ZUZANNA I HANNA W POZNANIU

zuz-w-poja-w-po

Zamierzałam w stosownym czasie – to znaczy w jakiś długi wieczór zimowy – napisać o Poznaniu obszerniej, planowałam nawet dwa teksty – ten drugi o moich wspomnieniach z Łazarza; ale mnie Zuza w komentarzu „zebrała” i wywołała do natychmiastowej odpowiedzi.

W Poznaniu byłyśmy w dniach 12 – 15 października 2016. Krótkie sprawozdanie zamieściłam na stronie głównej („Poznań fabularny i sentymentalny”). O  Łazarzu Peluniowym (i moim z dawnych czasów) dopiero napiszę. Teraz przelecę się przez te Zuzowe jagodzianki, paznokcie i browary.

Jagodzianki. Nie przypominam sobie dokładnie, żebym jadła. W każdym razie jeśli ktoś myśli, że chodzi o szneki z jagodami, jest w błędzie. Chyba to były te ciupkie faworkorożki z jagodami, sztuk 2, które jadłam w jakiejś cukierni (nie pamiętam nazwy) na spotkaniu z kolegą Zuzy, profesorem.

Grzaniec. Był dodatkiem do obiadu w restauracji Pióro Feniksa. Bardzo dobry na październikowy, chłodny i deszczowy dzień. Sam obiad – tyleż smaczny, co i złośliwy; to on uaktywnił nam te ludziki, „które coś tam budują w naszych ciałach”. Ale przecież tu nie miejsce na takie fizjologie!!!

Machanie na policję. Wypadłszy z CK „Zamek”, śpiesząc się na spotkanie z innym kolegą Zuzy, na skraju chodnika machałyśmy rozpaczliwie na taksówkę – aż nas otrąbiła (nie zatrzymując się), bo to była nie taksówka, a policja. Swoją drogą, skąd rzeczona policja mogła wiedzieć, że potrzebna nam jest taksówka, a nie policyjna pomoc?!

Jeżdżenie w kółko windą po Pałacu. Ten pałac to dawny zamek cesarski, rezydencja ostatniego cesarza niemieckiego i króla Prus Wilhelma II, obecnie poznańskie Centrum Kultury „Zamek”.800px-zamek_cesarski_poznan_skrzydlo_reprezentacyjne_po_czyszczeniu Tam odbywał się Festiwal Fabuły. Nieźle sobie pojeździłyśmy w górę i w dół, nim trafiłyśmy do odpowiedniej sali.

Nocne chrapania. Znowu wątek fizjologiczny, tak samo jak „zatrucie o mały włos zmywaczem do paznokci”. Nie będę rozwijać.

Roślinne śniadanka. Były głównie serowe. Z roślin – ja jadłam pomidory i paprykę do kanapek, Zuza wolała posiłki w postaci jogurtu z mieszanką „Studenterfutter”. Czy to są śniadanka roślinne?

Kolorowe pazury z okazji Dnia Nauczyciela. Nie maluję paznokci, ale to był przemiły prezent Zuzy dla mnie w dniu święta edukacji. Po powrocie do domu prace kuchenne wykonywałam przez parę dni w rękawiczkach, żeby mi się lakier zbyt szybko nie zmył.

Stary Browar, który powracał w naszych wędrówkach niczym Stary Bumerang. Naganiałyśmy się po nim niemało, choć niekoniecznie w celach konsumpcyjnych (jedynie obiad w chińskiej sieciówce w ostatnim dniu, a wcześniej „Wołyń” w multikinie). W celach zakupowych tym bardziej nie, choć przez galerię przelewały się tłumy. Nie jestem miłośniczką galerii handlowych, ale ta mi się spodobała (pierwszy raz tam byłam) pod względem architektonicznym. mitor

Rożki i rogale. Liczba mnoga jest nieuprawniona. W malutkiej cukierni na Jeżycach zjadłam jeden rożek, na który namówiła mnie słodyczolubna Zuza. Słusznie, bo to maciupeństwo polane czekoladą i z pysznym nadzieniem rozpływało się w ustach. Rogal marciński też był pojedynczy – zjadłyśmy go na pół w jakiejś kawiarence w galerii dworcowej, gdzie po przyjeździe do Poznania czekałam na przyjazd Zuzy.

Wino ze szklanki. Chilijskie, półwytrawne. Piłyśmy je wieczorami w numerze (pokój z łazienką i aneksem kuchennym przy ul. Wielkiej). Zuza powściągliwie, ja chętniej  – przez cały pobyt wypiłyśmy „aż” pół butelki.

Guguły. Tytuł książki Wioletty Grzegorzewskiej.
Trafne czeskie pytanie. Zdążyłam przed spotkaniem książkę przeczytać, bo Zuza ją kupiła pierwszego dnia. Zapytałam o czeskie klimaty. Autorce pytanie, trafione w jej ideę, bardzo się podobało.

Pył budowlany. Do kamienicy na Jeżycach, w której Zuza z mężem w czasach studenckich wynajmowali mieszkanie, mogłyśmy wejść, bo akurat trwał w niej remont klatki schodowej i całą ją wypełniał budowlany pył. Wpuścił nas tam i bardzo zachęcał do zwiedzania miły poznański robotnik.

Mróz na Łazarzu. Zaraz tam mróz. Zimnisko, wietrzysko i upierdliwa mżawka, a my pod damską, nie do końca rozkładającą się parasolką Małgorzaty D.

Chichry. Gdy się spotkają dwie blondynki, to wiadomo, że się chichrają.

Smutni taksówkarze. Nie zauważyłam. Ale czy ja, kobieta z prowincji, się znam na taksówkarzach? Zuza ma manię przemieszczania się taksówkami, raz tylko wymusiłam na niej jazdę tramwajem. Bilety były 24-godzinne, więc następnego dnia znów mogłyśmy skorzystać z tej opcji. W zagadaniu się i zachichraniu dopiero gdy tramwaj dowiózł nas do pętli Miłostowo, spostrzegłyśmy, że pojechałyśmy w odwrotnym kierunku!

Menele na rynku. Jak to menele, wszędzie ich pełno. W Lubniewicach na rynku też, więc zwyczajnam, niespecjalnie mnie zatrwożyli. Bardziej niepokoiły mnie conocne menelskie odgłosy na schodach kamienicy, w której nocowałyśmy, tuż za naszymi drzwiami.

Poznań o poranku. Poznań o wieczorze. Poznań w środku dnia. To jest cały czas „mój” Poznań, choć Zuzie wydał się szary.

„To wszystko tylko ja przeżyłam? Że się tak niegrzecznie spytam?”

To wszystko i jeszcze dużo więcej (ale naprawdę nie mam czasu napisać!) przeżyłyśmy obie. 🙂

21 paźdz. 2016.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s