MÓJ GUBIN

fara (Fara – mal. Waldemar Pawlikowski)

Mieszkałam w tym mieście od urodzenia (no, prawie – urodziłam się w Poznaniu) aż do matury. Potem się wyprowadziłam. W czasie studiów – do akademika, a później już na stałe, i Gubin odwiedzałam tylko okazjonalnie, rzadko na dłużej. Na szczęście miałam i mam dokąd wracać, bo nie tylko na groby bliskich; w Gubinie wciąż mieszka mój brat.

Minęło dużo, dużo lat. Od dawna mi się marzył taki wypad z rowerem, by objeździć stare kąty miasta mojego dzieciństwa i młodości. I wciąż to odkładałam. Ale wyszło na dobre, bo rok po roku kumulowały się we mnie sentymenty i coraz większa tęsknota za „krajem lat dziecinnych”. Wiadomo – we wspomnieniach wszystko jest ładniejsze i lepsze, a na stare lata człowiek się robi coraz bardziej skłonny do wzruszeń.

Odwiedziłam dwie bliskie koleżanki z dawnych lat, Danusię i Stenię. Poznałam troje nowych-starych gubinian (dwoje znałam wcześniej z netu) – Marię, Stasia, Jurka. Mój rowerowy wypad prezentuje się dość skromnie, ważnych dla mnie miejsc w Gubinie jest znacznie więcej. Może więc po części pierwszej nastąpi kiedyś i druga? Kto wie.

G10 mój dom
Mój dom na Słowackiego. Wcześniej mieszkaliśmy na Śląskiej, lecz tego prawie nie pamiętam, miałam trzy lata, gdy nastąpiła przeprowadzka. Piękne mieszkanie, przepiękne miejsce nad Lubicą, wśród wierzb płaczących i bzów.
Przed laty, gdy zostało sprzedane, mieszkając już od dawna daleko od Gubina, żegnałam je na zawsze bez szczególnych emocji, takie były koleje mojego (i mojej rodziny) życia – i tyle. A teraz często mi się śni…
„Jabłoń rozkwitła przy moim oknie. Taka wielka, piękna, biała i pachnąca. W ogóle cudownie jest przed moim oknem. Na pierwszym planie ta jabłoń, dalej drzewa i krzewy, a przez ciemną, splątaną zieleń przebłyskuje płynąca w dole ciemnobura rzeczka. Wieczorem siadam sobie przy oknie i patrzę. Na tle granatowego nieba kwiaty jabłoni mają niebieskawe zabarwienie, ptaki śpiewają”, pisałam, mając szesnaście lat…

G11 tam był ogród
Widok z mostu na Słowackiego. Za tymi krzaczorami po prawej stronie znajdował się nasz ogród.

G12 Lubica kąp kolo domu
Kąpaliśmy się w Lubicy, wystarczyło tylko wybiec z domu i wskoczyć do rzeki, płytkiej, ciepłej i wtedy jeszcze nie całkiem brudnej.

GUBIN 12 dąb na Słowackiego
Dąb na Słowackiego. Ciekawe, ile ma lat. Już w czasie mojego dzieciństwa był wielki, a dziś – olbrzym. Na wprost tego drzewa znajduje się przecznica ulicy słowackiego – Krasińskiego, też ogromnie ważne dla mnie miejsce dzieciństwa i młodości (szkoda, że nie zrobiłam zdjęć, ale tym bardziej jest to motywacja, by napisać c.d.).

G13 bibl. i Parkowa
To także Słowackiego. Po lewej: tam znajdowała się kiedyś biblioteka – czarodziejski, niezapomniany  świat książek. Po prawej: dziś lumpeks, wcześniej restauracja Parkowa, na pewnym etapie swych dziejów zwana też Malinową, a kiedy byłam dzieckiem, mówiono na nią gospoda. Budynek wygląda jak barak, zupełnie inaczej niż ten, który zapamiętałam z dawnych, bardzo dawnych lat.
Na trawniku (na pierwszym planie) graliśmy w piłkę, a obok biblioteki, po drugiej stronie (dziś tam jest parking) – w noża.

brama WnN 034
Brama Ostrowska tuż przy zbiegu ulic Dąbrowskiego i Słowackiego oraz znajdujący się pomiędzy nimi Park Mickiewicza. Najpierw pobliski punkt zabaw w chowanego (bo grając w podchody włóczyliśmy się już dalej, np. aż na Górę Śmierci), potem miejsce spacerów i pierwszych randek. A gdy mama miała dzienny dyżur, wędrowałam główną alejką parku, nosząc jej do pracy obiady.

G Dąbrowskiego
Dąbrowskiego. Hotel Nysa. W nim w recepcji pracowała moja Pelunia. Gdy szłam do niej z obiadem po starym popękanym chodniku, „grałam” w taką grę, ile razy która moja noga znajdzie się na pękniętej płytce, a która na całej – ale nie pamiętam już, która z nich „wygrywała”.

G hotel Nysa
Hotel Nysa. Widok zza rzeki, z Butelkaplatz.

G Butelkaplatz
Butelkaplatz, czyli przed wojną Sportplatz, po wojnie Plac Wdzięczności (z pomnikiem ku czci Armii Czerwonej), obecnie Plac Chrobrego.
Tam kiedyś odbywały się imprezy z okazji Pierwszego Maja czy Wiosny nad Nysą. Wojsko strzelało na wiwat i odpalało fajerwerki, na scenie występowali artyści, lud roboczy się radował, a handel uspołeczniony w licznych ustawianych tam okazjonalnie kramach oferował obywatelom lepszy towar, na co dzień nie zawsze dostępny w sklepach. Do dziś pamiętam smak kiełbasy śląskiej zagryzanej bułką i popijanej różową oranżadą.

G przedszkole
Przedszkole na Kunickiego. Znajomość z kilkorgiem moich gubińskich znajomych tam się zaczęła. Kiedyś z nieżyjącym już kolegą Wieśkiem I. przeleźliśmy przez dziurę w ogrodzeniu. Nie w celu ucieczki, ale jakaś chęć przeżycia przygody i zrobienia samowolki z pewnością temu towarzyszyła. Dotarliśmy „aż” pod mój dom – ulice Kunickiego i Słowackiego spotykają się nieopodal przedszkola. Postaliśmy tam chwilę i wróciliśmy, pani przedszkolanka nawet nie zauważyła naszej nieobecności. I dobrze, bo przecież za płotem, po drugiej stronie drogi, płynie rzeka, już sobie wyobrażam biedną kobietę przerażoną zniknięciem dwójki wychowanków.

G9 SP1
SP1, czyli Jedynka – moja podstawówka. Strasznie pyskowałam do nauczycieli, nawet mi kiedyś obniżono sprawowanie, a innym razem za to, że rozmawiam i przeszkadzam na lekcjach, posadzono za karę w jednej ławce z chłopakiem, Kazikiem M.
Na szczęście dobrze się uczyłam, więc chyba sporo mi wybaczano.
Pierwszy szkolny sukces zawdzięczam mojej wychowawczyni w klasie pierwszej, pani Wichlińskiej. Któregoś dnia przyszła do naszej klasy jedna czwartoklasistka z tekstem: „Nasza klasa się nie nauczyła czytać i nasza pani prosi, żeby przysłać kogoś z pierwszaków, żeby pokazał, jak się czyta”. Pani Wichlińska omiotła nas spojrzeniem i powiedziała do mnie: „Idź, Haniu, tylko nie przynieś mi wstydu”. Chyba nie przyniosłam. W każdym razie, stojąc przed tymi czwartakami (strasznie duzi mi się wydawali!), przeczytałam płynnie jakiś wierszyk, wskazany mi w książce przez ich nauczycielkę, i ona kazała tym dzieciom bić mi brawo. Mój tato omal nie pękł z dumy, gdy w domu opowiedziałam o tym.

G sala gimn.
Sala gimnastyczna Jedynki. Choć nigdy nie byłam wybitną szkolną sportsmenką, uwielbiałam w-f. Najbardziej drabinki, równoważnię, przewroty, stanie na głowie, te wszystkie skoki przez kozła, skrzynię, a na boisku – skok w dal i wzwyż, zaś z gier zespołowych – dwa ognie.

G LO
Moje liceum. Kiedyś (w moich czasach) LO nr 10 im. Marcina Kasprzaka – obecnie nosi imię Bolesława Chrobrego. Tu odnosiłam polonistyczne sukcesy i ponosiłam matematyczne klęski. Polonistka, pani Dziubkowa, stała się dla mnie wzorem, gdy sama zostałam belferką, a pan Kłosowicz, matematyk, podczas jubileuszu 50-lecia szkoły paru dobrych uczniów nie rozpoznał, a mnie, matematycznego osła, od razu.
W liceum już tak nie pyskowałam, za to paliłam papierosy (Danusia mnie nauczyła się zaciągać!). W pobliżu szkoły znajdował się boczny zaułek o nazwie Lenino – tam do „spaleńca” chodziliśmy zapalić.
Jedno z najmilszych licealnych wspomnień: występy szkolnym kabarecie, który założył nauczyciel wychowania muzycznego, pan Kowzan.

G Piastowska
Piastowska, jedna z najładniejszych ulic w Gubinie. Pokonywałam nią codziennie trasę do i ze szkoły.

G chiński domek
Z dołu z położonej między rzeką a stromymi wzgórzami Piastowskiej widać było budowlę, którą w dzieciństwie nazywaliśmy chińskim domkiem, bo kojarzyła się nam z pagodą. Zdjęcie „chińskiemu domkowi” zrobiłam w parku im. Waszkiewicza, utworzonym w czynie społecznym przez LWP. Przed wojną w tym miejscu znajdowała się Willa Wolfa, zaprojektowana przez słynnego architekta Miesa van der Rohe (ale o tym też nie miałam wtedy pojęcia, a park był tylko gęstwiną krzaków u zwieńczenia schodów wiodących z ulicy Piastowskiej). G willa Wolfa

G Nysa Lubica
Z prawej Lubsza (ja wciąż wolę niepoprawną nazwę Lubica), z lewej Nysa Łużycka, pomiędzy nimi wyspa.

G Wyspa Teatr.  GUBIN tez Wyspa
Dziś pięknie uporządkowana, zadbana Wyspa Teatralna. Kiedyś nazywaliśmy ją tylko „Wyspą”, niektórzy do dziś z sentymentem wspominają jej dziką postać. Nawet dobrze nie wiedzieliśmy, że schody i resztki ruin na wyspie to pozostałości przedwojennego teatru.

G teatr
 Teatr zresztą przeżył wojnę, ale – tak jak wiele innych budynków w Gubinie – rozebrano go „na odbudowę Warszawy”.

G Wys. T. huśtawki
Plac zabaw na Wyspie Teatralnej. W moich szkolnych czasach bodaj w tym samym miejscu też znajdowały się huśtawki i kiedyś, gdy poszliśmy na wyspę na wagary, oberwałam taką huśtawką w łeb. Tak przynajmniej twierdzi kolega Mundek W., sprawca (niechcący!) walnięcia. Ja tego kompletnie nie pamiętam, ale co się dziwić, skoro dostałam w głowę.
Na szczęście sporo innych zdarzeń z wyspą w tle pamiętam znacznie lepiej. Na przykład jako niespełna osiemnastolatka piłam tam wino marki jabol, wyprodukowane w Gubinie. Wypiłam tylko dwa łyki, bo mi nie smakowało.

G wyspa ruiny widok na sąd
Kiedyś na to, co za Nysą, mogliśmy sobie tylko popatrzeć przez rzekę. Do Niemiec można obecnie przejść po głównym moście i po mostku wiodącym z Wyspy Teatralnej – dziś Gubin/Guben to euromiasto. Więc przejechałam sobie tym mostkiem na drugą stronę granicznej-już nie granicznej rzeki.
Lecz już w 1972 roku otworzyła się dla mnie i w ogóle dla gubinian i gubenian – w noc sylwestrową 1971/72 otwarto przejście graniczne. Nie mieliśmy wtedy pojęcia o istnieniu Stasi, polityka w ogóle mało nas obchodziła. Zanim w 1989 roku zobaczyłam „prawdziwy” Zachód, najpierw NRD powiała na mnie Zachodem, obfitością towarów w sklepach, smakiem podrabianej dedeerowskiej coca-coli i papryki marynowanej węgierskiej firmy „Globus”, długowłosymi chłopcami w zielonych kurtkach, anglosaską muzyką rockową na tamtejszych tanzabendach i butami „Salamander”.

G Guben gł. ulica
Główna ulica Guben. Na ścianie budynku policji mieścił się, prócz niemieckiego, napis po łużycku: Ludoveje Policije (pisowni już nie jestem pewna). W domu towarowym kupowało się modne buty, francuskie lub włoskie. Gdy zakazano ich przenoszenia przez granicę, szło się po zakup w starych, zostawiało je potem w ustronnym miejscu i wracało w nowych.
W Hobby Bar na tej ulicy jadłam pyszne lody z owocami, a do ajerkoniaku podawano maleńką plastikową łyżeczkę do wyskrobania resztek z dna kieliszka. Dziś w miejscu Hobby  Bar znajduje się Restaurant Athen.

G Guben Volkshaus
Volkshaus. Tam to dopiero były tanzabendy! Przyjeżdżały zespoły z całej NRD i w repertuarze miały muzykę zachodnią. Ale że to „volk”, musiały też zagrać trójkę niemieckich piosenek ludowych czy może narodowych. Na szczęście tylko trójkę – bo ze zdumieniem wysłuchiwałam na przykład „In einem Polenstädchen”, kojarzącą mi się niestety wyłącznie z piosenką wojskową Wehrmachtu. Przy niej oczywiście nie tańczyłam, ale nie przypisuję sobie zasług patriotycznych – po prostu źle się tańczy w takt marsza. Ciekawe, czy i dziś, gdy w Volkshaus (mówiliśmy oczywiście: w Volkshauzie, do Volkshauzu) odbywają się imprezy, nadal obowiązuje ten narodowy wtręt?
Ach, wolę wspominać zespoły dające czadu. Na przykład „Kontrol Dresden” – a może on się pisał przez „c” i dwa „l”? Nie pamiętam. Za to pamiętam w jego wykonaniu „San Francisco Night” grupy Animals, jedną z moich ulubionych piosenek. Jeden z muzyków niemieckiego zespołu miał na imię Hanno. On Hanno, ja Hanna, nawet kiedyś spotkaliśmy się w Dreźnie na kawie i na serwetce napisał mi tekst wierszyka o Fritzu Fischerze łowiącym frische Fische.
Takie głupoty się trzymają mojej głowy! (czy to po tym walnięciu huśtawką?).
Lokal często przez nas odwiedzany to też gubeńskie Uniwersum. Czy jeszcze istnieje? Już nawet nie pamiętam, jak tam trafić (Volkshaus też odnalazłam z trudem), a to przecież było także miejsce udanych potańcówek.

GUBEN chwiejnosc na moscie
Most. Aby tradycji stało się zadość, po sympatycznym spotkaniu w jednej z gubeńskich knajpek (jadłam tam kiedyś pyszną golonkę) tanecznym krokiem wracamy do Gubina. Koniec mojej trasy rowerowej. Jak widać, jesteśmy z Marysią P. ciut rozmazane i powrót był już nie na rowerze, a z rowerem.
Oraz kawałek mnie z nocną Wyspą Teatralną w tle. G wyspa nocą

Ale to jeszcze nie wszystkie moje rowerowe wspomnienia gubińskie. Jeszcze kilka miejsc odwiedzonych w czasie tego wypadu chcę „ocalić od zapomnienia”. A chciałabym znacznie więcej. Może kiedyś napiszę memuary?

G6 Lasek Żenich.
Lasek Żenichowski. Poszliśmy tam całą klasą (ósmą) na pamiętne (przynajmniej dla mnie) wagary z okazji 1 kwietnia. Wcześniej, gdy byłam pierwszaczkiem, odbyła się nad leśnym stawkiem obietnica zuchowa, potem zbiórki harcerskie, ogniska, podchody.
Wiele razy jeździłam tam rowerem, z powodów – już wtedy – sentymentalnych.G7 dąb Dęby jeszcze ogromniejsze niż przed laty, lasek stoi jak stał, choć oczywiście urósł, ale tuż obok nowość (to znaczy dla mnie nowość): boisko drużyny piłkarskiej „Żenisz”.

G8 ogrodnictwo
Do Lasku Żenichowskiego jechało się ulicą Racławicką, potem przez pola. W ogrodnictwie na Racławickiej kupowałam kwiaty doniczkowe dla mamy z okazji jej imienin i Dnia Kobiet…

G4 Lubica kąpiele
Lubica raz jeszcze. Ukochana rzeka mojego dzieciństwa. Wtedy rzeka, dziś rzeczka zaledwie. Miała kilka fajnych miejsc kąpielowych, na przykład Szumiący Mostek. Niestety ode mnie daleko, więc zawędrowałam tam (też w ósmej klasie) tylko raz.
Znacznie bliżej głębsze miejsce do kąpieli (chłopcy nawet skakali tam na główkę) znajdowało się pod skarpą w pobliżu Stawu Budy. Skąd taka nazwa, nie wiem, może właściciel stawu nazywał się Buda? Ale czy w PRL można było mieć prywatne stawy?

G5 staw Budy
Staw Budy. Kiedyś omal w nim nie utonęłam – zimą, gdy załamał się pode mną lód.

Ruski Staw
Jeszcze jeden gubiński staw (fotografia nie jest moja, tylko gubińskiego KOŁA PZW nr 1).
Ruski Staw.
Nie znam jego historii przedwojennej, czy była to czyjaś prywatna rezydencja, czy ogólnodostępny piękny obiekt rekreacyjny?
Po wojnie, co wiem od Jurka P., stacjonowali tam żołnierze Armii Radzieckiej, ich komandir zajął piękny budynek, a czerwonoarmiejcy w bunkrach strzegli obiektu. Kiedy opuszczali to miejsce, wysadzili wszystko w powietrze. Jeszcze w czasie ich bytności nad stawem bawiły się polskie dzieci, a do miejsca na zawsze przylgnęła nazwa Ruski Staw. Potem przez jakiś czas dla mieszkańców pobliskich ulic – Śląskiej, Kołłątaja, Legnickiej, miejsce to pełniło funkcję kąpieliska, dla nas jednak, ze Słowackiego, zbyt odległego – no i mieliśmy przecież swoją Lubicę. Więc nad Ruskim Stawem byłam tylko raz, nie pamiętam z kim, nie pamiętam po co.

I oto 13 sierpnia 2016 na finał moich gubińskich wojaży… Jeszcze gdy to piszę, papa mi się śmieje. W ciepłą sierpniową noc, w krzakach przy jakimś murku – resztce dawnej zabudowy – obok którego stanął mój rower, w sympatycznym towarzystwie męsko-damskim
NAD RUSKIM STAWEM PIŁAM WINO.
Jak przed laty, w gubińskim plenerze na wyspie. Tylko już nie wino marki „Wino”, a „Egri Bikaver”. Ze „szkła” w postaci plastikowych kubków, nieznanych w dawnych czasach. Humory zaś i chichoty – jak za młodu…

Czyż można sobie wyobrazić lepsze zakończenie?

17 sierpnia 2016.

Reklamy

2 thoughts on “MÓJ GUBIN

  1. Ciekawam, jakim głosikiem odczytałaś wierszyk czwartoklasistom – różnił się choć troszkę od obecnego? 😀
    Haniu, przepiękne wspomnienia. Do Gubina prawdopodobnie nigdy nie zawitam, chyba że w trasie Londyn – Poznań… A dzięki Tobie już tam byłam.
    Jesteś stworzona do pisania memuarów. Więc je pisz, nie kryguj się i nie zwlekaj.
    A ja poproszę męża, żeby mnie przy okazji walnął huśtawką w łeb. Bo jeśli miałabym mieć w efekcie taką pamięć jak Ty, to się opłaca 😀 😀 😀
    Dzięki za fajną popołudniową lekurkę ❤

    • Głosik bez wątpienia był jeszcze bardziej dziecinny. I zapewne trochę drżący z emocji.
      Dziękuję, Zuz, za miły komentarz. Co do memuarów, chyba już nimi jest to moje wspominanie na blogu historii minionych, pisanie z potrzeby serca, a nie tylko dla rozciągania mózgu. Zapędy grafomańskie pomijam. 😉 Nie kryguję się!

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s