Z PELUNIĄ W GÓRACH

przed wojnaW czasie wakacji, gdy zdałam do piątej klasy, pojechałam z mamą na wczasy w góry. To były moje pierwsze wczasy, potem na takie Pelunia zabierała mnie jeszcze kilkakrotnie.

Dom wczasowy, do którego miałyśmy skierowanie, znajdował się w Piechowicach na Dolnym Śląsku – tylko tyle Pelunia wiedziała na początek, bo choć jeździła wcześniej do górskich sanatoriów, w Karkonoszach nie była nigdy.
Najpierw, korzystając z okazji, że znajdziemy się tak blisko zamieszkałej na Dolnym Śląsku rodziny, zajechałyśmy pociągiem (chyba z przesiadką? W Czerwieńsku lub w Zielonej Górze) do Jaworzyny Śląskiej, w odwiedziny do wujostwa. Czyli do brata Peluni, Kazimierza, na którego mówili Kaju, jego siostry Wandy i ich córki, a mojej ulubionej kuzynki – Alicji.
Po przenocowaniu w Jaworzynie odbyłyśmy nazajutrz drugą część podróży. Pociągiem? Autobusem? Tego już nie pamiętam.

W Piechowicach Pelunia zaczęła się rozpytywać o drogę do domu wczasowego. Adres głosił, że znajduje się on na ulicy Wczasowej, więc sądziłyśmy, że to gdzieś w miejscowości, może blisko centrum. Okazało się jednak, że czekała nas długa wędrówka. Droga biegła początkowo po dość płaskim terenie, lecz gdy skończyły się ostatnie zabudowania, zaczęła się piąć stromo w górę, wśród wysokich świerków i porośniętych mchem kamieni.
Dziś pewnie widziałabym to inaczej, ale wtedy góra wydawała mi się ogromna, a trasa naszej wspinaczki ciągnęła się w nieskończoność. Był gorący dzień, nawet wśród drzew upał dawał nam się we znaki. Szłam z mamą, a ona z ciężką walizą, przystawałyśmy raz po raz, by odpocząć, nie potrafiąc nawet się cieszyć pięknem górskich widoków.
Pelunia w końcu zwątpiła, czy idziemy właściwą drogą, na szczęście wtedy pojawił się na niej jakiś chłopak, który nas uspokoił, że nie zabłądziłyśmy i pomógł Peluni dźwigać walizę.
Wreszcie naszym oczom ukazał się dom wczasowy. Wyglądał jak pałac z wysoką wieżą, takie było moje pierwsze wrażenie. Wówczas był to ośrodek FWP o nazwie DW „Uroczysko”. Tak wyglądał w czasach, gdy znalazłyśmy się tam z mamą:

uroczysko FWP Teraz znajduję w internecie sporo zdjęć i informacji o nim. Został wybudowany pod koniec XIX wieku, aż do końca II wojny światowej nazywał się „Wilhemshöhe”. Dziś, po upadku FWP, znalazłam jeszcze jedną nazwę: „Jastrzębie Gniazdo”. Nie wiem, która jest obowiązująca, bo „Uroczysko”, choć już nie FWP-owskie, funkcjonuje również.

Mnie nazwa „Uroczysko” podoba się najbardziej. Brzmi romantycznie i tajemniczo, i tak też zapamiętałam budynek, w którym spędziłam dwa szczęśliwe tygodnie, pełen tajemniczych zakamarków, starych boazerii, skrzypiących podłóg, drzwi i szaf…
W budynku znajdował się też obszerny balkon, na którym ustawiono stoły do bilarda i gry w piłkarzyki (musiał to być turnus dla rodziców z dziećmi, bo dzieci tam było sporo). I w tej grze, która nam, wczasowym dzieciakom, urozmaicała czas w chłodniejsze dni, pogniotłam niejedną piłeczkę pingpongową.
W jadalni Pelunia i ja miałyśmy wspólny stolik z przybyłymi z Warszawy panią Reginą i jej synem Jackiem. Pani Regina była lekarzem pediatrą, w późniejszych latach chyba współpracownicą „Kobiety i Życia”, bo czytałam tam kilka jej felietonów z poradami. Jacek, o rok starszy ode mnie, był chłopcem dość tęgim (w każdym razie przy mnie, chudzielcu, tak wyglądał) i czasem lubił się mądrzyć, ale dogadywaliśmy się i miałam w nim dobrego kompana i towarzysza zabaw. Korespondowaliśmy potem, z przerwami, przez długie lata, nawet odwiedził mnie dwukrotnie i ja raz byłam u niego w Warszawie, ostatnie wieści mam z lat osiemdziesiątych, że się ożenił i ma dwóch synów, już wtedy ja też byłam mężatką i matką, potem kontakt się urwał.
Prócz Jacka moją koleżanką na wczasach była Ewa, młodsza ode mnie o rok. IMG_0003 Na zdjęciu Jacek stoi między nami, Ewą i mną. Ja to ta w jasnej sukience – najpiękniejszej sukience mojego dzieciństwa. Z paczki z NRF-u! Dostałam ją od bliskiej znajomej mojej mamy, pani Kwiatkowskiej, która miała w Niemczech rodzinę.
Czasem w naszych zabawach uczestniczyło dwóch maluchów, synków jednej pani z okolic Poznania – Swarzędza? Kościana? Też już nie pamiętam. Ta pani i Pelunia, obie Wielkopolanki, dobrze się z sobą dogadywały. Pamiętam jej poznański akcent, dużo silniejszy, niż Peluni, nawet te maluchy mówiły z takim zaśpiewem.IMG_0002
Któregoś dnia wybraliśmy się do Piechowic, mama ze mną i ta pani z dziećmi. Droga w dół, a nawet powrotna w górę, ale bez walizki, nie wydawała się już taka straszna. W sklepie spożywczym zakupione zostały jakieś słodycze, wśród nich – blok. To był taki PRL-owski wynalazek, kawałki pokruszonych ciastek i orzeszków zatopione w słodkiej, lepiącej się do zębów masie. Na ladzie sklepowej znajdowała się także inna pokusa: marmolada. Pelunia smażyła różne dżemy i powidła, więc nie musiała się wspomagać kupowanymi – ale marmolady nie jadłam nigdy wcześniej. Wyglądała jak wiśniowoczerwona bryła lodu lub kawał stojącej na baczność kolorowej galarety, kręciło się koło niej mnóstwo os i ekspedientka musiała je co chwila odganiać. Miałam niczym te osy ochotę na spróbowanie tego cudu, więc Pelunia kupiła mi kawałeczek – sprzedawczyni odkroiła go wielkim nożem, zważyła i owinęła w papier. Na ulicy, zaraz po wyjściu ze sklepu, odgryzłam spory kęs. Eee, nie smakowało mi to! Nie pamiętam, co się stało z resztą, może wylądowała w śmietniku.
Z Jackiem i jego mamą byliśmy kiedyś na basenie – nie pamiętam, w jakiej miejscowości, bo chyba nie w Piechowicach. Odkrytym, niezbyt dużym – ale dało się w nim pływać. Pływać już umiałam, nauczyłam się rok wcześniej, na koloniach.
Jacek poinformował mnie, że na pływalniach w Warszawie sypią do wody specjalny proszek i jeśli by się zrobiło w basenie siusiu, zaraz koło sprawcy pojawi się różowa plama i wyda się, co zrobił. Nie zamierzałam sikać do basenu! Ale potem przez całe lata na różnych pływalniach z rozbawieniem przypominałam sobie tę Jacka przestrogę.
Wczasowiczom „Uroczyska” organizowano wycieczki, dzięki czemu mogłyśmy z Pelunią poznać różne atrakcje Karkonoszy. Jedna z tras wiodła do słynnych karkonoskich wodospadów, Szklarki i Kamieńczyka.
Gdy szlakiem lekko pnącym się w górę wzdłuż Szklarki nasza grupa dotarła do wodospadu, jeden z uczestników wycieczki wyraził ubolewanie, że nie można napić się górskiej źródlanej wody, chciał nawet podejść blisko i napełnić butelkę, ale przewodnik surowo tego zabronił.
Kiedy wracaliśmy do autobusu, Jacek oznajmił mi:
– Ludzie myślą, że ta woda jest taka czysta, a gdyby ją zobaczyli pod mikroskopem, dopiero by się przerazili, ile w niej jest różnych żyjątek i zarazków.
No tak, był synem lekarki, znał się na zarazkach. Musiałam mu wierzyć, choć też miałam ochotę na spróbowanie źródlanej wody.
Nad Kamieńczykiem już nikt nie próbował zaczerpnąć górskiej wody. Z podziwem przyglądaliśmy się wodospadowi, wydawał mi się ogromny i nieskończony, jego szum zagłuszał nasze słowa. Na zdjęciu z Kamieńczykiem w tle siedzę przytulona do mamy, w dresowej bluzie, spodniach rybaczkach, strasznie „pokorbolonych” wokół kostek skarpetkach i włosach uczesanych w kitki. Obie się uśmiechamy, patrząc w obiektyw.Kamieńczyk
Najmilej wspominam wjazd wyciągiem na Szrenicę, do dziś pamiętam stację pośrednią i przesiadkę na niej, więc to chyba był ten sam wyciąg, który kursuje do dziś. Kiedy kilka dni temu wjeżdżaliśmy nim na szczyt, nie czułam się najlepiej z powodu lęku wysokości, ale wtedy, jako dziecko, nie miałam żadnych lęków, wręcz Pelunia musiała mnie pilnować, żebym się zanadto nie wierciła na krzesełku. Był piękny, słoneczny dzień i wspaniała widoczność, co chwilę wydawałam okrzyki zachwytu. Do schroniska na szczycie Szrenicy trzeba się było wspiąć po kamiennej dróżce, a potem siedzieliśmy w tamtejszej restauracji i z okien spoglądaliśmy w dół.
Nie przypominam sobie spaceru w pobliżu szczytu, ale z pewnością musiał się odbyć, bo mam zdjęcie, na którym z Jackiem siedzimy na jakiejś wysokiej skale. Może to były Końskie Łby?IMG_0001
Chyba musiało na szczycie mocno wiać, bo mam chusteczkę na głowie.

… W góry jeździłam potem wielokrotnie, przewędrowałam sporo szlaków. Gdy teraz, przed paroma dniami, znalazłam się znowu w dobrze mi znanych miejscach, każdego dnia wracało jakieś wspomnienie z tamtego mojego z Pelunią pierwszego w górach pobytu.
Moja Pelunia wędruje teraz po innych (mam nadzieję, że niebiańskich) szlakach, ale podczas ostatniego weekendu była w Karkonoszach ze mną.

14 paźdz. 2014.

2

 

5 thoughts on “Z PELUNIĄ W GÓRACH

  1. Powiem krótko, bo biegnę do pracy. Przeczytałam raz jeszcze. Faktycznie warte rozbudowania, Nasze wspomnienia za chwilę będą trudne do zidentyfikowania, nie ma na co czekać. Do dzieła Hanko.

  2. O proszę, tym bardziej warto. Jak już książka zostanie wydana – doczytam.
    Mnie ujęło takie dalekie odniesienie, które przypomniało mi moje bardzo wczesne lata w Babimoście.
    A te zdjęcia! Nie uciekłaś daleko od swoich dziecięcych uśmiechów.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s