SZKLANKA ZEMSTY?

W pokoju dla ofiar poważnych wypadków spotykają się dwaj ciężko poszkodowani pacjenci. Trochę śmiesznie wyglądają (film zawiera także elementy czarnej komedii) – dwaj faceci w szpitalnych koszulkach w kropeczki. Jeden już trochę wydobrzał, jeszcze z plastrach i opatrunkach, ale już może wstawać z łóżka, kuśtykać. Drugi, świeżo przywieziony, straszliwie poparzony, jest całkowicie unieruchomiony, owinięty bandażami, ledwie z malutkimi szparkami na oczy i usta. Ten pierwszy, Red Delby, sympatyczny rudzielec z agencji, do której należą billboardowe makiety przy drodze do Ebbing, natychmiast oferuje mu pociechę i pomoc, dobre słowo (wręcz potok dobrych słów) i coś do picia. Jeszcze nie wie, że jego nowy sąsiad to Jason Dixon, policjant – wulkan wściekłości i agresji, który kilka dni wcześniej w ataku furii pobił go, wyrzucił z okna na piętrze, a leżącego na ulicy, brutalnie skopał.

Dowiaduje się, kim jest ten obandażowany, w momencie gdy niesie mu szklankę z sokiem i zanurzoną w nim słomką. Powiedzieć, że doświadcza szoku, to za mało powiedzieć. Stawia jednak szklankę na stoliku sąsiada. I odchodzi. Nie podsunął mu słomki, by poparzony Dixon mógł ugasić pragnienie. To zemsta? Niech oprawca cierpi, niech, mając niemal pod nosem zbawczy sok, nie wypije ani kropli? A może Reda po prostu przerosła sytuacja? Kat stał się ofiarą, lecz zemsta nie cieszy? Sił wystarczyło mu jedynie na to, by usiąść na łóżku pod oknem, tyłem do sąsiada, bez słowa. Widzimy tylko jego pochylone plecy. Płacze?
Ale i Jason, już wcześniej, zalewany potokiem dobrych słów, też ma oczy mokre od łez.
I są to nie tylko łzy fizycznego bólu.
To kolejny etap przemiany wściekłej, zapitej, rasistowskiej bestii w człowieka. A będą następne, choć cena do zapłacenia też nie będzie mała.

Sam Rockwell, odtwórca roli wściekłego policjanta, zapytany  („Polityka” nr 5 / 2018, „Gniew prowincji”, wywiad Piotra Czerkawskiego) o przyczyny frustracji i gniewu przepełniających graną przez niego postać, odpowiada: „Sądzę, że Dixon cierpi na kompleks prowincjusza. Brzmi to może dość niewinnie, ale zaręczam, że przepaść pomiędzy realiami małego miasteczka i metropolii jest w USA większa niż w jakimkolwiek innym kraju Zachodu”. Ciekawe. Realia amerykańskiej prowincji znam co najwyżej z filmów, lecz o tej przepaści mówiła mi też jedna znajoma (anglistka, była kiedyś w USA). Zuza, a jakie jest Twoje zdanie?
I czy to jedyne wytłumaczenie? Szeryf  Bill Willoughby – dla mnie anioł, choć także przedstawiciel kulawego aparatu ścigania – uświadamia Dixonowi, że jego wściekłość wynika z tego, że nigdy nikogo nie kochał. Czy furiat z Ebbing osiągnie kiedyś spokój? Uwielbiam takie filmy, które nie dają jednoznacznej odpowiedzi, a pytań prowokują sporo…

Amerykańska prowincja. „Jeśli masz świadomość – to dalej wypowiedź Sama Rockwella –  że urodziłeś się w najbogatszym i najbardziej rozwiniętym kraju świata, a jednocześnie jesteś odcięty od dostępu do większości jego dobrodziejstw, masz pełne prawo się wkurzyć. Kręciliśmy nasz film jeszcze przed wyborami prezydenckimi w USA, ale gdy dziś sobie o tym pomyślę, mam wrażenie, że w jakimś sensie udało się nam uchwycić nastroje, które doprowadziły do wygranej Donalda Trumpa.” Też ciekawe, prawda? Ale nie chcę politykować. Wracam do filmu i jego bohaterów.

To film o gniewie. W miasteczku Ebbing nikt nie jest czarno-biały. Niczym w westernie – kulawe prawo walczy tu z bezprawiem, a w tym wszystkim chce zaprowadzić swój porządek i sprawiedliwość samotny mściciel. W tym wypadku jest to Mildred Hayes, matka zamordowanej brutalnie dziewczyny. Lecz i ona bynajmniej nie działa w białych rękawiczkach. Też kipi gniewem i chęcią zemsty. Co zrozumiałe – doświadcza straszliwej traumy. Ale czy wolno jej, walcząc ze złem, krzewić zło? Przecież poparzony, niemal żywcem spalony policjant, który z trudem uszedł z życiem, to jej ofiara. I choć współczujemy jej bólowi, choć rozumiemy desperację, wiemy, że bynajmniej nie było święte to babsko o niewyparzonym języku. Córka krótko przed śmiercią nazwała ją suką, mąż zostawił, dobroczyńca karzeł też osądził surowo…
Czy poczucie pustki, straty, ale i winy, da się zrównoważyć odnalezieniem sprawcy i wyrównaniem krzywd? Czy bezprawie można zwalczać bezprawiem?
„Zło krzewi zło”. Ciekawe, że te słowa, niby oczywiste, wręcz banalne, jednak ważne,  wypowiada największa idiotka w filmie. Nie ona je wymyśliła, lecz cytuje z lubością, dziewiętnastoletnia siksa, z którą związał się eksmałżonek głównej bohaterki.
Dlaczego właśnie ona? I czemu Mildred, która podchodzi do jej stolika z butelką wina tak zdecydowanie, że oczekujemy, że zaraz walnie ją lub eksia tą flachą w łeb, mówi do byłego męża: „Pilnuj jej”?
Bo w słodkich idiotkach też jest trochę mądrości?
A w ludziach przepełnionych wściekłością i chęcią zemsty – więcej dobra niż zła?

„Zastanowimy się po drodze” – mówią Mildred i Dixon w ostatniej scenie filmu.

http://www.filmweb.pl/film/Trzy+billboardy+za+Ebbing%2C+Missouri-2017-767406/cast/actors

 

7 marca 2018.

Reklamy

2 komentarze do “SZKLANKA ZEMSTY?

  1. Spoiler jak talala! 😀

    Jednak film ma w sobie tyle głębi, pięknych zdjęć i dobrej muzyki, że i tak warto obejrzeć. Podkreślam: ma tego dużo, ale bez bumów, hollywoodzkich orkiestr symfonicznych, różowych świtów i krwistych zachodów; to prawdziwa, plastikowo-bilboardowa, drewnopodobna, zanurzona w dzikiej naturze Ameryka.

    Mądrość z zakładki książkowej, spinająca całą historię, o źle krzewiącym zło, pokazuje pięknie, że każdy ma szansę. Ma ją dziewiętnastoletnia siksa, która kradnie męża i ojca, a jednak coś czyta i kuma. Ma ją Dixon, którego roznosi nadmiar testosteronu, władzy, poczucie bezkarności i hejt w południowym, rasistowskim stylu, ale się nawraca pod wpływem dobroci. Bo i dobro krzewi dobro, jak widać.

    Prawdziwym szeryfem jest kobieta. To western z kobietą-szeryfem. Piękne! Szef policji umiera przedwcześnie, facet rodzinny, wrażliwy, mądry, a jednak pod jego rządami działo się bezprawie, a jednak nie wykrył zabójców Alison. Jego zastępca też nie. Mildred zadziwia odwagą, starannie planuje swoje akcje, jest przebiegła i skuteczna, choć, gdy trzeba, bywa okrutna. Wymierza sprawiedliwość, broni prawa, ot co. A że jest to czasem prawo ognia czy wiertła dentystycznego? Cóż. Prawo kina. Czarnej komedii, co mnie się też niebywale podobało. 🙂

    Czy taka jest Ameryka? Czy Dixon cierpi na kompleks prowincjusza? Tak, taka jest Ameryka. A nawet dużo, dużo gorsza. Dużo bardziej monotonna, bezosobowa, w której jedynym przyjacielem człowieka jest telewizor, a przyjemnością paczka popcornu. Ja nazwałabym problem Dixona „syndromem prowincujsza”, nie „kompleksem”. Bo Amerykanie bardzo skutecznie bronią swojego status quo – prowincjonalnego, trochę niedzisiejszego, inaczej mówiącego, chodzącego, ubranego Joe Shmoe. Oni wiedzą, że istnieje Nowy Jork czy Boston, pełne yuppies, Starbucksów i miejsc pracy w kubikach. Że istnieje Europa, z zamkami, muzeami, kawiarniami w prawdziwych miastach. Ale nie jeżdżą tam. Odcinają się. I głosują na Trumpa. Nie po to, żeby coś zmienił. Po to, żeby się zemścił w ich imieniu na japiszonach za inność, niekoniecznie lepszość. Bo ich nie tyle drażni lepszość, co inność właśnie.

    Jeszcze słowo o dwóch innych filmach.
    Widziałyśmy obie „Olive Kitteridge”, pokochałyśmy i film, i rolę Frances McDormand. Tutaj gra podobnie, prawda? Używa tych samych narzędzi. Ale wybaczamy jej to, co, Han? 😉
    Ja dziś obejrzałam „Kształt wody”, przybrawszy kształt embriona z racji napadu rwy kulszowej. 🙂
    Dno i bąble, powiem Ci. Jak najbardziej rozczarowujący Oscar. Też lubię aktorkę wiodącą, za inne role, Ale film do-du-.y. Do tego mnóstwo nieuzasadnionego okrucieństwa, a tak nie lubię bardzo.

    Dzięki, że dzięki Tobie obejrzałam „Billboardy”. ❤

    • Miałam nosa z tym „Kształtem wody”, utwierdziłaś mnie, dzięki Tobie już na pewno sobie daruję.

      Kobieta-szeryf i – na swój sposób – strażniczka prawa. Też racja. Mimo że nie w mundurze (i bez gwiazdy). 😉 „Fargo” oczywiście oglądałaś? Tam widziałam Frances McDormand po raz pierwszy.
      A wiesz, że myślałam o „Olive Kitteridge”? Oczywiście! Ale jakoś nie przyszło mi do głowy, że F. McD. gra tam i w „Trzech billboardach” podobnie. Tam była zgorzkniała i surowa, zimna, lecz mimo wszystko „cywilizowana”, tu jest wściekła i zdolna do najgorszego.
      Może nie jestem aż tak spostrzegawcza, wnikliwa? A może tak ją lubię, że mi używanie tych samych narzędzi nie przeszkadza. Aż dziw, bo np. Robert de Niro według mnie w wielu filmach gra wyłącznie de Nirem i już mnie to gigla.

      Dobro rodzi dobro. To najlepsza puenta. Dzięki. 🙂

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s