów – ale dajemy radę. Gdy wpływamy na Żejmianę, pod prąd też jakoś idzie; zwłaszcza martwiliśmy się o singla JolęJolę, lecz była b. dzielna.

W Kołtynianach widać c.d. prac „funduszowych” z UE, uporządkowana już jest prawa strona rzeki. Wysiadamy w pobliżu naszej ulubionej restauracji Prie Żejmenos, Janek z Darkiem zostają na warcie.

O dziwo, nie ma żadnego wesela czy stypy (jak np. kiedyś w Mereczu), jedynie jakiś bankiet w mniejszej sali – więc za godzinę zrobią nam obiad: 12 x chłodnik, 3 x cepeliny, 7 x kotlet litewski i 2 x kasiczki (cokolwiek to znaczy).
Zakupy w sklepie, obiad, lecę wymienić panów pilnujących, żeby też zjedli przy stole – i płyniemy dalej, na jezioro. Mimo późnej pory decydujemy się płynąć aż do „naszych” pól za SPA; pierwsze jest zajęte, ale drugie (hura! i o dziwo) wolne! W sobotni wieczór, aż nie do wiary. Jednak i spływów litewskich, choć to weekend i przed laty były tłumy, po drodze widzieliśmy niewiele. Kraj im się wyludnia, młodzi powyjeżdżali…
Ulubione pole nr 2 ma tę wadę, że nigdzie na nim nie można się rozbić na równym, ale to nic – jest „nasze”, z pięknym widokiem, stanowiskiem wędkarskim i plażyczką do kąpieli (woda w tym roku, szczególnie w jeziorach, jak podgrzewana), nawet komary nam nie dokuczają. Jest nowy duży stół (czyżby zrobiony przez bandę Gedyminasa?), siedzimy przy nim i przy trunkach długo do po północy (ja – ciut krócej), a za jeziorem bumba disco i bracia Litwini odpalają fajerwerki.

IX – niedziela, 5 sierpnia
Luz biwakowy. Każdy wstaje, kiedy chce, kawka, śniadanka, kąpanka, pranka, pogaduszki.
Cecylia dzwoni do Prie Żejmenos, gdzie wczoraj zamawialiśmy obiad na poniedziałek, by go przełożyć na wtorek. Postanowiliśmy bowiem przedłużyć biwak (nawet za cenę tylko jednodniowego zbierania borówek na egrecie – no coś takiego!).

Czytanko, pisanko, łowionko (Janek i Krzysiek na brzegu, Darek z Wojtkiem popłynęli na szczupaka). Janek w krótkim czasie złowił 3 płotki (szkoda, że tylko na Litwie jest taki łowny, bo ja bym jadła rybki na okrągło).
Młodzi śpią do południa, o ile nie dłużej. Nie wiem, bo b. rzadko sprawdzamy tutaj czas, luzik to luzik. Co się w kraju dzieje i którzy politycy z którymi się aktualnie żrą, też nie wiemy i w tej chwili mało nas to obchodzi. Ach, spływ, ach, nasze pole biwakowe. Aż Darek wczoraj oznajmił, że był człowiekiem małej wiary, wieszcząc, że w restauracji nam się nie uda zjeść i wolnego pola znaleźć też nie, a tu proszę.

Przez te wszystkie plusy spływowe jestem w coraz większym rozdarciu między postanowieniem, że już więcej nie popłyniemy, a żalem, że może to być faktycznie nasz ostatni spływ.
Janek złowił 11 płotek, w tym jedna okazała + jedna Krzyśka + szczupak Darka – będzie co smażyć (dziś ja się zobowiązałam). Restauracja wzięła się za przygotowywanie kurek na obiad (kurek w tym roku jest moc, Artur twierdzi, że wręcz więcej niż w ub. roku – on oczywiście zbiera najwięcej).
Czynności musieliśmy przerwać, bo nadeszła burza. Nie okopaliśmy namiotu, ze świadomością, że w razie większego opadu woda podejdzie pod nas jak nic (Krzysiek swój okopał), no i czekamy, co będzie.
Siedzę w namiocie, trochę piszę, trochę się jolkuję. Że też musiała się nam tak sfilcować pogoda na naszym ulubionym polu i to podczas przedłużonego biwaku! Po pierwszej burzy (namiotu nam nie podmyło, ale jest mocno opryskany brudnym badziewiem, Janek trochę poogarniał) przyszedł drugi opad, grzmi i pada, znów czekamy. Przygotowania obiadowe nadal nieukończone, za to połowy rybne coraz większe. Oj, będę miała huk roboty.
Na razie mam huk w kolanach, kucanie i klękanie coraz boleśniejsze, podnoszenie się tym bardziej, oszczędzam jedno kolano, dostaje popalić drugie. Oj, co to będzie za rok?
Po burzach wreszcie o godz. 18 został wydany obiad i już do końca dnia było pogodnie.

Na półmetku (właściwie po) już widać, że rację miała Ela w sprawie braku podziału na wachty: że lepiej byłoby mieć służbę co drugi dzień i każdy by wiedział, kiedy ma obowiązki wachtowe, a kiedy wolne. Zaś bez wacht to niby są wydane dyspozycje, a i tak „gdzie kucharek pięć”, tam czasem iskrzy.
Wieczorem smażyłam ryby. Panowie i JolaJola (nie tylko łowiąca, ale i skrobiąca) złowili aż 21 sztuk. A że połów trwał nadal, JolaJola dosmażyła potem jeszcze 5 następnych.
Wieczór przyogniskowy + malinówka – najdłużej siedzieliśmy ja z Jankiem i Wojtek, opowiadaliśmy sobie różności spływowe.

X – poniedziałek, 6 sierpnia
Nareszcie najadłam się ryb, co uwielbiam, wczoraj 4 płotki i 2 kawałki szczupaka, jeszcze dziś dojadałam na śniadanie, bo zostały – a już jest złowionych kilka nowych.

Ekipa: Anita, Wojtek + młodzi popłynęła do Kołtynian.
Brydżyk południowy: Janek i ja – jednak daliśmy się skusić (o matko, nie graliśmy w brydżyka grubo ponad 20 lat!) kontra JolaJola i Darek. Przegraliśmy 3 robry, ale co tam, warto było choćby przypomnieć sobie podstawy, no i fajnie się grało.
Po obiedzie (kasza i gulasz wołowy + mizeria) znów lunęło sążniście (namiot nadal nie okopany!).
Już mi się chce do domu – ponad 2 tygodnie jesteśmy „na wyjeździe”, to długo. W ogóle zrobił mi się dziś gorszy dzień. Siedzę w namiocie (Janek oczywiście na zewnątrz), w sieni pomału, a właściwie coraz szybciej zaczyna się robić gnój, choć starałam się jakoś poogacać płachtą. Bu. Nawet czytać mi się nie chce. „Tajemnicy domu Helclów” wciąż nie skończyłam (zresztą „Lala” lepsza) – a może tylko nie mam nastroju, by wczytać się z rozkoszą w te galicyjskie smaczki i dyplomatyczno-detektywistyczne knowania profesorowej Szczupaczyńskiej. Wolę się jolkować – Krysieńka byłaby ze mnie dumna.
Już się zanosiło na to, że mieszkając tak blisko SPA, w ogóle się tam nie wybierzemy. Wczoraj pogoda się nie przyczyniała, dziś odłożyliśmy to na po obiedzie, a po obiedzie przeszkodziła nam burza i wyglądało na to, że nadszedł koniec pewnej epoki – SPA bez SPA! Na szczęście pod wieczór wyszło słońce i wybraliśmy się całą bandą: Anita, Artur, młodzi, Cecylia, JolaJola, Wojtek i ja z Jankiem – który robił zdjęcia, bo na bicze nie miał ochoty. Reszta dała się wychłostać tej wodzie (otwarte 3 zastawki) z rozkoszą.

Na kolację Cela usmażyła pyszne racuszki z jagodami, a potem Ela ryby – znów ich było grubo ponad 20, złowionych przez panów (najłowniejszy Janek, brały mu płotka za płotką) i przez JolęJolę oraz przez tęż Jolę wypatroszone i oskrobane – bardzo dzielna kobieta.
Ostatni wieczór na biwaku, przy ognisku i pod gwiazdami, piękne widoki nadjeziorne. Spać znów o północy.

XI – wtorek, 7 sierpnia
Po śniadaniu JolaJola i Cela poszły jeszcze do SPA się ubiczować, a Wojtek z Piotrkiem i Hubertem po wodę do studni, pozostali panowie zakopali śmieci.


Wypłynęliśmy o 11:30. W Kołtynianach zakupy, potem zamówiony obiad, z deserem na wynos (świeżo upieczony jabłecznik). Jedliśmy go na podwieczorek, rozbici już na kolejnym polu – i kolejnym naszym nowym, bo odpuściliśmy sobie pole Zbyszka L. (z powodu RODO lepiej nie stosować nazwisk).
Piękna łączka nad rzeką, tyle że jest to pole płatne. Coraz ich więcej, na lewym brzegu Żejmiany wręcz od nich gęsto. Litwin rosyjskojęzyczny, zawiadomiony telefonicznie, przyjechał i skasował nas na 30 euro. Większość tych pól na lewym brzegu to jego własność. Zadbane, koszone, z zapasem drewna – to nasze ma w pobliżu dwie piękne wiatki i sławojkę.

Zimny wieczór, bardzo szybko spadła na namioty gęsta rosa. Grzejemy się przy ognisku. Na tegorocznym spływie mało jest komarów, nie ma gzów i os, za to dziś opadły nasze głowy (szczególnie moją, JoliJoli i Eli) takie ścierewka wielkości przecinka, strasznie kąśliwe, całą głowę mam w bąblach.
Wieczorne przygotowania kurkowe do jutrzejszej jajecznicy oraz wykonanie przysmaku w postaci grubych plastrów upieczonej nad ogniskiem kiełbasy żywieckiej (wykonał Krzysztof – kiełbasa słabo nam schodzi, natomiast tę upieczoną panowie wcinali z radością).

XII – środa, 8 sierpnia
Po porannych nieporozumieniach okołojajecznicowych (aż się łagodny dotąd komandor ciut wnerwił) jajecznicę z kurkami (tzn. kurki z jajkami) wykonał mistrz Artur, serwując ją trzech turach, a właściwie w czterech, zgodnie z zamówieniami: 1 – mało ścięta, 2 – średnio ścięta, 3A – mocno ścięta z cebulą, 3B – mocno ścięta z cebulą i kiełbasą (kiełbasę usmażyli Darek z Krzyśkiem).
Z pakowaniem trochę nam zeszło, bo trzeba było suszyć namioty, ale słoneczko nam pomogło, dziś znowu upał od rana.

Wyruszamy o 11:40. Po drodze postój na naszym ulubionym kąpielisku, kąpiółki i pływanie (pod warunkiem, że komuś uda się najpierw pokonać nurt pod prąd, by móc spłynąć).

Potem długi monotonny etap do Święcian, męczący, bo w skwarze. Krótki postój pod mostem w Święcianach, Krzysiek z Arturem idą do sklepu, Anita zostaje przy kajakach, reszta płynie dalej.

Dzisiejszy nocleg – na egrecie. Nadal pięknej jak przed laty i bezpłatnej, ale pod „opieką” tabliczki z informacją o śmieciach: „Šiukšlės” i coś tam jeszcze; nawet jest pojemnik na śmieci, tyle że chyba rzadko opróżniany – przepełniony i naokoło też masa odpadków, stąd i masa upierdliwych much, na szczęście one nie gryzą. Trudno się dostać do tego miejsca od strony lądu, stąd pewnie i zbyt rzadkie wywożenie śmieci.
Na obiad fasolka po bretońsku, a na jutro Ela zapowiada serwowanie w naszej restauracji spaghetti z sosem mięsno-pomidorowym z udziałem ajwaru.
To nasz przedostatni nocleg na Litwie. Znów długo siedzimy przy ognisku i się napawamy. Trzeba celebrować. Trunki „zaklinaczowe” w tym roku schodzą w dużo mniejszych ilościach, może dlatego, że pogoda jest jak drut, nie trzeba zaklinać.

XIII – czwartek, 9 sierpnia

Żegnaj, egreto albo. Dziś ostatni etap spływania. Znów się napawamy. Zresztą nie może być inaczej, bo Janek co rusz każe mi zwolnić i „mimowolnie odłożyć wiosła”. Jest pięknie, tym bardziej, że nie ma gzów. Cuda, cuda. Komary też w tym roku kąsają nas z rzadka i jedynie – krótko – wieczorami.
W Liuline kończą swój biwak jacyś litewscy skauci. Musielibyśmy jednak poczekać ok. 2 godziny, aż zwolnią miejsca na dole, więc rozbijamy się na górce, gdzie też jest wiatka ze stołem i miejsce ogniskowe.

Po rozbiciu się – znów dostajemy baty w brydża od Darka i JoliJoli; zwłaszcza Darek jest miszczunio, miło pograć z takim.

Upał znowu daje w kość. Borówek wczoraj na egrecie nie było za wiele (a co się Darek z Elą naprzekomarzał! kino oko). W Liuline też ich nie ma tyle co przed laty, ale Artur i tak znajduje odpowiednie miejsca i pokazuje Eli. My z Jankiem w tym roku nie trudnimy się zbieractwem – kurkowym, bo borówek nie zbieraliśmy nigdy. Wolę czytać (skończyłam Szymiczkową) i rozwiązywać jolki.
Ostatnie ognisko. Przed nim – foto zbiorowe w strojach służbowych (do kalendarza). Księgowa Cecylia rozliczyła finanse – znów są zwroty, po 30 euro na osobę, a za resztę będzie kupiona flaszka dla pani Zosi + zrzuciliśmy się na flaszkę dla Wacka i Joli. Ognisko przebiega pod hasłem „Co było na spływie po raz pierwszy”. Pada sporo przykładów (niektóre trochę na siłę), a najgłówniejszy to chyba ten, że po raz pierwszy byliśmy bez namiotu gospodarczego (udało się, bo pogoda dopisywała, ale gdyby lało, byłoby cienko).
Spływ się udał pod każdym względem. Odkryliśmy kilka fajnych miejsc biwakowych, pogoda nam sprzyjała, a restauracja spływowa serwowała dobre jedzonko (to głównie zasługa udanych zakupów Eli), ba, wręcz jak nie na spływie i w warunkach polowych – frykasy: do śniadań wyłącznie masło, wysokiej wartości wędliny i sery, dużo warzyw i owoców, oliwki, pomidory suszone, feta i inne pychoty.
Kajaki sklarowane (jeszcze za dnia), wiosła rozmontowane, ostatnie iluminacje gwiazd litewskich nad nami. Żegnaj, spływie.

XIV – piątek, 10 sierpnia
Zgodnie z wcześniejszą decyzją spływ tegoroczny jest krótszy o jeden dzień, dziś więc – koniec. Po śniadaniu Darek rozdaje po ludziach kiełbachy i puszki, sporo zostało. Z powodu upału oraz obecności dwóch nutellodżemolubnych młodzieńców poszło mniej mięcha niż zazwyczaj.
Kierowca umówiony na godz. 10 czasu litewskiego przyjeżdża punktualnie, panowie doczepiają kajaki, pakujemy się do busa – odjazd.

W Maćkowej Rudzie – po drodze były tradycyjne zakupy w Olicie, b. sprawne – jesteśmy tuż po godz. 14. Szybkie pakowanie samochodów (przestawionych do cienia, bo w słońcu można się skichać), obiad w barasie. Ale tylko część z nas, bo Cecylia, Krzysiek i JolaJola wybierają się jeszcze na weekend do Augustowa. Reszta chce jak najprędzej wrócić do domu.
Janek i ja ruszmy zatem tradycyjnie na noc, trasą przez Olsztyn – Toruń – Poznań (w rozgrzebanym Olsztynie były straszne objazdy, na szczęście Janek sobie z nimi b. dobrze poradził). Jechało nam się dobrze, ze spaniem 1,5 godz. gdzieś przed Toruniem. Do cywilizacji wróciliśmy na dobre w sobotę ok. 9 rano, wkroczywszy w progi domu. Namiocie (na razie?) bye, bye!

A za rok? Czy znowu powiosłujemy tak radośnie?

/4 grudnia 2018/

Reklamy

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.