WYŻEJ LALI NIE PODSKOCZĘ

Zaprawialiśmy dziś ogórki. W czerwcu! Tego jeszcze w kinie nie grali. W sierpniu, potem przez sporo ostatnich lat w lipcu, żeby mieć to załatwione przed wyjazdem na spływ, to rozumiem, ale żeby w czerwcu? Wszystko takie przyspieszone, na przykład na św. Jana nie było już truskawek! Cuda wianki. Zresztą wianków (świętojańskich) też nie było, ani żadnych sobótek, bo magistrat wszystkie siły rzuca teraz na festiwal Wisłockiej (6 -8 lipca).

Dzień tak czy siak znów się zaczął skracać (za szybko! czemu to się dzieje tak szybko, co roku szybciej?), „ogórki w słojach się kiszą, wąsy nad kuflami wiszą”, a ja, całkiem jak ten ogórek – też u Gałczyńskiego – nie śpiewam. Zajmuję się głównie korektą cudzych tekstów, sama co najwyżej czasem coś blognę. A i tak w komentarzach do zatwierdzenia pojawia mi się jeno spam w języku angielskim, przedwczoraj aż 11 sztuk, wczoraj 4, dziś już 2, w zatwierdzaniu korzystam więc wyłącznie z opcji „Usuń na zawsze”.

I tak to raz słoneczko, raz chmurka (ale wciąż bez deszczu! Niemen nie puszcza, burze idą na Świerzawę i u nas jest susza przestraszliwa), a niespamowcy przechodzą koło mnie obojętnie,  jak koło niejednego ogórka. Lecz o co mieć pretensje, gdy ogórek nie całkiem kształtny?

Nawet mi fejsbuk w mojej grupie JMTPT (do której już prawie nie zaglądam) nie wiedzieć jakim sposobem wygrzebał wpis sprzed dwóch lat, który opatrzyłam nagłówkiem „Samousprawiedliwienia pisarskiego lenia”. Dwa lata przeminęły tak szybko jak tegoroczne truskawki, a ja już nawet samousprawiedliwień nie stosuję. Pisarstwa twórczego (względnie tfuuurczego) nie stosuję tym bardziej. Jak mam tworzyć, skoro leń rozrasta się we mnie niczym perz (albo wszechobecny w naszym tegorocznym trawniku bluszczyk kurdybanek), a przede wszystkim mam pełną świadomość, że wyżej wiadomo czego nie podskoczę? Bo skoro „ogórek nie śpiewa i to o żadnej porze, to widać z woli nieba prawdopodobnie nie może”. Zaś z wolą nieba się zawsze zgadzać trzeba.

Czytam „Lalę” Jacka Dehnela. Lala. Tak kiedyś mówiono w wielu rodzinach na dziewczynki, nawet jeśli były Helenami lub Teresami. Gdy byłam dzieckiem jeszcze niechodzącym do szkoły, na mojej ulicy znajdował się sąd. W pięknym poniemieckim budynku na parterze mieściła się sala sądowa, a na wyższych piętrach pewnie jakieś biura, no i mieszkał tam sędzia z rodziną. Jego córeczka, moja rówieśnica, miała na imię Teresa, lecz w domu mówili na nią Lala, a jeszcze częściej Laluchna. Od tej Laluchny, gdy kiedyś bawiłyśmy się na moim podwórku, dostałam do spróbowania amerykańską gumę do żucia. Laluchna wyjęła ją z ust, żebym sobie przez chwilę pożuła, co wykonałam bez specjalnego obrzydzenia, tak byłam ciekawa tego smaku – choć z lekka przeżuty, nadal był mocno miętowy. Chyba mieli tę gumę z amerykańskiej paczki, bo i skąd? Wtedy w Polsce gumę do żucia propaganda wyszydzała jako atrybut imperialisty.

Laluchna z rodziną krótko potem wyprowadziła się z Gubina, gdy powiat przeniesiono do Krosna Odrz. i sąd przestał istnieć. Lecz po latach jej ksywką ochrzciłyśmy wraz z koleżankami całkiem inną dziewczynę, bo też miała na imię Teresa i z urody nawet była do swego „pierwowzoru” trochę podobna…

Książkę Dehnela czytam dopiero teraz (dostałam w prezencie od Zuzy), choć już od lat jest okrzyczana i sławna. „Lala” skrzy się diamentami i wyrafinowanymi perełkami – anegdot, erudycji, humoru, pięknej polszczyzny, a i  staroświecczyzny, takiej w najlepszym guście. Znać rasę i klasę. Aż trudno uwierzyć, że tak potrafił napisać młodzieniec zaledwie dwudziestodwuletni (który w dodatku debiutował drukiem jako dziewiętnastolatek). Cóż to jednak dziwnego, gdy się ma takie geny – po salonowych, nierzadko utytułowanych, a głównie artystycznych i nieco szalonych przodkach. Znów mi się przypomina, jak w czasach licealnych Małgocha żałowała, że nie jest przynajmniej z nauczycielskiego domu, pełnego książek i rozmów przy stole, na wysokim poziomie, rzecz jasna. A cóż miałabym powiedzieć ja, córka elektromontera po siedmiu klasach i krawcowej przyuczonej do zawodu recepcjonistki? Niech mi Pelunia – zwłaszcza ona – wybaczy, rodzice byli kochani, lecz w domu mieli tylko jedną małą etażerkę z książkami, a rozmowy, niekoniecznie przy stole, dotyczyły szarej prozy codziennego życia. Dopiero gdy jako nastolatka dostałam swój pokój z meblem zwanym biblioteczką, zaczęła się ona trochę zapełniać. Pamiętam, jak poprosiłam mamę, żeby mi dała pieniądze na zakup encyklopedii w gubińskiej księgarni (bo właśnie „rzucili”) i potem dumna wracałam przez miasto, wolno, żeby mnie jak najwięcej ludzi widziało z tym grubym tomem pod pachą…

Owszem, książek przeczytałam mnóstwo. Owszem, mam dziś regał z książkami na całą ścianę. Lecz na mnie nie pracowały pokolenia erudytów i ekscentryków z dyplomami wyższych uczelni. Choćbym nawet chciała, wyżej „Lali”  nie podskoczę. Talentu, jak ten ogórek z wiersza Konstantego Ildefonsa, nie mam za wiele, a pracowitości i ambicji wcale. Przyjmuję to z pokorą i nawet nie „pragnę gorąco, jak dotąd nikt, jak skowronek” i nocami nie przelewam  zielonych łez.

 

Jedynie – czytając  o Lali, jeszcze bardziej tęsknię za Pelą.

 

PS – Ale numer! Czyżby wujek Google podglądał mnie podczas pisania? Właśnie, kończąc ten tekst, usłyszałam w radiu, że 26 czerwca sprzedano… pierwszą gumę do żucia! Czyli dziś jest jakaś rocznica, tylko nie wiem, która, bo nie dosłyszałam, w którym to było roku. W każdym razie w tysiąc osiemset którymś. 😀

 

26 czerwca 2018.

 

Reklamy

7 komentarzy do “WYŻEJ LALI NIE PODSKOCZĘ

  1. Hanno, arystokracja ducha od ew. zasług przodków niezależna więc nie narzekaj. Boć „i vice versa , naprzeciw” zdarzyć się może, jak śpiewali Vicewersowie Dzicy. 😉 A „Lala” istotnie rozkoszna w czytaniu, polszczyzna krystaliczna choć może pod koniec już trochę nuży ale i powojenne losy rodziny zdecydowanie mniej egzotyczne. Czy masz to drugie, rozszerzone wydanie?

    • Tak, mam to drugie. Ze zdjęciami i drzewem genealogicznym. Jeszcze nie doszłam do powojnia, więc nadal nieznużonam i rozkoszuję się.
      Arystokracja ducha, powiadasz? Jakoś, bez oranżerii i melonów, które zresztą i tak nie smakowały Mościckiemu, trudno mi to sobie wyobrazić. 😀
      A ciekawam, czy jest np. middle class ducha albo rzemieślnicy ducha, bo tu ewentualnie bym aspirowała. 😉

  2. 26 czerwca 1974 – pierwszy, oznaczony kodem kreskowym Universal Product Code (UPC), towar przechodzi przez kasę w domu towarowym Marsh w Troy, w hrabstwie Miami, w stanie Ohio. Towarem tym był multipak gumy do żucia „Wrigley’s Juicy Fruit”
    To z Wikipedii – tak więc guma do żucia była pierwsza, ale to nie ta od „Panny Lali” z Twojego tekstu.
    Łączę wyrazy szacunku – Jan

  3. Ale tu tłumy!!! 😀

    Kierowałam się opowieścią Jacka o babce, barwną i wciągającą. Oraz emocjami tłumaczki, która też była obecna na londyńskim spotkaniu – wychwalała pod niebiosa humor, humor i jeszcze raz humor Dehnela. Osobiście doradzałam Ci zacząć od Szymiczkowej. Ale Ty zawsze swoje! 😉

    Na mnie mówili Ryba, i to do wczesnych studiów. Dość irytujące. Lala też by mnie chyba wkurzała, zresztą nigdy ze mnie lala nie była. Gumy żułam mało, za to teraz, będąc Rybą niemalże pięćdziesięcioletnią i pragnąc wyglądać odrobinę jak Lala, żuję odchudzająco. Do Lubniewic zabiorę z pół walizki, skoro już po truskawkach, które mało tuczą. U nas szkockie się dopiero rozkręcają.

    Dzięki, Janie, czuję się uświadomiona – że dokładnie 26 lat po publikacji „Loterii” Shirley Jackson skasowano i (prawdopodobnie) zżuto pierwszą na świecie gumę. 😀

    Podpisując się pod powyższym – użyję określenia „Zuza – proletariuszka ducha”! 😀 😀 😀

    A Ty nie narzekaj na pochodzenie czy brak lajków/komentów (takie czasy, Pani miła, takie czasy), nie wykręcaj się lenistwem, tylko inspiruj nas dalej! ❤

    • Ryba??? A skąd oni to wytrzasnęli?! Tylko z powodu, że uwielbiam ryby jeść, nawet ościste, jakoś to przełknę. 😉
      Szymiczkowa czeka. Właśnie po „humorze, humorze i jeszcze raz humorze” „Lali” na nią nabieram smaku. Tzn. na nie, bo mam wszak Szymiczkowe dwie! 😀
      O tej Shirley nadal tylko tyle wiem, co z Wiki. A poza wszystkim – liczba 26 fajna jest. 🙂

    • Czy Zuzanno mam sądzić, że użyłaś tej najdawniejszej , pierwotnej definicji proletariusza, co to podatków nie płaci, otrzymuje bezpłatne jedzenie i za igrzyska takoż nie uiszcza? Ach, zazdraszczam w każdym aspekcie. Tyle tylko, że nieodparcie kołacze mi się w tym przypadku taka asocjacja- francuski komunizm . Równie utopijny. Więc nie kokietuj.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s