SZLI NA ZACHÓD OSADNICY

Autor tekstu Jacek Kasprowy, kompozytor Jan Tomaszewski, wykonanie Dana Lerska – Festiwal Piosenki Żołnierskiej, rok 1969:
Rozklekotana ciężarówka,
A dookoła obcy świat,
Na głowie zmięta rogatywka,
A w głowie i w kieszeni wiatr.
Na zachód wiodły wszystkie drogi
Z dalekich ziem, z dalekich stron.
Kto by pomyślał, Boże drogi,
Że tutaj będzie jego dom.
Szli na zachód osadnicy
Szlakiem wielkiej niedźwiedzicy,
Karabiny i rusznice
Zawiesili w cieniu brzóz.
Swe prawa mieli niepisane,
Najprostsze z wszystkich ludzkich praw,
I pili życie prosto z dzbana,
I rzeki przepływali wpław.
Grywali w kości i o kości
Z partnerem, który zwał się „los „,
I nie szukali dziury w moście,
Lecz budowali nowy most.
Szli na zachód osadnicy
Szlakiem wielkiej niedźwiedzicy,
Karabiny i rusznice
Zawiesili w cieniu brzóz.
Gdzie się podziały tamte czasy,
Spłynęły, jak wezbrany nurt.
Dziś osadnicy w ortalionach
W klubokawiarniach robią ruch.
I tylko czasem, na kolanach
Kołysząc wnuka, wspomni ktoś
O tamtych romantycznych czasach
I ze wzruszenia zadrży głos.
Szli na zachód osadnicy…

Stanisław Komar – w: Stefan Pilaczyński „Gubińskie vademecum”:
Ważną rolę w życiu gospodarczym Gubina odgrywały uprawa winorośli i handel oraz sukiennictwo. (…) Miasto miało swoje muzeum, teatr, tramwaje, a także lotnisko komunikacyjne. Przecież Gubin liczył w okresie międzywojennym prawie 50 tys. mieszkańców, co czyniło go największym miastem w naszym regionie.

„Pelunia”:
Józef wyjechał, jak to się wtedy mówiło, „na zachód, szukać nowych perspektyw (…), gdzie znalazł pracę i poniemieckie umeblowane mieszkanie (…).
Przekaz rodzinny głosił, że „na tych hubach” wcześniej ojciec „przepił dywany i fortepiany”. Chyba nie wszystkie, bo mieliśmy potem, prócz pięknych mebli, także ładny poniemiecki dywan. Ale fortepianu już nie.

Magdalena Grzebałkowska „1945. Wojna i pokój”:
Odzyskane, Wyzyskane, Piastowskie, Postulowane, Powracające, Zachodnie czy Dziki Zachód? Żadna z nazw używanych po wojnie nie definiowała ostatecznie ziem, które przypadły Polsce.(…) Wanda Melcer zachwycała się: „Czy uwierzycie, obywatele, ile mniejszych i większych miast otrzymaliśmy razem z tymi ziemiami? Ni mniej ni więcej tylko 327 (…). Tak, te miasta są odpowiednie do mieszkania: nowoczesne, higieniczne, pierwszorzędnie zagospodarowane i urządzone z wdziękiem”.

„Pelunia”:
Podróż „na huby”, leżące wszak na granicy polsko – niemieckiej, nie należała wtedy do łatwych. Musiały załatwić sobie specjalne przepustki, by móc znaleźć się w strefie przygranicznej, były kontrolowane przez milicję, piechotą ładnych parę kilometrów wędrowały ze stacji do centrum miasta przez zrujnowane, księżycowe ulice. Gubin, okrutnie zniszczony w czasie wojny, jeszcze w latach pięćdziesiątych prezentował się jako morze gruzów, nawet sporo ocalałych budynków, wymagających co najwyżej remontu, rozbierano i cegły wywożono na odbudowę Warszawy.

 Magdalena Grzebałkowska „1945. Wojna i pokój”:
Dwadzieścia milionów metrów  sześciennych gruzu zalega miasto. (…) W lipcu na Żoliborzu uruchomiona zostaje kolejka dla przyśpieszenia wywózki gruzu. (…) Do wypalonych, zrujnowanych, chwiejnych kamienic wprowadzają się ludzie.(…)
Odbudowa Stolicy naszą troską. Warszawa czeka na twój wysiłek*. /*”Życie Warszawy, 2 i 4.03.1945/

„1960” („Warszawa w stu słowach”):
W niedzielę poszłyśmy odwiedzić tatusia na czynie społecznym. Zbierali cegły, które miały pojechać do Warszawy.
– Szkoda te domy burzyć – westchnęła mamusia.
– Po Niemcach to nie szkoda! – wtrącił się dyrektor tatusia. – Cały naród buduje swoją stolicę.
W poniedziałek przyszła do nas dziewczynka z czwartej klasy.
– Nie nauczyliśmy się czytać, nasza pani prosi, żeby przysłać jakiegoś pierwszaka – powiedziała.
Wychowawczyni wybrała mnie!
Nauczycielka czwartaków podała mi książkę z wierszem.
„Wszystko dla niej. Dla ciebie,
Warszawo!” – kończyłam z bijącym sercem.
– Warszawa to nasza stolica, wiesz? – spytała.
– Wiem – odpowiedziałam. – Wożą tam cegły z Gubina. Cały naród buduje swoją stolicę!

Marian Brandys „Na granicy”:
Trzej „klubowcy” oprowadzali mnie po swoim mieście. W pewnej chwili znaleźliśmy się w małej, pustej uliczce. Była to najsmutniejsza uliczka, jaką zdarzyło mi się widzieć od czasów wojny. Większość jej domów rozsypała się jeszcze podczas bitwy gubińskiej.
Najgorsze było jednak to, że nad pustymi sklepowymi witrynami bez szyb wisiały już szyldy polskie. Szliśmy tą uliczką cicho jak przez cmentarz.

„Pelunia”:
Z boku znajdował się jeszcze jeden kwietnik, wyższy, na dwa kwiaty. Na jego dolnej półeczce mama umieszczała coś mniejszego, na przykład sezonową prymulkę, a na górnym blacie stał zwisający długimi wąsami asparagus.

Magdalena Grzebałkowska „1945. Wojna i pokój”:
(…) najwięcej przybywa barów. Dolicza się trzydziestu z rzędu przy Alejach Jerozolimskich (…). Z braku budki bary improwizuje się na poczekaniu. Wystarczą dwa krzesła i wyciągnięty z gruzów dawny słupek pod kwiatki. „Na słupku, zamiast doniczki – butelczyna, dwa kieliszki, zagrycha i bar gotowy”.

Stefan Pilaczyński „Gubińskie vademecum”:
Pierwsi osadnicy wkraczali na nasze ziemie tuż za żołnierzami frontowymi. Jednak już wkrótce zapadła decyzja, by dwanaście powiatów położonych wzdłuż granicy zachodniej . przeznaczyć pod osadnictwo wojskowe. (…) Łącznie (…) osiedliło się około 1500 osadników wojskowych. Było to stanowczo za mało w stosunku do oczekiwań. Dlatego podjęto decyzję o dopuszczeniu na ten teren również osadnictwa cywilnego.
Ze względu na zacięte i długotrwałe walki odpływ ludności niemieckiej z tego terenu był bardzo duży. W marcu 1945 roku w powiecie gubińskim przebywało 586 Niemców. W następnych miesiącach zostali oni wysiedleni.
Następną (i największą) grupą ludności, która osiedliła się na wsi gubińskiej, stanowili repatrianci z terenów wschodnich przyłączonych do ZSRR.

Mirosław Kowzan „Krzyż na Perczynie”:
Po zarejestrowaniu się w PUR (…) udali się szukać swojego nowego miejsca zamieszkania. Razem z rodzinami Rodziewiczów, Skokowskich, Leczyckich i Pecynów dotarli do miejscowości Weltho/Weletów. Tam się osiedlają i zajmują gospodarstwo rolne, które znajdowało się na środku wsi. Naprzeciw, po drugiej stronie, stał duży drewniany krzyż. Jak mi mama mówiła, (…) zupełnie podobny do tego, który stał na Perczynie, dlatego przyjęli GO jak „swój” i modlono się pod nim, jak na Perczynie (…).

„Pelunia”:
Nad piecem na ścianie znajdowały się kafelki zwieńczone wąską półeczką. Odstawiało się tam kubki z mlekiem na zsiadłe, stały też na niej białe pojemniki z napisami po niemiecku. (…) „Graupen” i „Kaffee” (…) „Nudeln” (…). W ogóle w domu mieliśmy dużo poniemieckich „skorup”. (…) Najładniejsza w naszym mieszkaniu, przynajmniej według moich ówczesnych standardów, była łazienka. Też, rzecz jasna, poniemiecka. Poprzedni właściciel musiał być zamożnym i nowoczesnym człowiekiem. (…) Łazienkę pokrywała glazura: na podłodze płytki w kolorach czerwonym i szarym, a nad wanną i w jej obudowie białe. Armatura też została po przedwojennych właścicielach, napisy na kranach głosiły: „Kalt”, „Warm” i „Wanne-Brause”.

Magdalena Grzebałkowska „1945. Wojna i pokój”:
To była inna wieś niż te, które do tej pory znali. Cztery świetlice, dwie piekarnie, dwa zajazdy, sklep z narzędziami elektrycznymi, owczarnia, którą niemiecki sołtys pobudował tuż przed wojną. Zajęli dom (…), w jednym pokoju wciąż mieszkali Niemcy, dawni właściciele gospodarstwa.

Mirosław Kowzan „Krzyż na Perczynie”:
Jeszcze moja uwaga na temat książki ”Wielotów i Witaszkowo. Przyczynek do historii”, uważam, że autor* przejaskrawił „ciężką i tragiczną” historię Niemców z Weletowa, którzy poparli Hitlera, i wszyscy, niezależnie czy brali udział w wojnie, czy nie, byli sprawcami naszej gehenny, z rąk niemieckich i ukraińskich. /*Wiesław Łabęcki – przyp. mój/

Zofia Mąkosa „Cierpkie grona”:
„Trzeba uciekać – podpowiada instynkt (…)
Na szosie blisko furtki stoi dwóch żołnierzy w obcych mundurach.
To Oni! (…) Ogarnięty paniką umysł  próbuje znaleźć jakieś wyjście. (…) Właśnie, dach! Może tam nie zajrzą.(…)
Do uszu Matyldy docierają odgłosy tłuczonego szkła, gniewne okrzyki, trzaskanie drzwiami.(…) Z dworu słyszy pijackie krzyki, w powietrzu czuć dym. (… ) Chyba poszli. (…)
Szosa nie jest bezpieczna, brnie więc do góry na wzniesienie.(…)
Całe niebo na wschodzie rozjaśnia krwawa poświata. Nad Unruhstadt* unoszą się jasne kłęby podświetlonego ogniem dymu. Część Altreben* również stoi w płomieniach. Pali się restauracja Rauscha i pojedyncze domy leżące wzdłuż szosy od strony miasteczka. Czerwona łuna rozpościera się nad środkiem wsi. Oczy dziewczyny rozszerzają się ze zgrozy. – Koniec świata – szepcze.. /*dzisiejsze Kargowa i Chwalim/

Magdalena Grzebałkowska „1945. Wojna i pokój”:
– Nasi Niemcy wyjeżdżali w trzeciej turze – wspominał Roman Winiarski. – Ich matka płakała, prosiła, żeby nic tu nie ruszać, nic nie burzyć, zostawić wszystko, jak jest, bo oni zaraz i tak tu wrócą. Czekaliśmy na nich jeszcze za Bieruta. Długo nic nie robiliśmy. A co będziemy dla nich robić, jak nas wygonią, tak jak my ich wygoniliśmy?

„Pelunia”:
Po ślubie Pelunia zamieszkała z mężem w Gubinie. Pożegnała swój ukochany Poznań, rodzinę, przyjaciół. Nie było to dla niej łatwe, opuszczać miasto swojego dzieciństwa i młodości, przenosić się do miejscowości niemal w 90 procentach zburzonej w wyniku działań wojennych i na początku lat pięćdziesiątych ledwo z grubsza odgarniętej z gruzów. W dodatku przygranicznej. Pamiętam, że jeszcze w latach sześćdziesiątych rodzina z Poznania nas pytała, czy nie boimy się mieszkać w takim miejscu, z Niemcami tuż za rzeką, przecież w razie wojny pierwsi staniemy się celem ataku! Tak mocno jeszcze wówczas tkwiła w ludziach powojenna trauma.

Zofia Mąkosa – Facebook https://www.facebook.com/zofiamakosapisze/:
W sobotę 24 lutego w Muzeum w Neuruppin spotkaliśmy się z ósemką byłych mieszkańców Kargowej i Chwalimia mieszkających obecnie w Neuruppin lub jego okolicach.(…) Było bardzo wiele wzruszeń. Na koniec pani Rausch, córka właściciela przedwojennej chwalimskiej restauracji, powiedziała: „Jestem tu szczęśliwa i chcę, żeby Polacy, którzy zamieszkali w poniemieckich domach, też byli w nich szczęśliwi”.

„Zupa z karpia”:
Na mojej choince wiszą bombki, które liczą sobie co najmniej siedemdziesiąt lat. Stanowią symbol jedności pokoleń, a w pewnym sensie również narodów. Są to bowiem bombki poniemieckie. Moi rodzice weszli w ich posiadanie, gdy po wojennym exodusie opuścili swoje miasta (mama Poznań, tato Warszawę) i osiedli na zachodzie Polski, w mieszkaniu będącym wcześniej własnością wypędzonych Niemców. W nadgranicznym miasteczku, które przed wojną nazywało się Guben, po wojnie rozdzieliło na dwie części, polską i enerdowską, a dziś znowu jest jednym euromiastem Gubin/Guben.
Te bombki, choć tak kruche, są dla mnie wyrazem trwałości. A także wspólnoty polsko-niemieckiej wojennej i powojennej tułaczki. I mimo wszystko – symbolem jedności ludzkich losów.

 

2 marca 2018.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s