STRASZNIE SIĘ CIESZĘ (W CZTERDZIESTU ODSŁONACH)

  1. hania-i-janekRok 1976. Znałam Janka z widzenia. Mignął mi parę razy na ulicy. Nie kojarzyłam go z uczelnią. Wyglądał na artystę, myślałam, że to raczej ktoś z tych kręgów. Miał ciemne, nieomal czarne długie włosy, rzadką brodę, porozciągany szary sweter, liliowe dżinsy i czasami nosił dziwny czarny kapelusz.
  2. Wiosną zobaczyłam go w pewnej akcji na sali widowiskowej Bibliotek Wojewódzkiej.
  3. Pod koniec roku akademickiego Andrzej Weber z pedagogiki kulturalno oświatowej zostawił w moim DS Wicewersal zaproszenie na spotkanie w akademiku Tekturowiec w celu naboru do swojego teatru. Pomyślałam, że takiej szansy na zrobienie kariery aktorskiej nie mogę przegapić. Czekając w Tekturowcu na spotkanie, zaskoczona ujrzałam na gazetce ściennej prezentowanego właśnie – ze zdjęciem – niejakiego Karola. Jak głosił komentarz, głównego spośród „Karolów” Tekturowca. Czyli – tego „artystę”. Czyli – Jana Stecyszyna. Dowiedziałam się, że studiuje matematykę, to było kolejne zaskoczenie. Ponadto pomyślałam, że nazwisko do połamania języka, a imię…
  4. Zajęcia teatralne ruszyły po wakacjach. Na bodaj drugim spotkaniu, w piwnicznym klubie Tekturowca, doznałam radosnego zaskoczenia: Andrzej przyprowadził… tegoż „Karola”. Jako swojego kolegę ze Świebodzina z czasów szkolnych i od teraz członka naszego teatru. Od tej chwili myśli o w/w zalęgły się na dobre w mojej głowie i coraz głębiej także w sercu.
  5. Na jednych zajęciach mieliśmy do odegrania rodzaj dramy. Andrzej polecił nam z zamkniętymi oczami krążyć po salce i „zderzać się”. Pamiętam tylko „zderzenie się” z Jankiem, będące raczej dość długo trwającym przytuleniem…Wróciłam do swojego akademika zakochana od stóp do głów.
  6. Myśląc całymi dniami o Janie Stecyszynie zwanym Karolem, wyobrażałam sobie nas po wielu latach jako znanych aktorów polskiej sceny i filmu. Udzielając w tych rojeniach wywiadu mediom, opowiadałam o początkach mojej kariery w teatrze studenckim, w którym poznałam mojego późniejszego męża.
  7. Nasz teatr nie dotrwał nawet do premiery, nawet nie wiem, dlaczego. Rozpadł się na etapie wymyślania muzyki do songów autorstwa Andrzeja W. (gdyż spektakl miał być czymś w rodzaju rock-opery). Do dziś pamiętam słowa i melodię jednego z nich: „Przeminiemy wszyscy jak obłok, pomimo nieba, pomimo słońca”…
    Nie zostałam zatem wybitną aktorką scen polskich. Ale skąd ja już wtedy wiedziałam, że spełni się druga część moich wizji? Ta małżeńska? To się nazywa przeczucie i głos z góry.
  8. Po następnych zajęciach teatralnych, gdy zbieraliśmy się do wyjścia, według Janka zwanego Karolem „miałam taki wyraz oczu” (błagalny?), że nie mógł postąpić inaczej, jak tylko zaproponować, że mnie odprowadzi.
    Omal nie rozpłynęłam się ze szczęścia. Na dworze mżyło, mimo to szliśmy bardzo wolno przez pół Zielonej Góry, całkiem jak artyści w operze, którzy wyśpiewując „Więc śpieszmy się, więc śpieszmy się”, przytupują w miejscu. W pewnym momencie zapytał: „Kiedy wychodzisz za mąż?”. Odparłam zaskoczona, że na razie nie mam za kogo i przez następnych kilkadziesiąt kroków żałowałam, że udzieliłam odpowiedzi tak mało błyskotliwej. Przecież mogłam oznajmić, że już w najbliższą sobotę biorę ślub z Andrzejem Rosiewiczem (pojęcia nie mam, czemu akurat on mi przyszedł do głowy).
  9. Przestałam się tym martwić, bo gdy doszliśmy na Krośnieńską, gdzie znajdował się mój Wicewersal, Jankowi najwyraźniej nie śpieszyło się do pożegnania. Siedzieliśmy na przystanku autobusowym pod daszkiem. Jak na listopad, było całkiem ciepło. Żartowaliśmy, że na jednym z rosnących wzdłuż ulicy drzew „został się” jeden liść. Z naszej rozmowy pamiętam jeszcze to, że nie powinno się zabijać pająków. Nadal padała mżawka, a ja czułam, że mi wpada wprost do serca. Do akademika wróciłam o czwartej rano, a nazajutrz zwierzyłam się koleżance z pokoju, że jeszcze nigdy w życiu nie byłam tak zakochana.
  10. Niedługo potem pojechaliśmy do Świebodzina, by rodzina Janka mogła mnie poznać i vice versa. W zatłoczonym autobusie z samochodowego radia rozbrzmiewał głos Freddiego Mercury’ego.
  11. Zostałam uprzedzona, że padnie pytanie „Skąd są rodzice” oraz że pochodzący „zza Buga” rodzice Janka nie lubią poznaniaków. Pytanie padło, a mojej odpowiedzi: „Mama z Poznania, a tato z Warszawy” nie przyjęto ze szczególną radością. Ale my z Jankiem mieliśmy to gdzieś.
  12. W grudniu Janek wykombinował, że pojedziemy na sylwestra do Kołobrzegu, gdzie mieszkał jego brat z bratową. To była połowa pomysłu, czyli wersja przeznaczona dla naszych rodziców. Wersja w pełni oznaczała nieobecność w Kołobrzegu brata i bratowej, którzy mieli wyjechać w góry i zostawić nam wolną chatę.
  13. Tę wersję zrealizowaliśmy, jadąc przez całą noc (z przesiadkami) trasą Gubin – Czerwieńsk – Szczecin – Kołobrzeg.
  14. Na ostatnim odcinku naszej podróży do Kołobrzegu pokazywałam Jankowi, jak śmiesznie mruga promotor, u którego pisałam pracę magisterską. A Janek opowiadał mi o swoim kuzynie – równolatku, który już jakiś czas temu się ożenił.
  15. Pierwszy raz byłam wtedy w Kołobrzegu zimą, ale z wiadomych względów, bynajmniej nie zimowych, tylko bardzo gorących, niewiele pamiętam z miasta i plaży.
  16. W drodze powrotnej Janek wymyślił, żebyśmy, wzorem jego kuzyna, też się pobrali. Bardzo mi się ten pomysł spodobał.
  17. Umówiliśmy się, że nim Janek przyjedzie do Gubina oficjalnie się oświadczyć, każde z nas z osobna powiadomi swoich rodziców o naszych planach matrymonialnych. Tak uczyniliśmy. Moi rodzice bardzo się ucieszyli. Tato albowiem, mimo że miałam zaledwie dwadzieścia trzy lata, już co najmniej od roku martwił się, że zostanę starą panną.
    Mama Janka wyraziła ubolewanie wobec  tak pośpiesznej chęci ożenku syna. Spytała, czy nie lepiej, żeby jeszcze sobie pochodził po polach z fujarką (Janek grał na różnych instrumentach, m.in. na gitarze, na flecie prostym i poprzecznym), a przede wszystkim żeby najpierw skończył studia. Bo już raz je zaczął, w Toruniu na UMK, ale po kilku miesiącach przerwał. I potem zaczął na nowo w Zielonej Górze (tak widocznie musiało być, żebyśmy mogli się poznać).
  18. Gdy Janek nadal obstawał przy swoim, Janinka (tak miała na imię moja teściowa – w ogóle imię „Jan” jest mocno obecne w naszych rodzinach) zaniepokoiła się jeszcze bardziej. „Dzieci, a czy wy musicie?”, spytała. Janek oświadczył, że nie musimy, tylko chcemy, ale chyba nie uwierzyła. Podejrzewając, że jednak musimy, bo dziecko w drodze, pogodziła się z tym, że żona Janka będzie poznanianką.
  19. Janek przyjechał do Gubina i poprosił Bilinków o moją rękę. Uradowany tato udał, że go ostrzega: „Jak chcesz. Ale ona gotować nie umie, sprzątać nie lubi, a pysk ma od ucha do ucha” (w sensie, że taka jestem pyskata).
    Poszliśmy do Urzędu Stanu Cywilnego i zapytaliśmy o pierwszy wolny termin. Zostaliśmy poinformowani, że pierwszy wolny będzie 19 lutego. Poprosiliśmy o zarezerwowanie go dla nas.
  20. Ślub odbył się zgodnie z wyznaczoną datą. Świadkami byli Elka Sy i Kurzawiec.
  21. Przy stole podczas naszego poślubnego przyjęcia zasiedliśmy my, czyli para młoda, nasi rodzice, świadkowie, mój brat Andrzej, siostra Janka Basia, a ponadto nasz przyjaciel Andrzej J. zwany Puzonem (zjawił się niespodziewanie w USC pod koniec uroczystości i zagrał nam na organach), jedna pani z naprzeciwka – znajoma rodziców, ponadto na linii kuchnia – stołowy kursowała wraz z moją mamą pani Kaliska, która uszyła moją suknię ślubną i pomagała Peluni urządzić przyjęcie.
  22. Ślub kościelny planowaliśmy wziąć na Wielkanoc. Nie było to naszym marzeniem, bo nie paliło się nam do imprezy weselnej, lecz chcieliśmy spełnić oczekiwania rodziców – zwłaszcza Jankowych.
  23. W związku z koniecznością posiadania zaświadczenia o kursie przedmałżeńskim uczęszczaliśmy na takowy w kościele w Zielonej Górze i stosowne zaświadczenia uzyskaliśmy. Jeszcze jakieś kwity były potrzebne, ale byłam przekonana, że w mojej własnej parafii nikt nie będzie robił trudności. Myliłam się. Organista z mojej parafii, będący jednocześnie urzędnikiem w kancelarii parafialnej, zażądał od nas świadectw maturalnych z religii. Janek miał, ja nie. Na religię przestałam chodzić w czwartej klasie podstawówki. Urzędnik był nieugięty. Spytałam, czy milicjanci i wojskowi też muszą przedstawiać świadectwa z religii, skoro ich nie mają. „Ja pani nie będę tłumaczył, jak to trzeba załatwić”, odpowiedział. Na co Janek: „Chodź, gdzie indziej nam dadzą ten ślub. Do widzenia panu”. Wziął mnie za rękę i poszliśmy.
  24. Mówiąc „gdzie indziej”, Janek nie miał na myśli jakiegoś konkretnego kościoła. Tak tylko powiedział. Nie zależało nam na ślubie kościelnym, byliśmy już wszak zaślubieni od paru miesięcy i dobrze nam było z tym. Zwłaszcza że myśl o weselu urządzanych dla różnych ciotek i wujków bynajmniej nas nie uskrzydlała.
  25. Nie dostaliśmy pokoju małżeńskiego w akademiku, zbyt mało ich było. Janek, po wyprowadzce z Tekturowca, mieszkał we Wcześniaku, ja nadal w sąsiednim Wicewersalu. A od czasu do czasu gdzieś oboje kątem, pod nieobecność innych mieszkańców, którzy zostawiali nam swój pokój do dyspozycji. Pisałam wtedy pracę magisterską, Janek pomagał mi ją wystukiwać na maszynie.
  26. Moi rodzice nie robili nacisków, lecz rodzice Janka tak. Mijały miesiące i za każdym razem gdy jechaliśmy w odwiedziny do Świebodzina, słyszeliśmy: „Dzieci, kiedy weźmiecie ślub?” Mama Janinka była zacną i prawą kobietą, a przede wszystkim gorliwą katoliczką. Według niej żyliśmy w grzechu, bo ślub cywilny to żaden ślub.
  27. Teresa Kossińska (dziś Tropak), bliska znajoma (z Jankiem była na jednym roku), dowiedziawszy się o naszych kłopotach, zaproponowała pomoc. Ślubu mógłby nam udzielić ksiądz Dionizy, proboszcz z Ośna Lubuskiego. Był przyjacielem jej ojca, sołtysa Sienna, gdzie mieszkali, mamy, w ogóle całej rodziny Kossińskich. Często razem z nimi grywał w brydża.
  28. Pracowałam już wtedy od sierpnia w Czerwieńsku, Janek z Płot, gdzie dostaliśmy służbowe mieszkanie, dojeżdżał do Zielonej Góry – kończył studia.
    W tychże Płotach Janek wykonał jedno z największych dzieł stolarskich swojego życia – regał na całą ścianę, z prawdziwych desek łączonych bez gwoździ, tylko na kołeczki. Ten regał, odpowiednio powiększany i modyfikowany, przewędrował z nami przez wszystkie mieszkania i mamy go do dziś.
  29. Proboszcz z Czerwieńska dał zezwolenie na ślub poza parafią – bo z powodu zamieszkania w gminie Czerwieńsk teraz już ta była naszą. Janek pojechał z Terenią do Ośna (ja nie mogłam urwać się z pracy) i umówili nasz ślub (nawet nam nie przyszło do głowy, że za ślub coś by trzeba zapłacić). Potem pojechali do Ośna, gdzie Janek poznał rodziców Teresy. Zaprosili, byśmy po ślubie przyjechali do nich.
  30. Pociągiem z przesiadką w Rzepinie w czwartek 22 grudnia 1977 roku pojechaliśmy do Ośna. Wraz z nami świadkowie: Terenia i Puzon. Mieliśmy z sobą butelkę enerdowskiego ajerkoniaku, który kiedyś sprezentowała nam Pelunia, i teraz pomyśleliśmy, że przyda się na opicie ślubu.
    W Ośnie na plebanii ksiądz Dionizy poczęstował nas czekoladą i dobrą herbatą. Pamiętam jej smak. Dobra aromatyczna herbata to wówczas nie była oczywistość, tym bardziej że w Zielonej Górze z powodu niesmacznej wody nawet najlepsza zalatywała chlorem. Powiedziałam w pewnym momencie, że coś jest „strasznie fajne”. Ksiądz spytał wtedy: „Pani, polonistka, i mówi ‚strasznie fajne’? Przecież jedno zaprzecza drugiemu”.  Żartował, ale i tak poczułam się niezręcznie.
  31. Poszliśmy na mszę. Taką zwykłą, w środku tygodnia, z niezbyt dużą liczbą ludzi w kościele. Gdy wybrzmiało ostatnie „amen”, zdjęliśmy płaszcze i Janek w swoim garniturze „śliwka bistor” ze studniówki, ja w sukience od cywilnego, też z bistoru (niebieskiego) i z trzema białymi goździkami, a za nami świadkowie – ruszyliśmy przez środek kościoła w stronę ołtarza. Ludzie wychodzący już ze świątyni zatrzymali się w progu, zobaczyć, co to za dziwny ślub.
  32. Gdy klęczeliśmy podczas ceremonii, miałam łzy w oczach. Ksiądz chyba to zauważył, bo gratulując nam, powiedział „strasznie się cieszę”. A potem organista huknął nam marsza weselnego (też przecież go nie zamawialiśmy, to była niespodzianka i dobre serca tych ludzi)!
  33. Po wyjściu z kościoła poszliśmy znów na plebanię. Proboszcz poczęstował nas pomarańczami i winem mszalnym (białe półwytrawne, bardzo dobre). A potem zapakował nas do swojego fiata i zawiózł do Sienna.
  34. Czekał na nas zastawiony stół. Przygotowali go na nasze przyjęcie państwo Kossińscy, których widziałam pierwszy raz w życiu! Nasza półlitrówka ajerkoniaku była zaledwie ciupeńkim dodatkiem do tej uczty. Za długo jednak nie poucztowaliśmy, bo obok już czekał zaścielony zielonym suknem stolik i w ramach nocy poślubnej zagoniono nas do brydża.
  35. W domu państwa Kossińskich brydżowe turnieje zwykli rozgrywać: pan Kossiński (sołtys Sienna i gospodarz na iluś tam morgach), stryjek Tereni oraz ksiądz Dionizy, czasem jako czwarty – syn stryjka. Gdy nie mieli czwartego, przymuszali panią Ewę, mamę Tereni. Nierzadko grali do północy, a potem już o czwartej wstawali w pole. Gdy panu Kossińskiemu i stryjkowi udało się zrobić szlema, wygłaszali tekst: „To trzeba uszanować” i na moment stawali na baczność. Gdy ktoś popłynął – też. Zaś do proboszcza często zwracali się: „Wychodź, przewielebny”. Bogdan Tropak, późniejszy mąż Tereni, ukochał tę rodzinę, a ona jego, w dużej mierze dzięki  temu, że też był namiętnym brydżystą.
  36. Graliśmy w czwórkę: ja z Jankiem kontra pan Kossiński i ksiądz. Wyniku nie pamiętam.
    Gdzieś po pierwszej położyli nas spać w pokoju gościnnym pod bardzo grubą pierzyną, a wczesnym rankiem obudzili na autobus, żebyśmy zdążyli na pociąg do Świebodzina.
  37. W Świebodzinie pokazaliśmy teściom nasz dokument zawarcia związku małżeńskiego. Mama Janinka wzruszona do łez powiedziała: „Dzieci, nareszcie. Jak ja się cieszę”. A po chwili: „Ale jak wy tak mogliście? Żeby nas nawet nie zawiadomić?”
  38. Uważamy dotąd, że był to jeden z najsympatyczniejszych ślubów kościelnych w dziejach ludzkości.
  39. Mimo to bardziej przyzwyczailiśmy się do tej pierwszej daty – ślubu cywilnego – i tę zwykliśmy świętować.
  40. A to było 19 lutego 1977 roku. 40 lat temu. Z czego strasznie się cieszę i o czym, w czterdziestu punktach wspomniawszy tamte okoliczności, niniejszym napisałam.

/21 lutego 2017/

4 thoughts on “STRASZNIE SIĘ CIESZĘ (W CZTERDZIESTU ODSŁONACH)

  1. Wspaniały pomysł uczczenia „czterdziestki”! 🙂
    Alem się rozmarzyła. Zaraz się tu u Ciebie wyryczę.
    Ale najpierw Wy: ten enerdowski ajerkoniaczek, czarny kapelusz Janka, uwaga Bilinka o Twoim „pysku od ucha do ucha” (jakże mi bliska 😉 ) – miodzio. Widzę Was jak żywych: przystanek po północy, teksty Janka o pajączkach i listkach, co „się zostały”. Tacy sami do dziś, w swojej lubniewickiej kuchni!
    Romantyczne początki… Ech… Zwolnione tempo, jakby człowiek mimo nieprzyzwoicie młodego wieku wiedział, że „to se ne vrati”. Ja się tak odprowadzałam po nocach z „moim pierwszym” (nota bene bardzo podobnym do Janka!) przez całe osiedle bydgoskie, z jednego krańca na drugi. Potrafiliśmy je przejść w jedną noc z sześć razy, a to jakieś dziesięć kilometrów w sumie. Byle razem i długo. Ech.
    A w Waszym wieku poznałam na saksach w Niemczech pewnego R. Pracowaliśmy razem. Woził mnie swoim wypasionym oplem vectrą w góry, na balangi, na kolację do Greka. Kiedy wracaliśmy, puszczał „Kuschel–Rocka”, ja udawałam, że śpię, a on – że jedzie tak wolno, żebym się mogła wyspać. Potem dogonił mnie w poznańskim akademiku jego list: „Zuzanna, ich liebe Dich”. Ech… A moja rodzina na to w śmiech: „zwariowałaś? chcesz wyjść za STOLARZA?” Bo to był jego jedyny mankament, co mnie wcale nie zniechęcało… Starałam się ich nie słuchać, chciałam sama zdecydować. Wyjść za NIEMCA? Napisał, że budują z bratem dom bliźniak, i jakie to on piękne schody w nim „kładzie”, własnoręcznie (Janek!). Umierałam nad decyzją, aż tu przyszedł kolejny list: „moja rodzina nie zgadza się, żebym żenił się z Polką…”. No cóż.
    Pojechałam więc do Paryża. A tam napatoczył się pewien… kucharz. Tym razem moje serce nawet nie drgnęło, ale dałam się zaprosić do restauracji przed otwarciem (on Polak i właścicielka też Polka, ale knajpa niczego sobie). Na ladzie stała lampka dobrego wina i snuły się dwa koty, tyle pamiętam. Dostałam ofertę pozostania dłużej w mieście miłości i zamieszkania wspólnie na poddaszu. Odmówiłam, ale i tak J. zabrał mnie na wieżę Eiffla. Bez niego może bym się nie szarpnęła na bilet 😉
    Zaraz potem zjawił się w moim życiu pewien informatyk.
    Ale tę historię to ja może jednak na swoim blogu opiszę, w naszą okrągłą rocznicę, która się zbliża 😉
    Wspominajmy, bo – jak to rzekł ostatnio mój mąż – „dziś będzie jutro pięknym wspomnieniem, o czym warto pamiętać”.
    Gratuluję Wam jeszcze raz i dziękuję za przemiłą lekturę przy obiado-kolacji 🙂

    • Zuz! Musisz napisać memuary! KONIECZNIE! To są takie historie i Ty masz takie pióro, że już się cieszę na lekturę.
      Oczywiście z racji Waszej okrągłej rocznicy historię z informatykiem opisz na blogu MUSOWO (jak mówiła moja babcia).<3

      Niemiecki wątek stolarski: znamy taką Sonję, ona też jest Tischlerin. Nawet w Indiach, jako wolontariuszka, uczyła stolarstwa tamtejsze dziewczyny. Od tamtych czasów stosujemy powiedzonko: "Indisch. Funktioniert nicht". 😉

  2. Tak było. Świadkowałam wtedy, teraz też świadczę. Sukienkę „bistor niebieski” dokładnie pamiętam, ale garnitur Janka „bistor śliwka”?! ani du du.. Rzeczywistość w czasach naszej młodości ……też się rozmarzyłam.

    • Bo ten śliwka bistor był w rzeczywistości bardziej granatowy niż śliwkowy. Zapomniałaś, a onże na Janku, świadku na Waszym ślubie, też wystąpił! 😀

      Pani Elu kochana, co za miłe odwiedziny! Dziękuję i uprzejmie proszę częściej dawać głos. ❤

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s