WSPOMINKI SZEKSPIROWSKIE

gamlet Rok 2016 to Światowy Rok Wiliama Szekspira. Mój mąż, który jest małomówny i „słowo mu droższe pieniędzy”, nie przepada za sztukami Szekspira, bo w nich są za długie monologi, bohaterowie mówią, mówią, i mówią. Zresztą według Janka i tak żadna z realizacji dzieł Szekspira do pięt nie dorasta „Makbetowi” w filmowej wersji Akiro Kurosawy, zrealizowanej w roku 1957. Nie wiem. Widziałam kilka wersji „Makbeta”, ale „Tronu we krwi” nie. Chyba odstraszał mnie już sam krwawy tytuł i gardłowe krzyki japońskich samurajów. Może jeszcze to nadrobię. Telewizja z pewnością dzieło Kurosawy przypomni, jak nie w tym, to w innym paśmie.

TVP Kultura rozpoczęła właśnie cykl „Miesiąc Szekspirowski”, w którym zaprezentuje teatralne inscenizacje znanych dzieł. Na pierwszy ogień przypomniano „Romea i Julię” w reżyserii Jerzego Gruzy. Spektakl powstał w 1974 roku. To były czasy Gierka i prezesa Szczepańskiego, bardzo dobre dla Telewizji Polskiej, ale ja wtedy żyłam głównie życiem pozatelewizyjnym. Jednak to przedstawienie pamiętam. Chyba nawet w naszym studenckim klubie był już kolorowy telewizor. Młodziutcy Bożena Adamek i Krzysztof Kolberger w głównych rolach, jacy ładni i wzruszający. Dziś, po tylu latach, gdy zobaczyłam tę inscenizację ponownie, piękni i młodzi tym bardziej. Muzykę do spektaklu skomponował Andrzej Kurylewicz. Nie miałam pewności, oglądając go teraz, czy usłyszę w nim piosenkę Wandy Warskiej z tekstem Norwida, choć pewne frazy warstwy dźwiękowej przedstawienia zapowiadały jej pojawienie się. I faktycznie – towarzyszyła napisom końcowym. „Nad Kapuletich i Montekich domem, spłukane deszczem, poruszone gromem, łagodne oko błękitu”, niczym baldachim wieczności, współczujący? obojętny? wobec tragedii młodych kochanków…

Bardzo lubię tę piosenkę. Lecz jeszcze bardziej – inną piosenkę „szekspirowską” (i w ogóle całą ścieżkę muzyczną), z filmu Franca Zeffirellego. Bo sztuka Gruzy to dla mnie „Romeo i Julia” Numer Dwa. Numerem Jeden jest właśnie ekranizacja Zeffirellego, z roku 1968. W czasach gdy powstawała, byłam podlotkiem. Pamiętam, głównie z „Kobiety i Życia”, informacje na temat tego filmu, zanim jeszcze wszedł na nasze ekrany. Szczególnie ciekawe były te o odtwórcach głównych postaci, wiekiem bardzo zbliżonych do bohaterów dramatu. Nigdy wcześniej w kinie nie odtwarzali ich aktorzy tak młodzi. Szekspirowska Julia ma czternaście lat. Zagrała ją dziewczyna ledwie o rok od niej starsza, piętnastoletnia, śliczna Oliwia Hussey. Nastolatka! Jakież to było dla mnie ekscytujące. A Romeo, czyli siedemnastolatek Leonard Whiting! Ach, jaki on był ładny. Nie śledziłam potem kariery filmowej tych dwojga aktorów, ale w rolach młodziutkich zakochanych zapamiętam ich na zawsze.

Film zobaczyłam po raz pierwszy w czasie wakacji, między trzecią a czwartą klasą liceum. Byłam wtedy z koleżankami na autostopie, w trakcie którego zahaczyłyśmy m.in. o Łagów. Tam na obozie sportowym przebywała inna nasza koleżanka i pojechałyśmy ją odwiedzić. Trwało akurat Lubuskie Lato Filmowe, lecz w kinie „Świteź” prezentowano również filmy spoza konkursu i tym sposobem załapałyśmy się na „Romea i Julię”. Całe kino, nabite tak, że szpilki byś nie wetknął, płakało. Tak to zapamiętałam, bo sama ryczałam strasznie. Pamiętam nawet, że w moim rzędzie czyjaś chusteczka na otarcie łez (taka „materiałowa”, papierowe były wtedy rzadkością) wędrowała z rąk do rąk. Pamiętam też, że miałam na sobie króciutkie zielone szorty z mankietami, wówczas krzyk mody, i jasną bluzkę, fikuśnie zawiązaną w pasie. Ach, ta młodość…

Na tenże film wybrałam się po krótkim czasie ponownie, już po wakacjach. Wraz z kółkiem polonistycznym i naszą panią profesor. Kino „Grunwald” w Gubinie lata świetności miało już za sobą. Zimą się tam strasznie marzło, bo kiepsko grzali. A kinooperator bywał może z łapanki albo to był jakiś kiepsko przyuczony żołnierz służby zasadniczej (kino i klub były „wojskowe”). W każdym razie ten nasz pomylił taśmy i po początku filmu nastąpił prawie koniec, a dopiero potem środek i finał. Jednak nawet to nie wpłynęło na nasz odbiór i znów polało się sporo łez.

Film Baza Luhrmanna, z Claire Danes i Leonardo DiCaprio w rolach głównych, to dla mnie „Romeo i Julia” Numer Trzy, choćby dlatego, że tę ekranizację widziałam największą ilość razy, bo przez kilka lat z rzędu „puszczałam” ją moim uczniom. Zrealizowana w 1996 roku, najbardziej dla nich współczesna i interesująca, barwna i głośna, z wojną gangów, narkotykami i krwawą strzelaniną w tle. I z miłością na pierwszym planie, radośnie dziecinnym zakochaniem się od pierwszego wejrzenia, miłością skazującą dwoje niewinnych na tragedię, której już żadne moce nie odwrócą. To na młodzieży wszystkich epok robi przejmujące wrażenie. No i Claire Danes, grając Julię, również była młodziutka, a DiCaprio też niewiele starszy.

A, co tam odtwórcy ról głównych. Piękni, młodzi i wzruszający, lepiej lub gorzej udający miłosną grę. Ale Merkucjo! To jest dopiero kąsek dla aktora drugiego planu. Jak to często w sztuce teatralnej i filmowej bywa, drugoplanowi przyćmiewają głównych. Przykłady można by mnożyć, pierwszy z brzegu: zmarły niedawno Alan Rickman. W filmie „Robin Hood, książę złodziei” Kevin Costner był, owszem, sympatycznym Robin Hoodem, ale to Rickmana się pamięta, genialnie grającego szeryfa Nottingham. Nawet nie znałam nazwiska aktora grającego Merkucja w moim „Romeo i Julia” Numer Jeden (dopiero teraz poszukałam w necie: John McEnery) – a do dziś słyszę jego głos, gdy mówi o Mab, małej bogince marzeń o miłości, która „nocami plącze końskie grzywy”, a potem, pchnięty ostrzem Tybalta, wygłasza przedśmiertelną tyradę, przeklinając zwaśnione rody. A jeszcze lepszy w tej scenie był Wojciech Pszoniak w moim Numerze Dwa. Jego Merkucjo do końca dowcipkował, choć umierał i o lepsze walczyły w nim rozpacz z niedowierzaniem, kpina ze złością. Świetnie to Pszoniak zagrał. W Numerze Trzy Merkucjo, w srebrnym damskim biustonoszu i minispódniczce na balu u Kapuletów, też przykuwa uwagę widza, choćby dlatego, że zagrał go aktor ciemnoskóry (Harold Perrineau).

„Makbet”, jak chyba wszystkie dramaty Szekspira, też miał wiele inscenizacji. Moją Numer Jeden jest ta, którą widziałam w telewizji jako nastolatka – spektakl miał premierę w roku 1969, reżyserował go Andrzej Wajda, w rolach głównych wystąpili Tadeusz Łomnicki i Magda Zawadzka. Aktorów, którzy dopiero co zdobyli ogólnopolską popularność jako Baśka i pan Wołodyjowski ze słynnego serialu, reżyser dość przewrotnie obsadził w roli krwawych morderców. Do dziś mam ciarki na plecach na wspomnienie Magdy Zawadzkiej – obłąkanej Lady Makbet,  wykrzykującej „Precz, przeklęta plamo!” i usiłującej zmyć z dłoni zapach krwi, którego nie przytłumią „wszystkie wonie Arabii”. Podobali mi się też bardzo – tylko z urody, bo nie za wiele mieli do zagrania – dwaj młodzi wtedy bracia Englertowie w rolach synów Duncana. O kreacjach Łomnickiego napisano już tyle, że nie śmiem dodać ni słowa. Przytoczę tylko anegdotę, jak to po kilku dniach prób sceny uczty zaczęto ją rejestrować, a do zjedzenia było mięsiwo od kilku dni niezmieniane, więc już mało świeże – i Łomnicki, aktor totalny, przełknął, co miał przełknąć, nawet nie mrugnąwszy okiem.

Na koniec tych wspominków historia o tym, jak pokalałam dzieło Szekspira i zarazem dzieło sztuki filmowej, i to jakie – „Hamleta”. Znowu jest to wspomnienie z czasów licealnych. Profesorowie (nie pamiętam którzy) zaprowadzili nas do kina „Iskra” na film Kozincewa, nie pamiętam, czy całą szkołę, ale na pewno klasy najstarsze – ja byłam wtedy w trzeciej. Niestety z filmu Grigorija Kozincewa (premierę miał w roku 1964) pamiętam tylko, że był czarno-biały i że rolę główną zagrał Innokientij Smoktunowski (Kiesza, Kieszka – bardzo mi się podobało zdrobnienie tego imienia). Lecz już losem ślicznej, biednej Ofelii nie zdążyłam się wzruszyć, bo zaczęliśmy się zachowywać w tym kinie jak banda dzikusów. Bynajmniej nie z powodu protestu, że to był film radziecki. Szłam do kina z przekonaniem, że idę na film wybitny – a i dziś krytycy, choć już nie muszą wychwalać wszystkiego co radzieckie, piszą o tym filmie jako o arcydziele. Jeśli już ktoś zbojkotował, to raczej nasi nauczyciele, którzy po cichutku się zmyli, zostawiwszy nas w tym kinie bez opieki. Dlatego zamiast wpatrywać się w ekran, flirtowałam z kolegami z klasy czwartej, a nawet na jakiś kwadrans wyszłam z kina i pobiegłam do domu (mieszkałam niedaleko „Iskry”) coś zjeść oraz przyniosłam kolegom kanapki, bo też zgłodnieli – pamiętam, były z białym serem. Śrupaliśmy też siemki (czytaj: słonecznik), oczywiście zostawiając kino w opłakanym stanie, z podłogą wyścieloną łupinkami. To była istna plaga tamtych czasów, gdy nikt jeszcze nie miał pojęcia o chrupkach czy chipsach. Nie pamiętam, czy film miał dubbing czy polskie napisy, ale i tak dialogów z ekranu już mało kto słuchał, a obrazy śledził, bo w przybytku X Muzy robiło się coraz weselej. Naprawdę wstyd mi się dziś przyznać do takich zachowań, ale cóż, tak było. W końcu nawet ci, którzy przyszli na film, a nie do kina, przestali protestować i wzięli udział w ogólnej rozpierdusze. Jedni drugim podkradali plecaki i monolog Hamleta zagłuszało niosące się po sali szur, szur i „podaj dalej”. Aż mi szkoda było, że film się skończył i wraz z nim wesoła zabawa w damsko-męskie czy raczej dziewczęco-chłopięce przekomarzanki.

„Hamleta” widziałam potem kilkakrotnie w innych inscenizacjach (tę radziecką może przypomni telewizja i wreszcie ją docenię) – lecz nie jest to moje ulubione dzieło Szekspira. Pewnie grzeszę, ale najsłynniejszy w świecie monolog „To be, or not to be”, tak jak mojemu mężowi, i mnie wydaje się zbyt długi.

Za to bardzo bym chciała natrafić gdzieś w tv na „Sen nocy letniej” i to koniecznie w przekładzie Gałczyńskiego.

Kończę te moje „szekspiralia” piosenką, o której wspomniałam na początku, tą z filmu Zeffirellego (z piękną muzyką Nino Roty). Wraz z fragmentem filmu – zobaczcie, jacy oni byli piękni i młodzi: https://www.youtube.com/watch?v=0nYG_wQMheg

 

/7 kwietnia 2016/

P.S. Sensacja! Przed chwilą usłyszałam w radiu, że w Szkocji odnaleziono właśnie nieznane dotąd PIERWSZE WYDANIE DZIEŁ SZEKSPIRA! Z 1623 roku.

 

 

 

Reklamy

2 thoughts on “WSPOMINKI SZEKSPIROWSKIE

  1. Wspominając szczenięce lata nie mogę uciec od filmu, który zrobił na mnie piorunujące wrażenie. To „Tragedia Makbeta” Polańskiego z roku 1971. Obejrzałem go wiosną 1974 w zielonogórskim kinie Nysa, wespół z najwyżej dziesięcioma innymi kinomanami. Krew leje się u Polańskiego wiadrami, natężenie okrucieństwa wbija w fotel i co wrażliwszym każe zamykać oczęta na długie minuty. Rok przed rozpoczęciem zdjęć do filmu została zamordowana żona Polańskiego…

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s