UFF?

Słoneczna niedziela, tak zwana promenada nadjeziorna pełna spacerowiczów i rowerzystów. My z mężem też na rowerach. W trawie oddzielającej chodnik od wody na oczach ludzkich duży pies w charakterystycznej naprężonej pozie właśnie przymierza się do defekacji. Towarzyszą mu właściciele, para mniej więcej w moim wieku. Specjalnie zwalniam, przejeżdżając obok i na razie tylko wzrokiem wyrażając naganę, ale po chwili głos wewnętrzny każe mi powiedzieć „Ciekawe, czy państwo mają torebkę”, niby do męża, ale tak, by oni usłyszeli.
– Mają! – słyszę za plecami głos pana, bo odjechaliśmy już spory kawałek.
– To dobrze! – odpowiadam, podnosząc do góry dłoń, na znak, że okej, ale nie odwracając głowy, bo mi głupio.
– A ty co? – zażenowany sytuacją mąż dolewa oliwy do ognia.
– A to! – odpowiadam. – Nie będę dłużej tolerować bylejakości i syfu na tym świecie – odgrażam się, choć głupio mi coraz bardziej, a moje słowa tylko w połowie są prawdą. Owszem, wkurza mnie syf i bylejakość, ale przecież nie zamierzam pełnić misji naprawiania świata.
– Może jakąś koszulkę z napisem powinnaś nosić? – szydzi mąż.
– Z napisem „Złośliwa stara sucz”? – pytam, a właściwie stwierdzam, bo dokładnie tak się w tym momencie czuję.
Głos wewnętrzny, który najpierw wydobył ze mnie jędzowatość, teraz nakazuje mi zatrzymać się i zawrócić.
– Przeproszę ich – oznajmiam mężowi, bo już mi głupio na maksa.
– Jasne. Lepiej zakładać, że ludzie są dobrzy, niż podejrzewać, że nie mają torebki – wygłasza sentencję. – Zaczekam tu na ciebie.
„Obojętnie, mieli czy nie mieli tej torebki, jak mogłam się tak zachować? Przecież w naszym miasteczku jeszcze nigdy nie widziałam ludzi sprzątających po swoich pupilach, psie kupy walają się gdzie popadnie, i jakoś dotychczas mój głos milczał niczym lutnia nienastrojona, a tu nagle taka ze mnie <bohaterka>?!”, myślę po drodze.
Państwo z psem odeszli już spory kawałek, dopadam ich na moście.
– Przyjechałam państwa przeprosić – mówię, podchodząc blisko.
Pan, zaskoczony, spogląda na mnie z uśmiechem ni to rozbawienia, ni to triumfu, ale chyba też sympatii, natomiast pani surowym tonem (czuję, jak bardzo musieli być po mojej uwadze wzburzeni) bez cienia uśmiechu rozpoczyna perorę:
– No i słusznie, bo jak tak można zwracać komuś uwagę!
– Ma pani rację – mówię. – Lepiej zakładać, że ludzie są dobrzy, niż ich podejrzewać o niecne czyny – z niewielką modyfikacją cytuję męża. – Przepraszam.
– Dziękujemy, przeprosiny przyjęte – mówi pan.
– Dziękujemy – powtarza za nim żona.
– Ja też dziękuję. Do widzenia – odpowiadam.
Uff, załatwione. Wracam do Janka czekającego w cieniu nadbrzeżnych olch. Niewiele mówi, ale widzę, że mu się podoba finał tej historii.

Uff… Przez cały dzień potem nie opuszcza mnie wspomnienie znad jeziora. Niby kamień spadł mi z serca, ale tylko na stopy. Bo dlaczego najpierw musiałam być starą złośliwą suczą?

/14 maja 2018/

Reklamy

4 komentarze do “UFF?

  1. Zaraz tam „starą złośliwą suczą”. Trzydzieści lat belfrowania wyłazi z Ciebie, jako i ze mnie dość często. Jan jeno uchował się przed tą przypadłością, czego mu silnie zazdraszczam. 😉

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s