ZNAD ARIANKI

To jest tytuł mojego kącika w „Inspiracjach”, w których Gienek Kurzawa, Naczelny, wymyślił mi stanowisko felietonistki. I tenże tytuł zatwierdziłł, gdy kazał mi jakoś kącik nazwać, a ja nie miałam lepszego pomysłu niż ten: „Znad Arianki”.

W „Inspiracjach” ukazało się już parę moich tekstów. W tym w kąciku felietonowym – dwa (obydwa wzięte stąd, blogowe – o Małym Księciu, który zniknął z mej książeczki kart – „Gdzie jesteś, Mały Książę”, i o właścicielach psa, których niesłusznie posądziłam o brak torebki – „Ufff”). Kolejne dwa felietony, jakie czekają, aż będzie można wydrukować nowy numer czasopisma (pandemia!), to już nowe teksty, specjalnie dla „Inspiracji” napisane. Dodam, że z inspiracji Redaktora, który mi podsunął pomysły. Już od miesiąca albo i dłużej tak sobie czekają, więc na razie zamieszczam je tu.

KONSTANTY ILDEFONS GAŁCZYŃSKI NA ZIEMI LUBUSKIEJ

Tytuł jest przewrotny. Na temat pobytu Gałczyńskiego na Ziemi Lubuskiej nic mi nie wiadomo. Owszem, czas jakiś mieszkał na tzw. Ziemiach Odzyskanych – dość krótko, w Szczecinie, w r. 1948 (tamże napisał m.in.: „Dobrze mi tu. I wieje wiatr od Odry,/ odurzający i zwycięski jak nadzieja”). Czy jednak, po sąsiedzku, zahaczył także o Zieloną Górę? Czy może, już po powrocie do Warszawy, odwiedził choć raz powstałe w r. 1950 ówczesne województwo zielonogórskie? Czy był tu na przykład na jakimś spotkaniu autorskim? Nie wiem.
Mimo to chcę napisać o paru śladach „bytności” Gałczyńskiego na naszym terenie. Nie fizycznie. W sercach lubuskich czytelników. Zapewne wielu z nich zna na pamięć jego wiersze, uczestniczyło kiedyś w akademiach „ku czci”, śpiewało, jak wszyscy Polacy, „Ukochany kraj, umiłowany kraj, ukochane i miasta i wioski”…
Fanką poety stałam się głównie z powodu konkursów recytatorskich i akademii szkolnych, na których recytowałam jego wiersze, a potem zachwyciłam się „całokształtem”. Ta miłość zaowocowała w późniejszych latach, gdy najpierw dzięki znajomości twórczości Gałczyńskiego dostałam się na studia, a potem pisałam o jego poezji pracę magisterską, zaś mój promotor nazwał mnie „najdalej na zachód wysuniętą gałczynistką w Polsce” (studiowałam w Zielonej Górze, a na stałe mieszkałam wtedy w Gubinie, stąd ten „zachód”).

Razu jednego Gałczyński zaznaczył się na mapie naukowo-artystycznej Zielonej Góry. Było to w roku 1973 – drugim roku moich studiów.
Wydział Humanistyczny mojej uczelni (ówczesna Wyższa Szkoła Nauczycielska), ze szczególnym udziałem Zakładu Filologii Polskiej, organizował uroczystą sesję z okazji dwudziestej rocznicy śmierci Konstantego Ildefonsa (twórca „Zaczarowanej dorożki” zmarł 5 grudnia 1953). Jako gościa honorowego zaproszono oczywiście żonę poety, Natalię, i już się zasadzałam na jej autograf w zbiorku „Poezji”, niestety z powodu choroby nie przyjechała. Za to przybył prof. Andrzej Drawicz. Jego książkę o Gałczyńskim krótko przed tą sesją kupiłam w księgarni na deptaku (choć ów deptakiem chyba jeszcze nie był…). W ciasnych wtedy salach (salkach raczej) wykładowych WSN na pl. Słowiańskim – wszak budynki obecnego UZ znajdowały się wówczas zaledwie na etapie wykopów budowlanych – odbyły się debaty naukowe, wykłady, referaty… To pamiętam jak przez mgłę, o wiele lepiej część artystyczną tych obchodów, bo w niej uczestniczyłam.
Inscenizację „Wita Stwosza” przygotowała z grupą studentów aktorka zielonogórskiego (potem gorzowskiego) teatru Ludwina Nowicka. Przez długie lata pani Ludwina pracowała z młodymi ludźmi, prowadząc młodzieżowe teatry i warsztaty, mogę się więc pochwalić, że i ja byłam jedną z jej podopiecznych. Na moim roku prowadziła zajęcia z kultury żywego słowa i to pod jej kierunkiem przygotowywaliśmy się do występu. Ćwiczenia odbywały się w domu kultury – w pięknej, przypominającej pałacyk willi na ul. Sienkiewicza (obecnie siedziba RCAK). Do dziś mam w uszach skrzypienie parkietów w tym budynku i charakterystyczny głos pani Ludwiny. Inscenizacja „Wita Stwosza” według jej koncepcji zawierała sporo recytacji zbiorowych, ale i coś w rodzaju podziału na role. Ponieważ w naszej grupie teatralnej były same dziewczyny, rozkazała nam przyprowadzić choć jednego chłopaka – na następne spotkanie jedna z koleżanek przyszła więc ze swoim ukochanym i to on był w przedstawieniu Witem Stwoszem.
Ludwina Nowicka również uświetniła część artystyczną sesji swoim występem. Oglądałam go – był to rodzaj monodramu – z góry, z balkonu (a może z loży? gdzie? w teatrze? ach, ta zawodna pamięć!). Przejmująco recytowała poemat „Niobe”, punktowy reflektor wydobywał z ciemności postać aktorki w czarnej sukni, wciąż słyszę wypowiadane przez nią słowa, zawsze robiące na mnie ogromne wrażenie:

„Nieforemna, niewesoła,
dzień i noc nad brzegiem morza
stoi w skałę przemieniona —

biedna córa Tantalowa,
biedna żona Amfionowa,
Niobe, nieszczęsna rodzica,

siedmiu synów, siedem córek,
Diana z Apollonem z łuku
rozstrzelali jej o świcie.

Wokół pustka bezroślinna,
żadnych świateł elektrycznych,
na kamieniu stoi kamień.

Niebo zimno patrzy w Niobe,
ciemna chmura błyska spodem
woda kamień ochlapuje.”

A gdzie pokazaliśmy inscenizację „Wita Stwosza”? Tu już mam większą pewność: na scenie zielonogórskiej filharmonii. Ja w rozpisanym na wiele głosów tekście poematu miałam do zaprezentowania sporo fragmentów, najważniejszym była słynna „Piosenka o Wicie Stwoszu”. Dla powtarzających się jak refren wersów „Synku, niebo się chmurzy, zasłonię cię od burzy” pani Nowicka wymyśliła mi całą kreację aktorską, od młodej radosnej matki, która nawet burzę przyjmuje z uśmiechem, bo wie, że obroni przed nią swoje maleństwo – aż po przepełnioną bólem i trwogą matkę rzeźbiarza, którego wielkości nie jest już w stanie pojąć, i którego losem jest mordęga i zawikłanie życiowych dróg. Pomysłem pani Ludwiny było też zainscenizowanie tego fragmentu poematu na podobieństwo grupy figur z centralnej części Ołtarza Mariackiego, będącego przecież dziełem Stwosza. Gdy wypowiadałam ostatnie urwane „Synku – ”, miałam lekko słaniać się, opadać z opuszczonymi bezwładnie dłońmi, podtrzymywana przez kolegę, który w inscenizacji był Witem – niczym Matka Boska na ołtarzu, podtrzymywana przez świętego Jana. Ćwiczyliśmy to wielokrotnie na próbach i efekt był całkiem udany. W każdym razie wspomniany już profesor Andrzej Drawicz, do którego wystartowałam potem z jego książką o Gałczyńskim z prośbą o autograf, napisał mi (mam nadzieję, że nie tylko z grzeczności): „Pani Hannie Bilińskiej z podziękowaniem za bardzo piękną recytację «Wita Stwosza»” (pod spodem data: 18 XII 1973).

W „Io sono un poeta” napisałam o pobycie Gałczyńskiego w stalagu Altengrabow koło Magdeburga – przez krótki czas prowadził tam dziennik. Wśród jeńców tego obozu, jak się niedawno dowiedziałam, znalazł się też późniejszy mieszkaniec Pomorska nad Odrą Mikołaj Zubik (ur. 13. 01. 1911. we wsi Bedrykowce w pow. Zaleszczyki, zm. w r. 1990), działacz społeczny, autor pamiętników, uczestnik konkursów literackich. Jego wspomnienia opublikowane zostały na internetowych stronach blogu „Sycowice. Historyczny blog o Sycowicach i okolicy”.
Mikołaj Zubik po wojennej tułaczce w Kraju Rad został wcielony do 1 Dywizji im. T. Kościuszki. Brał udział w bitwie pod Lenino, został ranny, dostał się do niewoli niemieckiej. Jeńców po pewnym czasie przewieziono do Rzeszy i tym sposobem pan Mikołaj trafił do Altengrabow. Oddajmy mu głos:
„W obozie zawarłem wiele znajomości, ze szczególnym sentymentem wspominam Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego. Był to wspaniały człowiek i kolega, skromny i spokojny. Interesowała go nasza Dywizja, życie, nastroje żołnierzy. Na pytanie, gdzie pójdzie po wojnie, Konstanty odpowiedział mi: Ojczyznę cenię ponad wszystko i bez względu na to, jaki ustrój będzie u nas po wojnie, ja wrócę do ukochanej Warszawy. Czekaliśmy końca wojny, wiedzieliśmy że to już kwestia miesięcy. Aby czas szybciej mijał graliśmy z Francuzami w siatkówkę i piłkę nożną. Mieliśmy również teatr, w którym sami graliśmy. Wśród nas był znakomity francuski komik – Fernandel. Sam jego wygląd, spojrzenie, uśmiech rozśmieszał. Oto jedna scena z przedstawienia granego w baraku-teatrze. Aktorami byli sami mężczyźni znakomicie ucharakteryzowani na kobiety. Podczas tego przedstawienia nie obeszło się bez pana Gałczyńskiego. Recytował on wtedy swój wiersz pt. «Dwie flagi»”.
Po zakończeniu wojny Mikołaj Zubik znalazł się w poznańskim szpitalu, a o tym, w jaki sposób trafił do Pomorska, tak napisał: „W szpitalu poznałem pana Goleńczaka. Ojciec jego wyjechał na Ziemie Odzyskane i osiedlił się w Pomorsku. Goleńczak zaproponował, abyśmy po opuszczeniu szpitala pojechali na Zachód. 15 lipca 1945 r. wypisano mnie ze szpitala i za aprobatą «Puru» wyjechaliśmy na Ziemie Odzyskane, nie szukając większego szczęścia – bo samo przeżycie straszliwej wojny już nim było.” http://sycowice.eu/index.php/2016/03/13/wspomnienia-mikolaja-zubika-cz-vii-niemiecka-niewola/

Przy okazji ciekawostka, jak różnią się związane z Gałczyńskim wspomnienia Mikołaja Zubika i Bogdana Kruszony (o tych drugich – w tekście „Io sono un poeta”). M. Zubik pisze o autorze „Pieśni o fladze” z szacunkiem i sympatią, a wg relacji B. Kruszony współwięźniowie traktowali poetę lekceważąco, a jego zapiski nazwali „bełkotem”. Ciekawe, jaka była prawda. Pewnie gdzieś pośrodku.

JAK TO NA WSN BYŁO…

Nauczycielom w PRL-u miała najpierw wystarczyć edukacja zdobyta w liceach pedagogicznych, a co najwyżej w SN-ach (SN – Studium Nauczycielskie), lecz pod koniec lat 60. XX w. wymyślono, że jednak kadra oświatowa winna być bardziej wykształcona, i powołano do życia WSN-y (Wyższe Szkoły Nauczycielskie). Czyli coś w rodzaju dzisiejszych trzyletnich studiów licencjackich (wtedy zwanych dyplomowymi), po których wprowadzono dwuletnie studia magisterskie. Tyle że oznaczało to podwójną robotę: najpierw pisanie i obrona pracy dyplomowej, potem to samo z pracą magisterską.
Zielonogórska Wyższa Szkoła Nauczycielska wystartowała jako jedna z ostatnich w Polsce, w roku 1971. Ja rozpoczęłam naukę w niej rok później. Do Zielonej Góry z Gubina, skąd pochodziłam, miałam na tyle daleko, by już w pełni poczuć się dorosłą i wyrwaną spod rodzicielskich skrzydeł – i na tyle blisko, by móc na weekendy jeździć do domu po aprowizację. Na uczelni, zaledwie dwurocznikowej i trzywydziałowej, też zresztą było jak w domu. Nawet żartowaliśmy, że to taka „szkółka parafialna”, bez profesorskiej kadry, której szkoła dopiero się dorabiała „z biegiem lat, z biegiem dni”. Nasi nauczyciele akademiccy często wywodzili się z wcześniejszej kadry SN-ów, ta zaś – spośród nauczycieli pracujących wcześniej w lubuskich szkołach średnich. Tak było np. z nieżyjącym już (zm. w 2017) prof. Jerzym Brzezińskim – w młodości nauczycielem w LO w Gubinie, a w czasach gdy studiowałam, opiekunem mojego roku.
WSN zaczynała działalność, mając zaledwie 3 wydziały (Humanistyczny: z zakładami Filologii Polskiej, Filologii Rosyjskiej i Nauk Społeczno-Politycznych, Matematyczno-Przyrodniczy: z zakładami Matematyki i Fizyki, i Pedagogiczny: z zakładami Pedagogiki i Psychologii, Nauczania Początkowego, Wychowania Muzycznego oraz Zajęć Praktyczno-Technicznych). Jak widać, jeszcze wtedy nie funkcjonowały późniejsze instytuty. Uczelnia posiadała ponadto Studium Wojskowe, Studium Języków Obcych, Studium Wychowania Fizycznego i Bibliotekę Główną WSN.
Było nas wtedy, studentów tzw. dziennych, bardzo mało – bodaj niewielu więcej niż 300; znaliśmy się niemal wszyscy, jeśli nie osobiście, to przynajmniej z widzenia. Nasze dwa roczniki, nie licząc ludzi „z miasta” i dojeżdżających z miejscowości podzielonogórskich, niemal w całości mieściły się w Domu Studenta, nazwanym w późniejszych latach „Wicewersalem”, a wtedy nazywanym przez nas po prostu „akademikiem” lub „deesem”. Mieszczące się tuż za nim gmachy późniejszej WSP, obecnie UZ, wówczas znajdowały się ledwie na etapie fundamentów. Codziennie więc rano autobusami MPK nr 4 i 6 dojeżdżaliśmy na zajęcia „do miasta”, trasą wiodącą ówczesnymi ulicami Krośnieńską i Jedności Robotniczej (drugie pasmo alei Wojska Polskiego było dopiero w budowie), a po zajęciach z przystanku koło szpitala elżbietanek wracaliśmy do akademika.
Wykłady i ćwiczenia odbywały się w budynkach znajdujących się wokół placu Słowiańskiego. Kilkoma z nich (trzema bodaj, a potem czterema) dysponowała uczelnia. Plac Słowiański zaś był wtedy klepiskiem, na którym unosiły się tumany kurzu. Mój kierunek – filologia polska – pobierał nauki w najmniejszym gabarytowo spośród tych obiektów, zaś zajęcia Studium Wojskowego odbywały się w tzw. „czerwonej szkole”. Zanim ten budynek, z salami poprzedzielanymi licznymi ściankami działowymi, stał się akademikiem „Tekturowiec”, najpierw w dziedzinie obronności szkolili nas w nim panowie wojskowi. Tzn. zajęcia te miały niemal wyłącznie dziewczyny i nawet na początku przydzielono każdej „sorty mundurowe”, ale gdy nas panowie ujrzeli w charakterze takich umundurowanych nieszczęść, nigdy już nie kazali nam się tak „wojskowo” sposobić. Ponadto przymykali oczy na fakt, że tylne rzędy na wykładach z „wojska” zajęte były głównie sztrykowaniem (panowała wtedy moda na robótki na drutach).
Może trudno w to uwierzyć dzisiejszym studentom, lecz tylko nieliczne egzaminy mieliśmy wtedy pisemne. Większość – to były egzaminy ustne, czyli sam na sam z egzaminatorem. Zero możliwości, by coś odpisać czy podłożyć „gotowca”, jedynie życzliwość (bądź złośliwość) pana/pani przepytującej nieszczęsnego delikwenta, zwłaszcza gdy nie był on zbyt dobrze przygotowany. O wykładowcach krążyły liczne anegdoty, prawdziwe bądź jedynie wyssane z palca. Sporo ich pamiętam, lecz przytoczę tylko jedną. Nasz pierwszy egzamin to było zaliczenie przedmiotu pt. ekonomia polityczna socjalizmu (wszak ekonomia dzieliła się wówczas na dwie, socjalistyczną i kapitalistyczną). Koledzy z drugiego roku puścili nam pierwszakom wieść, jakoby to pani egzaminatorka nie tolerowała na egzaminie studentów w stroju innym niż skromny i schludny. Łyknęliśmy to – i przed obliczem tej pani przedefilowaliśmy jak na szkolnej akademii, wszyscy w białych bluzkach i koszulach oraz w ciemnych spódnicach i spodniach. Ale czy to się przełożyło na naszą „zdawalność”? Nie pamiętam.
Podczas „okienek” w zajęciach lub gdy komuś się w ogóle na zajęcia iść nie chciało, spędzaliśmy czas w bufecie studenckim „Grono”, zwanym przez nas „Gronkiem”, mieszczącym się na parterze budynku, w którym na górze znajdował się (ale czy już wtedy?) hotel asystencki. W „Gronku” się flirtowało, paliło papierosy (te droższe, np. „Zefiry” czy „Carmeny”, można było kupować na sztuki) oraz jadło drugie śniadania. Popularny zestaw stanowiła bułka z wędliną i do tego kubek kakao lub podgrzane mleko.
Dość szybko zrezygnowałam ze śniadań i kolacji w stołówce w Domu Studenta na Krośnieńskiej – jadło się coś w pokoju, najczęściej chleb z przywożonymi z domu powidłami albo ze smalcem. Wykupywałam jedynie bloczki na obiady, choć one w tym żywieniu zbiorowym nie powalały (np. wodnista kwaskowata ciecz z makaronem o szumnej nazwie „zupa neapolitańska” czy „kurczak panierowany”, a pod panierką nie zawsze dopieczony). Konsumpcja odbywała się w ten sposób, że trzeba było odstać w długiej kolejce do okienka, gdzie po oddaniu bloczka wydawano drugie danie, w następnym zaś okienku stały już talerze z zupą do pobrania. Jeśli nie zmieniło się kolejności konsumpcji, zwykle po zjedzeniu zupy drugie danie jadło się niemal „na zimno”. Po te talerze z zupą można było podejść z lewej strony bez okazywania bloczka i kilku kolegów miało tę czynność dobrze wyćwiczoną. Jak również start do stołówki, gdy około godziny szesnastej ogłaszano przez radiowęzeł, że zostały jeszcze wolne porcje. Na upartego można więc było wyżywić się „na sępa”.
W tej stołówce wystąpił kiedyś kabaret „Elita” i odbywały się sobotnie dyskoteki, akademik na pierwszym piętrze miał też klub „Chochoł” (nazwany potem „Gębą”). Kiedyś – ale to już nieco późniejsze lata – wraz z tłumem, z trudem mieszczącym się w niedużej salce, uczestniczyłam w „Chochole” w spotkaniu z Czesławem Niemenem, innym razem – z Beatą Tyszkiewicz…
Ponieważ nie mogę w krótkim felietonie rozwijać tych wspomnień w nieskończoność, dodam tylko, że już po roku moich studiów (czyli w 1973, „za wczesnego Gierka”), gdy władza uznała widać, że i wykształcenie wsn-owskie to za mało, uczelnię przekształcono w Wyższą Szkołę Pedagogiczną, z czteroletnim tokiem studiów magisterskich. Tak więc zaczynałam na WSN, a kończyłam na WSP i w roku 1977, wraz z koleżeństwem o rok młodszym, byliśmy pierwszym wypustem magistrów „dziennych”. Pamiętam nawet entuzjastyczny artykuł w jakiejś gazecie, jak to nauczyciele po wyższych studiach pedagogicznych będą zarabiać więcej niż lekarze! O ile wiem, nigdy się ta zapowiedź nie spełniła, w każdym razie nie za czasów mojego zawodowego życia.
I jeszcze coś. W „Inspiracjach” nr 1/2020 wśród tekstów-wspomnień o książkach znajduje się m.in. tekst autorstwa Zofii Birgfellner-Pawłowskiej. Jeśli się nie mylę, to ta sama Zosia, którą pamiętam z uczelni – studiowała na WSN o rok wyżej ode mnie. Ze mną zaś na roku był autor innego książkowego wspomnienia w tychże „Inspiracjach”, Marek Jurgoński. Jak miło spotkać się po latach!

/teksty napisane wczesną wiosną 2020/

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.