ZUPA Z KARPIA

Na mojej choince wiszą bombki, które liczą sobie co najmniej siedemdziesiąt lat. Stanowią symbol jedności pokoleń, a w pewnym sensie również narodów. Są to bowiem bombki poniemieckie. Moi rodzice weszli w ich posiadanie, gdy po wojennym exodusie opuścili swoje miasta (mama Poznań, tato Warszawę) i osiedli na zachodzie Polski, w mieszkaniu będącym wcześniej własnością wypędzonych Niemców. W nadgranicznym miasteczku, które przed wojną nazywało się Guben, po wojnie rozdzieliło na dwie części, polską i enerdowską, a dziś znowu jest jednym euromiastem Gubin/Guben.
Te bombki, choć tak kruche, są dla mnie wyrazem trwałości. A także wspólnoty polsko-niemieckiej wojennej i powojennej tułaczki. I mimo wszystko – symbolem jedności ludzkich losów.

Ale nie zamierzam pisać wyłącznie na aż tak poważną nutę. Wracam do bożonarodzeniowych wspomnień… Choinkowych i kulinarnych, wszak dawne smaki i zapachy pamięta się przez całe życie.

Oto karpiowo – choinkowo – wigilijne fragmenty „Peluni”:

Jedną z ulubionych zup mojego dzieciństwa była – według poznańskich wzorców – wigilijna zupa rybna; ze śmietaną, makaronem i dużą ilością koperku. Tej zupie poświęcę więcej miejsca, bo to naprawdę jeden z naszych największych rodzinnych przysmaków, a i jedno z najmilszych wspomnień. Wiąże się z nią na przykład pewne zdarzenie z moim tatą (nazywaliśmy go Bilinkiem, a mamę Pelunią) w roli głównej. On sprawiał karpia i filetował go. Te wszystkie karpiowe „odpady”, czyli łeb, płetwy, kręgosłup, stanowiły bazę zupy. I któregoś razu tato wywalił je do Lubicy (to rzeka, nad którą stał nasz dom). Przez jakieś roztargnienie chyba, bo przecież dobrze wiedział, że są potrzebne. Z tym wyrzucaniem do rzeki to osobna sprawa. Wystarczyło wziąć solidny zamach i resztki lądowały w wodzie. O zachowaniach ekologicznych nikt wtedy nie miał pojęcia, a zresztą może Bilinek chciał w taki sposób dokarmić ryby w rzece? Nie pamiętam już, czy wtedy zostaliśmy bez zupy na wigilijną kolację, czy też może dokupili drugiego karpia. W każdym razie to „wytojchnięcie” weszło do przedświątecznego rytuału i tato potem za każdym razem straszył, że karpia znów wywalił.

W późniejszych czasach mama gotowała tę zupę częściej, nie tylko na Wigilię. Kiedy w Polsce nastały jedne z licznych „przejściowe trudności w zaopatrzeniu” i karp w handlu detalicznym był już nie do zdobycia, rodzice kupowali go po drugiej stronie Nysy, w Guben. Tam ekspedient w sklepie rybnym odławiał sztukę i pytał: „Ziwe? Ziabić?”. Oczywiście wybierano drugą opcję, żeby się stworzenie nie męczyło podczas przekraczania granicy.
Ja tę zupę robię do dziś, lecz nie na wigilijną kolację. Kiedy przed świętami przygotowywany jest karp do smażenia czy galarety, jego „resztki” zamrażam i potem wykorzystuję na jakiś obiad. Pelunia, już wiekowa, się nieraz na tę zupę u mnie załapała. Objadałyśmy te gotowane łby (oczywiście uważałam, żeby się mamie nie trafiła jakaś ość), mało elegancko, ale z jakim apetytem! A brat, jeśli akurat dzwonił i informowałam go, że u nas właśnie na obiad zupa z karpia, nam zazdrościł. Teraz jednak ta zupa nie smakuje mi aż tak bardzo jak tamta z czasów dzieciństwa, zwłaszcza ta wigilijna. Wszystko już dziś jest inne.

Na moim stole znajdują się już od dawna potrawy, do jakich w swoim domu przywykł mój mąż, a które i ja pokochałam. Barszcz z uszkami, pierogi z kapustą i grzybami, kutia (tę zawsze przyrządza mąż i jest przepyszna). Lecz i tamte „poznańskie” dania, z czasów mojego dzieciństwa, miały wspaniały smak. Prócz zupy z karpia wśród dań wigilijnych znajdował się karp smażony, karp w galarecie, kapusta z grzybami, kompot ze suszu i makiełki – czyli deser w postaci klusek z makiem i bakaliami. Mama piekła makowce, serniki, babki. Ja już tego nie potrafię, sernik słabo mi się udaje, a makowiec zamawiam w cukierni.

Choinkę najpierw mieliśmy prawdziwą, choć nie zawsze kształtną. Czasem z braku lepszego wyboru Bilinek kupował jakieś „łogigle”, ale sztukował je sprytnie częściami odciętymi z dołu: w pniu wiercił otworki i tam wciskał te dodatkowe gałązki, poprawiając wygląd drzewka. Świeczki z początku były też prawdziwe, takie specjalne, malutkie, w przytrzymujących je uchwytach. Tato gasił je – i chyba też zapalał? – specjalnym urządzeniem zakończonym malutkim kapturkiem do tłumienia płomyka. Choinkę zdobiły długie pasma włosów anielskich, łańcuchy, które sami kleiliśmy z kolorowych papierów, cukierki, orzechy, piękne bombki (część z nich to były właśnie te bombki poniemieckie), ale i ozdoby własnoręcznie wykonane na przykład ze słomki czy z wydmuszek.
Z czasem świeczki zostały zastąpione lampkami elektrycznymi, bardzo ładnymi zresztą, w kształcie kwiatowych kielichów. Potem tato kupił sztuczną choinkę. Jasne, praktyczna, wygląd też miała niezły, poza tym wtedy zapanowała moda na plastikowe drzewka. Choineczka była niewielka, więc ten sznur lampek i sporo starych bombek dostałam później w prezencie i przez długie lata zdobiły nasze świąteczne drzewka. Bombki wciąż mamy, ale lampki po wielu latach służby zakończyły już swój żywot.

W dzień wigilijny, wiadomo, pości się. Prócz śniadania nie jedliśmy nic, więc niecierpliwie czekaliśmy na wieczór i te pyszne potrawy. Zawsze zanim zasiedliśmy do wieczerzy wigilijnej, dzieliliśmy się opłatkiem i śpiewaliśmy którąś z kolęd. Jednego razu zaintonowane zostało „Przybieżeli do Betlejem”, a tam tekst jest taki, że nie można poprzestać zwyczajowo na jednej czy dwóch zwrotkach, w dodatku po każdej trzeba odśpiewać refren, a tu już zupa w talerzach stygła i pędziliśmy z tym śpiewaniem coraz prędzej i prędzej, aż w końcu materia odniosła zwycięstwo nad duchem i rzuciliśmy się do jedzenia.
No i oczywiście do otwierania prezentów spod choinki. Te prezenty, niby od gwiazdorka (w Poznaniu tak się mówi na mikołaja), rodzice podkładali tak, byśmy nie zauważyli tego momentu, choć oczywiście oboje z bratem i tak czatowaliśmy, udając jedynie, że o niczym nie wiemy. Raz nawet zakradłam się cichcem do stołowego, zanim pozwolono tam wejść „oficjalnie”, i zajrzałam do paczki przeznaczonej dla mnie. Marzyłam wtedy – to już były czasy licealne lub koniec podstawówki – o cienkim, najlepiej różowym golfiku, wówczas – krzyku mody. Jakież było moje szczęście, gdy po odchyleniu kawałka papieru zobaczyłam faktycznie coś różowego, a po kolacji, już legalnie otworzywszy paczkę, skakałam z radości: dostałam wymarzony ciuszek!

My rodzicom też robiliśmy prezenty. Przeznaczałam na ich zakup oszczędności gromadzone na książeczce SKO. Po raz pierwszy kupiłam coś pod choinkę, będąc bodaj w drugiej klasie podstawówki, już nie pamiętam, co takiego. Jakiś drobiazg. Schowałam go przemyślnie w poniemieckim kredensie, głęboko wśród nieużywanych skorup, w wazie z pokrywką. Potem wciąż mi się nie udawało prezentów stamtąd wyjąć i podłożyć pod choinkę, minęła Wigilia, pierwsze święto, dopiero w drugie to zrobiłam, udając zdziwienie: „O, znowu mikołaj coś przyniósł”. Mama się wtedy śmiała ze mnie i z tego spóźnionego „gwiazdorka”, ale chyba była wzruszona.
Z tymi prezentami przeważnie miałam kłopot, bo nie bardzo wiedziałam, co kupić, więc rzadko udawało mi się trafić. Kiedyś na przykład kupiłam Peluni w sklepie gospodarstwa domowego zestaw szklanych talerzy do ryb, z wzorkiem przedstawiającym rybkę wśród roślinnych ornamentów: duży owalny płaski półmisek i do tego sześć malutkich miseczek. Mieliśmy tyle poniemieckich skorup! Tego zestawu bardzo rzadko więc używaliśmy, ale pamiętam, że raz czy dwa na wigilijną kolację Pelunia podała w nim karpia. Niedawno go odziedziczyłam, choć te małe miseczki ocalały już tylko trzy…

Od dawna już nie mieszkam w Gubinie, tylko w innym lubuskim miasteczku, Lubniewicach. Tu przyjechaliśmy z mężem po studiach do pracy, tu zapuściliśmy korzenie, tu wychowali się nasi synowie. Staraliśmy się przekazać im tradycje świąteczne znane z rodzinnych domów – poznańskiego (mojej poznańskiej mamy) i zabużańskiego (rodzice męża, z Lidy i Tarnopola, przyjechali na Ziemie Odzyskane pod koniec lat 40.). Dziś młodzi śmieją się z nas, że przy świątecznym stole co roku wspominamy, jaki to dawniej naturalny, a nie chemiczny smak miała szynka, tak jak my kiedyś żartowaliśmy z westchnień naszych rodziców, jakie to pyszności były przed wojną…
Zza Buga” dziadkom i rodzicom mojego męża udało się przewieźć niewiele pamiątek przedwojennego życia. Dwie z nich, bożonarodzeniowe właśnie, są teraz w naszym domu. To tekturowe aniołki i takaż świąteczna miniaturowa szopka, wycięte przed wojną z jakiejś gazety czy kalendarza i usztywnione, by wystarczyły na długo. Nieźle już je nadgryzł ząb czasu, ale obowiązkowo muszą się znaleźć co roku na naszym drzewku.

Czy synowie nasze świąteczne tradycje będą kultywować w swoich domach? Mam nadzieję, że przynajmniej część z nich. Może tuż przed świętami zabiorą swoje dzieci do lasu?
Takie wyprawy organizowaliśmy naszym synom. Wyprawy po choinkę. Przez wiele lat bowiem wykupywaliśmy w nadleśnictwie asygnatę i jeździliśmy z dziećmi do lasu, by w wyznaczonym, zarośniętym dziczkami rejonie, wybrać odpowiednie drzewko. W zależności od pogody, niekiedy w deszczu, czasem przekopując się przez dziewiczy śnieg. Wybór dokonywał się komisyjnie i zwykle zwyciężała opcja przeforsowana przez facetów: pękata beczułka. Rzadziej moja: choinka zgrabna i smukła. Mąż z pomocą synów ją wycinał, osznurowywał, wciskał do bagażnika, i tak wracaliśmy z lasu, cali już przeniknięci zapachem świerczyny. Potem panowie drzewko dekorowali – z udziałem, rzecz jasna, poniemieckich i zabużańskich ozdób…

Te wycieczki do lasu w przeddzień świąt to jedna z naszych najmilszych rodzinnych tradycji. Dziś – od ładnych paru lat – jest już tylko wspomnieniem. Ale drzewko świąteczne nadal mamy żywe, tyle że kupowane z pobliskiej uprawy. Nadal przystrajane jest stareńkimi ozdobami (coraz mniej ich, co roku coś się tłucze…).
Nim nadejdzie Boże Narodzenie, palimy świeczki w adwentowym wianku. To z kolei zwyczaj, którego nie znaliśmy w naszych rodzinnych domach, „zgapiliśmy” go kiedyś w Berlinie, od naszych niemieckich przyjaciół. Na zewnątrz domu zawieszamy kolorowe światełka, wnętrza też dekorujemy świątecznie, ale teraz, gdy nie ma tu małych dzieci, już coraz skromniej.
Teraz czekamy na wnuki. Magia świąt o ileż jest większa, gdy towarzyszą jej dziecięcy śmiech i radość.

/grudzień 2017/

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s