BEZ BUMU

– Pamiętasz ten łańcuszek? – Joanna bawiła się łyżeczką. Po chwili odłożyła ją obok filiżanki i odwróciła wzrok, jakby nagle, ponad stolikami, zobaczyła coś ciekawego w kącie restauracji. – Ten twój, taki z medalikiem, leżał u was na toaletce w przedpokoju. Tam gdzie twoja mama trzymała szminki i perfumy – dokończyła, nie patrząc Marii w oczy.
– Pamiętam.
– To my ci… My go zabrałyśmy. Mówię o tym teraz, zanim się zjawi Róża, nie zdradź mnie, dobrze? Proszę. Może kiedyś sama ci opowie. Ale mnie to gnębi od lat, więc dziś wreszcie…
Maria przez chwilę przyglądała się siedzącej naprzeciwko koleżance, potem spojrzała w kierunku drzwi, w nadziei, że nadejście Róży zakończy niezręczną sytuację.
– Daj spokój. Stare czasy. – Teraz ona dotknęła filiżanki. – Masz ochotę na drugą kawę?
– Nie, dzięki. – Joanna pokręciła głową. – Wolę coś mocniejszego. – Podniosła do ust koniakówkę. – O, to jest to. O wiele lepsze niż nasze dawne sikacze. – Zachichotała, pociągnąwszy spory łyk. – Pamiętasz, jak kiedyś po lekcjach poszłyśmy do parku z butelką?

Maria przytaknęła machinalnie, lecz wyłączyła się. Próbowała wygonić z głowy dawne wspomnienie. Łańcuszek. A więc to one. Podejrzenie sprzed lat znowu zabolało jak skaleczenie po wbitym w palec kolcu jeżyny. Tyle że w tamtych czasach wszystko goiło się jak na psie, więc i rana zabliźniła się błyskawicznie, a strupek został upchnięty pod dywan niepamięci. Jaki jest sens do tego wracać? Tak rzadko się teraz widują, Róża przylatuje z Kanady najwyżej raz na kilka lat, a i to nie zawsze ma czas na spotkania z dawnymi koleżankami. Joanna też ma swoje sprawy i nieczęsto przyjeżdża, choć z Berlina znacznie bliżej. Po co psuć spotkanie?
Dostała ten złoty drobiazg od babci, w prezencie na pierwszą komunię. Potem zginął. Mnóstwo rzeczy ludziom ginie i nie rozdzierają z tego powodu szat. Życie toczy się dalej, czasem lepiej nie wiedzieć, co się stało. Lepiej zachować złudzenia. Po kiego ta Aśka je rozwiała?
Jakby na potwierdzenie, że nie ma co ciągnąć tematu, zadzwonił telefon Joanny.
¬- Cześć, kochanie. – Joanna poderwała się z krzesła, jej twarz rozpromienił uśmiech. – To Waldek, załatwiał ważną sprawę, muszę z nim pogadać, przepraszam cię na chwilę – rzuciła w stronę Marii, odchodząc od stolika.

***
Białą sukienkę uszyła krawcowa. Krótką, z marszczonym dołem, okrągłym małym kołnierzykiem i falbaneczkami wzdłuż zapięcia. Materiał, kupiony w Poznaniu, bo tam mieli w sklepach lepszy wybór, przysłała babcia. I do tego biały elegancki płaszczyk z amerykańskich ciuchów na Rynku Łazarskim. Wyprasowany przez mamę, wisiał w szafie i czekał. Pachniał tak pięknie, kusząco, jak odległy, wielki świat i zachęta do podróży. Podobny zapach miały białe elastyczne rajstopy, również kupione na ciuchach. Marysia podsłyszała też, jak rodzice szeptali między sobą, że ma dostać od babci coś jeszcze, ale to niespodzianka.
Po buty mama wysłała ją z ojcem. Po obejściu kilku sklepów zakupu dokonali w domu towarowym. Czechosłowackie, bardzo eleganckie kremowobiałe pantofelki. Drogie, ale ojciec był szczodry.
– Raz w życiu ma się pierwszą komunię – powiedział. – Chyba mama nam głowy nie urwie, że kupiliśmy droższe, niż kazała.
„Cebo” – głosił napis na pudełku, do którego Maria zaglądała raz po raz, gdy wracali do domu. Zapach skóry łaskotał ją w nos. Buty o zaokrąglonych noskach, zapinane na wąski paseczek, miały drobniutkie dziurkowania zdobiące przód. Były piękne! Nie mogła się doczekać niedzieli, kiedy będzie w nich chodzić przez cały dzień.

Najpierw musiała zdać egzamin ze znajomości katechizmu. Przed ołtarzem ksiądz ustawił dzieci w szeregu i kolejno zadawał im pytania. Bezbłędnie recytowała wszystkie odpowiedzi, choć głos się jej załamywał i myślami znajdowała się gdzie indziej. Tego dnia rano umarł Mruczuś. Mały kotek, czarny, z krótkim krawatem i w białych skarpetkach, w ich domu zjawił się zaledwie przed tygodniem. Mama niosła właśnie wielką michę z bielizną do ukrochmalenia, nie zauważyła, gdy wszedł jej pod nogi. Straszny pisk Mruczusia przez całe potem lata świdrował Marii w uszach. Kociak w ostatnim odruchu traconego życia wcisnął się pod kredens i po chwili mama wyciągnęła go stamtąd już martwego. Płakały obie, Marysia poszła na egzamin do kościoła z oczami spuchniętymi i czerwonymi od łez.
Gdy wróciła, matka pokazała jej miejsce w ogrodzie, gdzie zakopała Mruczka. Marysia położyła tam kilka zerwanych z trawnika stokrotek.
– Nie martw się, postaramy się o drugiego. – Mama próbowała ją pocieszyć. – Kotka Stasińskich niedługo będzie miała młode.
– Nie chcę żadnego drugiego. – Marysi znów zebrało się na płacz. – Bo on kiedyś też umrze i ja już tego nie przeżyję.
Odejście Mruczka uświadomiło jej z całą siłą, co znaczą wiele razy słyszane na religii słowa księdza o istotach śmiertelnych. Na pociechę pozostawała tylko nadzieja, że Mruczek trafi do nieba, bo przecież jakieś kocie niebo na pewno istnieje.

Babcia z dziadkiem i chrzestni przyjechali w sobotę wieczorem. Nazajutrz cały dom już bardzo wcześnie był na nogach. Marysia, jeszcze w bieliźnie, siedziała na taborecie pośrodku kuchni i babcia zakręcała jej loki żelazkiem rozgrzanym nad gazowym płomieniem.
– Nie kręć się, żebym cię nie poparzyła – przykazywała raz po raz.
Całą kuchnię wypełniał swąd przypalanego papieru, bo babcia, zanim dotknęła włosów żelazkiem, sprawdzała najpierw jego temperaturę na kawałku gazety.
Potem mama pomogła jej włożyć sukienkę i wianek. Gdy Marysia była już gotowa do wyjścia, babcia z małego ozdobnego pudełeczka wyjęła łańcuszek z medalikiem i zwiesiła go dziewczynce na szyi.
– To stara rodzinna pamiątka – powiedziała. – Jeszcze moja mama go nosiła. Teraz jest twój.
– Dziękuję – Marysia z trudem ukryła rozczarowanie. A więc to była ta niespodzianka, o której mówili rodzice. Nawet nie zegarek!
Gdy zakończyły się kościelne uroczystości, wszystkie dziewczynki ustawiono na dziedzińcu do wspólnej fotografii. Marysia potem wiele razy oglądała to zdjęcie. Do komunii przystępowały dzieci ze wszystkich szkół w mieście, grupa liczyła więc aż cztery rzędy, Marysię ustawiono pośrodku pierwszego. Niezbyt wysoka, z pięknymi lokami, w białych rękawiczkach, z gromnicą w jednej i pamiątkowym dyplomem w drugiej dłoni, patrzy w obiektyw poważnie, bez uśmiechu.
Na fotografii uwagę zwracają dwie dziewczynki z ostatniego, najwyższego rzędu. Ciemnowłose, duże, grubokościste, z ogromnymi, przypominającymi afrykańskie, mocno postrzępionymi fryzurami. Widocznie ktoś obszedł się z nimi nieumiejętnie i żelazko poprzypalało im włosy. Jadwiga i Krystyna, dwie siostry, jak po kilku latach miała się dowiedzieć Marysia. Siostry Ostatek.

Niespodzianka jednak rozpromieniła jej ten dzień. Nawet większa niż w najśmielszych marzeniach. Rower. Czerwony, lśniący, najpiękniejszy w świecie. Dopiero teraz Marysia rzuciła się babci na szyję, bo rower był prezentem od niej.
– Młodzieżowy – powiedziała babcia, awansując tym samym dziewięciolatkę do rangi młodzieży.
Od chrzestnego dostała zegarek, od chrzestnej aż 500 złotych, ale babcia swoim podarunkiem przebiła wszystkich. Marysi z trudem wyperswadowano chęć wyjścia na dwór jeszcze przed obiadem. Ledwo wytrzymała męki rodzinnej biesiady, nie chciała nawet spróbować tortu, byle jak najprędzej wskoczyć na siodełko.

***
Joanna wróciła do stolika.
– Mój mąż cię pozdrawia – powiedziała. – Załatwił wszystko jak trzeba, bo już się denerwowałam, że popłynie z towarem. – Waldek, mąż Joanny, sprowadzał do Berlina żywność z Polski, zwłaszcza owoce, zawsze ryzykując, że towar może się zepsuć, nim trafi do odbiorców.
Dopiero teraz Maria zauważyła, że dekolt przyjaciółki zdobi dość gruby złoty wisiorek. Joanna w tym momencie dotknęła dłonią szyi.
– Prezent od Waldka na rocznicę ślubu – powiedziała, choć Maria nie zadała żadnego pytania.
– „Ciekawe, czy Aśka celowo założyła tę ozdobę na dzisiejsze spotkanie” – pomyślała.

***
Łańcuszek w swojej maleńkiej szkatułce leżał na toaletce. Drobniutkie, delikatne jak pajęczyna ogniwa tworzyły prawdziwe cacuszko. Zawieszony na nich medalik z wizerunkiem Matki Boskiej przedstawiał świętą młodziutką niczym dziewczynka, z lekko pochyloną głową i smutnym uśmiechem. Na odwrocie wygrawerowana była korona w otoczeniu gwiazd, okalał ją napis „Ora Pro Nobis”, z trudem dający się odczytać, tak małymi literkami został wykonany – medalik miał wielkość dużego paznokcia. Od księdza na religii Marysia dowiedziała się, że napis znaczy „Módl się za nami”. Łańcuszek zakładała rzadko, przeważnie tylko w niedzielę. Czasem nosiła go w szkole, ale tylko w te dni, gdy nie miała wuefu, by nie zgubić cacka, mama bardzo tego pilnowała. Marysię zresztą niespecjalnie to obchodziło. Ważniejszy był rower i coraz dalsze na nim przejażdżki.
Którejś niedzieli, tuż pod koniec roku szkolnego, przed wyjściem na mszę Marysia zauważyła brak łańcuszka w pudełeczku. Sprawdziła, czy nie leży gdzieś luzem, ale nie mogła go znaleźć. Nie chciała zawracać sobie tym głowy, postanowiła poszukać ozdoby w dogodniejszej chwili, lecz mama też zauważyła jej brak. Potem już szukali we trójkę z ojcem, przetrząsali każdą szufladę, każdy zakamarek toaletki, zaglądali pod spód – bezskutecznie. Łańcuszek zniknął.
– Nie pamiętasz? Może gdzie indziej go odłożyłaś. W czym byłaś w poprzednią niedzielę? – indagowała mama w drodze do kościoła.
– W tym nowym niebieskim swetrze – przypomniała sobie Marysia.
– To może jest w kieszeni, może wsadziłaś go tam odruchowo, sprawdzimy po powrocie.
Ale i tam łańcuszek się nie odnalazł.
– Pewnie te jej koleżaneczki gwizdnęły, stale się tu kręcą. – Ojciec powiedział to specjalnie głośno, by Marysia też usłyszała.
– Nie, chyba niemożliwe, przecież to nie złodziejki, znamy je – oponowała mama, lecz nutki niepewności w jej głosie świadczyły, że i ona dopuszcza taką myśl.
Marysia zmartwiała. Koleżanki? Tylko nie to! Tak, przychodziły do niej, Asia, Róża, zresztą wszystkie trzy spotykały się codziennie po lekcjach, ona też przecież wiele razy odwiedzała je w domu. Nie, to niemożliwe, żeby któraś z nich to zrobiła!
– Mamo, ja w piątek wzięłam ten łańcuszek do szkoły, może gdzieś mi się odpiął albo rozerwał – wydusiła z siebie.
Skłamała. Przecież nie można dopuścić, by oskarżenie padło na jej najlepsze przyjaciółki.
– W piątek? W piątki miałaś go nie zabierać do szkoły, bo masz wuef – mama podniosła głos.
– Tak, ale… Jutro w szkole spytam, może gdzieś mi się rozpiął w szatni, może ktoś znalazł. Przepraszam, chciałam pokazać Lidce, ona ma podobny, tylko z krzyżykiem – Marysia dalej brnęła w kłamstwo.
Lecz sama zaczynała już wątpić. Róża i Joasia ostatnio nie pokazywały się u niej. To oczywiście nie musiało mieć żadnego związku z zaginięciem medalika. A jednak… Może po prostu je spytać? A jeśli to nie one i obrażą się?
Żeby odgonić podejrzenia, przytuliła się do mamy.
– Przepraszam – szepnęła raz jeszcze.
– Dobrze, że babcia na razie o niczym nie wie – westchnęła mama. – Byłoby jej przykro. Jutro sama pójdę do szkoły i się dowiem. Choć boję się, że już nie ma na co liczyć. A może jednak jest gdzieś w domu, może sam się kiedyś znajdzie.
Ale nie znalazł się już nigdy.

***
– Co zrobiłyście z tym łańcuszkiem? – Sama nie wierzyła, że jednak pyta o to. – Tak tylko, z ciekawości pytam. Przecież to dziś bez znaczenia. – Wciąż miała poczucie, że popełnia niestosowność, że sprawia przykrość Joannie.
– To już tak dawno było… – Joanna opuściła głowę, unikając wzroku Marii. – Ledwo sobie przypominam, może Róża lepiej zapamiętała. Ale… Tak… Sprzedałyśmy go. Takiemu niskiemu grubemu handlarzowi, miał stragan na targu, zaraz przy wejściu, kojarzysz?
– Nie bardzo.
– Taki śmieszny, mały, z czarnymi wąsami. No, mniejsza. Dał nam…
– Nie pytał, skąd macie? – Maria przerwała przyjaciółce, która po chwili dokończyła:
– Nie pytał. Dał nam sto złotych i kazał zmykać. Wydawało nam się wtedy, że to straszna kupa forsy. Masz żal?
– Nie. Przecież ci mówiłam, że to stare dzieje, niepotrzebnie do nich wracamy. Było, minęło. – Marysia uśmiechnęła się, usiłując zignorować tę igiełkę, której ukłucie znów poczuła.

***
Aśka i Róża, mimo że trwały już wakacje, zjawiły się dopiero po tygodniu. Sprawa z łańcuszkiem w tym czasie w domu Marysi mocno zbladła, przytłumiło ją nowe zmartwienie. Babcia zachorowała i mama musiała parę razy jeździć do Poznania, by jej doglądać i pomóc po wyjściu ze szpitala.
Po koleżankach niczego nie było widać, zachowywały się zupełnie naturalnie. Marysia odetchnęła z ulgą. To na pewno nie one wzięły łańcuszek. Nie zamierzała już o nic pytać.
Gdy wszystkie trzy wyszły z domu, Róża powiedziała nagle:
– Znalazłam pieniądze na trawniku koło „Ogrodowej”.
– Gdzie? – zdziwiła się Marysia.
– No mówię, na trawniku. Koło gospody, tam jest dużo pijaków, jak wychodzą, zataczają się, przewracają. Pewnie jakiś zgubił. Macie ochotę zjeść tam obiad?
– Obiad? W „Ogrodowej”? – Marysię zdumiała ta propozycja. – Ja mam w domu.
– No to co? My też mamy. – Joasia wzruszyła ramionami, jakby całe życie chodziła do restauracji. – Ale co nam szkodzi spróbować?
Nigdy jeszcze żadna z nich nie była w restauracji, weszły do środka jak do świątyni. Z uroczystymi minami zasiadły przy stoliku. Sala świeciła jeszcze pustkami. Obiady wydawano od trzynastej, musiały kilka minut zaczekać, nim z kartą dań podeszła do nich kelnerka. Wysoka, tęga, w ciemnej obcisłej sukience i białym fartuszku, jej ondulowane włosy zdobił nad czołem kawałek białej koronki. Przez moment taksowała wzrokiem smarkate klientki.
– Może wybierzecie sobie coś z zestawów dla dzieci? – doradziła. – O, tu. – Pokazała im odpowiednie miejsce w karcie. – A pieniądze macie, dziewczynki? – upewniła się.
– Tak, rodzice nam dali – skłamała Róża.
W karcie figurowały dwa zestawy. Zamówiły pierwszy: zupa ogórkowa, bitki cielęce, surówka, kompot.
– Nie powiem, że znalazłam, bo jeszcze by nam zabrała – szepnęła Róża, gdy kelnerka odeszła.
Ogórkowa, gęsta i zawiesista, bardzo gorąca, smakowała znakomicie, choć trochę inaczej niż domowa. Jadły w milczeniu, dmuchając raz po raz na podnoszone do ust łyżki, by się nie poparzyć. Drugie danie też wcinały z apetytem, choć Marysia zastanawiała się, co powie w domu, gdy nadejdzie pora obiadu, a ona nie da rady go w siebie wcisnąć. Na wszelki wypadek ziemniaki, prawie nietknięte, zostawiła na talerzu.
Policzyły, że będą musiały zapłacić dwadzieścia jeden złotych i gdy kelnerka przyniosła rachunek, Róża wręczyła jej odliczone pieniądze.
– Jutro znowu możemy przyjść – zaproponowała koleżankom, gdy wyszły na ulicę.
– Fajnie – ucieszyła się Marysia. – Ale mamy za co?
– Nie bój się, jeszcze mamy – uspokoiła ją Róża. – Znalazłam aż dwie dwudziestki, takie zwinięte, leżały tutaj, w kącie. – Wskazała na furtkę przy wejściu na trawnik okalający gospodę. – A obok jeszcze dwie dwuzłotówki, ledwo widoczne w piachu.
– To był jakiś bogaty pijak – dorzuciła Asia.
W domu na szczęście mama podawała obiad dopiero około szesnastej, po powrocie ojca z pracy, Marysia zdążyła więc trochę zgłodnieć i udało jej się przełknąć talerz zupy, zmusiła się nawet do zjedzenia jednego naleśnika. Rodzicom, zdziwionym jej brakiem apetytu, powiedziała, że boli ją brzuch, co w istocie niedalekie było od prawdy.
Nazajutrz, niczym stałe bywalczynie „Ogrodowej”, zamówiły zestaw numer dwa. Pomidorowa z ryżem i pierogi z jagodami, posypane cukrem i polane gęstą śmietaną. Kelnerka zapamiętała je z poprzedniego dnia i gdy zjadły, zapytała, czy im smakowało, ale nawet nie słyszała odpowiedzi, że tak, że bardzo, bo już śpieszyła się do następnych klientów.
Pod wieczór dziewczyny spotkały się znowu. Lipcowy dzień, długi i ciepły, zachęcał do spacerów. Kiedy przechodziły koło „Ogrodowej”, właśnie rozpoczął się dancing i przez otwarte okna na ulicę wylewały się dźwięki muzyki przemieszane z gwarem siedzących wewnątrz ludzi.
Jakby się wszystkie trzy umówiły, zatrzymując się tuż przy trawniku.
– Już nie mamy za co jutro pójść na obiad, zostało tylko pięćdziesiąt groszy. Ale poszukajmy, może znowu ktoś zgubił. – Joanna i Róża miały takie miny, jakby znajdowanie pieniędzy koło gospody stanowiło rzecz najnormalniejszą pod słońcem.
– Zrobimy tak: ja pójdę na ukos na prawą stronę, Aśka w lewo, a ty idź przez środek. Tylko wolno i patrz pod nogi – przykazała Marysi Róża.
Szła, stawiając stopę za stopą, z głową mocno pochyloną.
– Mam dwa złote! – dobiegło z lewej strony radosne wołanie Joasi.
Nie do wiary! Więc to się jednak zdarza, można znaleźć pieniądze na trawniku! Jednak nadzieja, że i ona coś znajdzie, w miarę zbliżania się do otaczającego trawnik niskiego murku gasła w Marysi coraz bardziej. Ale gdy miała już zawrócić, w trawie coś błysnęło i kiedy się schyliła, aż klasnęła w dłonie.
– Mam! Ja też mam! – krzyknęła. – Aż dychę i jeszcze dwie złotówki. Patrzcie!
Koleżanki porzuciły swoje poszukiwania i podbiegły do Marysi. Monety leżały obok siebie jak na wystawie, jakby czekały, aż ktoś je znajdzie.
– Wrzucaj. Razem mamy już czternaście pięćdziesiąt. – Róża otworzyła tę samą portmonetkę, z której wcześniej wyjmowała pieniądze, płacąc za obiady. – Szukamy dalej?
Pokręciły się jeszcze po trawniku, ale nie znalazły nic więcej.
Marysia nawet się ucieszyła, że mają za mało na kolejny obiad w gospodzie. Bała się, że rodzice zainteresują się dokładniej tymi jej nagłymi bólami brzucha, a obiecała koleżankom, że nigdy i nikomu nie zdradzi, skąd mają pieniądze.
– Bo wiesz, po co kto inny ma nam wchodzić w paradę – wytłumaczyła jej Róża. – Na pewno jeszcze niejeden pijak zgubi tu forsę.
– Wiecie co? To może chodźmy na lody? – zaproponowała Marysia.
– Fajny pomysł – pochwaliły ją koleżanki.
W lodziarni zamówiły po dwie gałki.
– Zostało nam niecałe osiem złotych na jutro. A potem się zobaczy – oznajmiła Róża, gdy się żegnały pod domem Marysi.

***
– Już po szóstej, a Róży wciąż nie ma. – Joanna, spoglądając na zegarek, wyrwała Marię z zamyślenia.
– Uprzedzała, że może się spóźnić. Przecież musi najpierw z lotniska pojechać do hotelu. Poza tym mówiła, że nie ma dobrego połączenia tu do nas, że chyba weźmie taksówkę. Pewnie już jedzie. – Maria starała się mówić spokojnie, ukryć narastające wzburzenie. – Może zadzwonię do niej, dowiemy się.
– Już dzwoniłam po rozmowie z Waldkiem, nie odbierała, chyba akurat nie mogła. Sprawdzę jeszcze raz, przy okazji sobie zapalę, a ty zamów nam coś, okej? Może jeszcze po lampce koniaku?
– Świetna myśl. – Marysia skinęła na kelnera.
Joanna z telefonem i paczką papierosów wyszła na taras.

***
Pieniądze znajdowane na trawniku niczym grzyby wyrosłe wśród trawy! Ależ była naiwna. To pewnie one podrzucały, z tego co dostały za łańcuszek. A jednak Maria, mimo bezskutecznie tłumionego żalu, nadal czuła tamtą dziecinną radość i smak zupy ogórkowej.
Swoją drogą jej koleżanki musiały mieć niezły ubaw. Łykała wszystko jak pelikan. Tak jak tę opowieść o brudnych piersiach sióstr Ostatek.
Siostry Ostatek przyszły do ich klasy wskutek jakiejś zmiany rejonizacji szkół. To były te dwie „Afrykanki” z pierwszokomunijnego zdjęcia. Marysia nie od razu je rozpoznała. Teraz, w siódmej klasie, Jadźka i Kryśka wyglądały już jak dorosłe kobiety, masywne i biuściaste. Włosy miały proste, gęste, do połowy pleców, Jadwiga ciemnoblond, a starsza od niej o rok Krystyna (widać po drodze powtarzała którąś klasę) prawie czarne. Te włosy stanowiły ich jedyną ozdobę, poza tym uroda sióstr była co najmniej dyskusyjna. Miały trądzik, zepsute uzębienie, a Jadźce nawet brakowało górnej trójki.
Wraz z nimi przyszła Marta, niewysoka piegowata blondynka z dołeczkami w policzkach. Miała ładny głos i pan od wychowania muzycznego od razu zapisał ją do chóru. Z siostrami znała się z poprzedniej szkoły, ale z powodu jakichś dawniejszych zatargów prawie nie rozmawiały ze sobą.
Martę klasa szybko polubiła, może dlatego, że starała się każdemu przypodobać. Z siostrami sprawa przedstawiała się dużo gorzej. Nie budziły sympatii, a ich nazwisko od razu stało się przedmiotem kpin.
– Kto je ostatki, ten jest piękny i gładki. – Tak dokuczanie siostrom zainaugurował Jurek, a Miro, jego nieodłączny przyjaciel, zarazem największy klasowy szyderca, strawestował powiedzonko: – Ten jest brzydki jak dwa pośladki. – A po chwilce dodał jeszcze: – Dwa pośladki, czyli dupa. Ostatki sratki.
Niby te słowa miały trafić tylko do grona wiernych satelitów, a zwłaszcza satelitek Mira, ale siostry usłyszały je doskonale. Marysi nawet zrobiło się ich żal, tym bardziej że dowcipy Mira nigdy jej nie imponowały i choć dla większości dziewcząt z klasy chłopak był idolem, uważała go za bufona i zarozumialca.
Klasa ścigała się potem w wymyślaniu słów rymujących się z „ostatki” – manatki, kwiatki, wariatki, statki, szmatki…
Po paru dniach zabawa się znudziła, ale bomba wciąż tykała i Miro, zwłaszcza on, nie ustawał w wymyślaniu kolejnych zaczepek.
Siostry Ostatek zaczęły się w końcu odgryzać i odgrażać prześmiewcom.
– Odczepcie się od nas, bo wam spuścimy wpierdol – zagroziła Jadźka, ale spowodowało to jedynie nową falę złośliwości.
Sytuacja zaostrzyła się, gdy któregoś razu polonistka kazała Mirowi, przyłapanemu na grze w okręty z Jurkiem, zmienić miejsce w ławce.
– Usiądź tam, pod ścianą, obok Ostatkówien – powiedziała.
– Ostatkówien gówien – wysyczał Miro, idąc na wskazane miejsce.
Kilka osób zachichotało, ktoś nawet klepnął Mira po ramieniu.
Nauczycielka nie dosłyszała jego słów, ale dla sióstr stanowiło to przelanie czary goryczy. Po lekcjach zaczaiły się za szkołą i napadły na Mira. Kryśka pobiła go tornistrem, a Jadźka workiem z tenisówkami na wuef, do tego skopały go i opluły. Według relacji Jurka, który zresztą szybko salwował się ucieczką, Miro był tak zaskoczony atakiem wściekłych harpii, że nawet nie umiał się dobrze bronić. Nazajutrz w ogóle nie przyszedł do szkoły, a kiedy wrócił, miał pod okiem czarny półksiężyc i na czole fioletową śliwkę.
Dokuczanie Ostatkównom skończyło się jak ręką odjął. Pozornie, bo niedługo potem Marta, która podkochiwała się w Mirku, rozpuściła po klasie szeptaną opowieść o brudnych piersiach Jadźki i Kryśki. To się stało po badaniach w gabinecie lekarskim, gdzie mierzono ich i ważono, a szkolna higienistka sprawdzała czystość.
– Bieliznę miały aż czarną od brudu, aż się lepiła – relacjonowała Marta. – A cycki jak oblepione błotem, najbardziej tu, pośrodku – pokazywała. – Lekarz kazał im się natychmiast domyć, darł się, że jeszcze nigdy nie widział takich brudasek.
Pewnie nie wszyscy kupili tę historię, ale Marysia przez długi czas wierzyła w nią święcie. Siostry Ostatek miewały czasem przetłuszczone włosy i czarno za paznokciami, tym łatwiej było jej wyobrazić sobie ich niedomyte biusty. Ilekroć na nie spojrzała, wyobrażała sobie ciała sióstr oblepione brudem i z kawałami zaschniętego błota między piersiami.
Dopiero tuż przed zakończeniem ósmej klasy, gdy plotki dotarły do Ostatkówien, Marta przyznała się, że zmyśliła tę historię. Może i ona dostała wciry od sióstr.

***
– Te pieniądze na trawniku to też wy? – Maria zadała to pytanie zaraz po powrocie Joanny z tarasu.
– Na trawniku? Pieniądze? – Joanna była autentycznie zaskoczona. Chyba rzeczywiście nie pamiętała szczegółów tamtych wydarzeń.
– Ach, nieważne. – Maria znów zaczęła obwiniać się w duchu, że niepotrzebnie rozdrapuje dawne rany. – Powiedz lepiej, co z Różą. Dodzwoniłaś się?
– Tak. Już jedzie, zaraz tu będzie. Powiedziała, że ma dla nas niespodziankę. A o co chodzi z tym trawnikiem?
– „Znowu jakaś niespodzianka. Czy nie za wiele jak na jeden dzień?” – pomyślała Maria. – Z trawnikiem? – Machnęła ręką. – E, nic ważnego, naprawdę. Coś mi się pokręciło, chyba skleroza mnie łupie. Przepraszam, nie było tematu. – Postanowiła już ani jednym słowem nie wracać do sprawy łańcuszka.
Pojawienie się Róży ucięło rozmowę. Przez chwilę trwało powitalne zamieszanie, zaczęły się ściskać, całować, obrzucać komplementami. Wszystkie trzymały się dobrze, ale Róża, od zawsze najwyższa i najładniejsza z nich, i teraz zwracała uwagę swoją urodą.
– To dla was. – Gdy znowu usiadły przy stoliku, wręczyła przyjaciółkom ładnie opakowane albumy. – Poszperałam w starych zdjęciach, Mike je obrobił komputerowo i zrobił takie sentymentalne książeczki. – Mike, kanadyjski mąż Róży, był fotografem, mieli w Ontario dobrze prosperujący zakład fotograficzny. – Dla mnie też zrobił identyczną – dodała.
W albumach, pomysłowo wplecione w barwne tło, w towarzystwie śmiesznych rysuneczków, znajdowały się ich dawne zdjęcia legitymacyjne, fotki z klasowych wycieczek, czarno-białe, w ząbkowanych obrzeżeniach, niczym w małych białych ramkach. Sporo było też fotografii ich miasteczka sprzed lat, znalezionych przez męża Róży w Internecie.
Ze wzruszeniem oglądały stare kąty. Jedna z fotografii przedstawiała ulicę Ogrodową. Tę z restauracją, w której kiedyś jadły ogórkową i bitki, a dziś wyznaczyły sobie spotkanie. Tyle że dawna „Ogrodowa” teraz nazywała się „Malinowa” i przebudowana, pomalowana na krzykliwe kolory, w niczym nie przypominała starej gospody. W miejscu dawnego wejścia, gdzie szerokie schody wieńczył podparty kolumienkami daszek, obecnie znajdował się taras z parasolami reklamującymi znaną markę piwa. Wokół restauracji nie istniało już ogrodzenie, zniknął też trawnik, zastąpiony wybrukowanym parkingiem.
– „Już nie byłoby gdzie szukać pieniędzy po pijakach” – chciała zażartować Maria, lecz ugryzła się w język. Sama przecież przed kilkoma minutami ogłosiła koniec tematu.
– A dla ciebie mam coś jeszcze – powiedziała Róża, gdy oderwały się wreszcie od oglądania zdjęć. – Tylko pudełeczko jest inne. – Obok dłoni Marii położyła malutką szkatułkę w kształcie serca. – Zawartość ta sama. Otwórz – poleciła tonem dawnej Róży, przywódczyni ich trzyosobowego stada.
W środku znajdował się medalik z łańcuszkiem. Identyczny jak tamten, tak przynajmniej zdawało się Marii na pierwszy rzut oka. Ze zdumieniem, drżącą dłonią wyjęła wisiorek.
– Ale jak? Skąd go masz? Przecież… Aśka, przepraszam, że cię zdradzam – zwróciła się do Joanny. – Ja już wiem wszystko, Asia mi powiedziała – wyjaśniła Róży. – Więc jakim sposobem?… – urwała.
– Zwyczajnie – zaśmiała się Róża. – Odkupiłam go. Aśka tego nie wiedziała.
– Odkupiłaś? – Teraz Joanna nie kryła zdziwienia.
– Tak. Poszłam do tego faceta na targu i odkupiłam.
– E, bujasz. – Joanna wciąż nie chciała uwierzyć. – Nie pogonił cię?
– Nie miał wyjścia. Udałam, że strasznie ryczę i postraszyłam go milicją.
– Ale przecież chodziłyśmy za tę kasę na obiady, na lody, pamiętacie? – Maria wreszcie wyraziła i swoje wątpliwości. – Prawie wszystko wydałyśmy. Skąd wzięłaś na to pieniądze?
– Oj, przestańcie mnie tak przyciskać do ściany. Miałam swoje sposoby, nie musicie wszystkiego wiedzieć – ucięła Róża.
– „Tylko czemu oddaje mi go dopiero teraz? – przyszło do głowy Marii. – Przecież mogła podrzucić, tyle razy była u mnie w domu.”
– Marysiu… – Róża jakby usłyszała myśli przyjaciółki – wstydziłam się. Podobał mi się, ale nie mogłam go nosić, bobyś zauważyła. Strasznie mi głupio. Przepraszam.
– Daj spokój, już okej. – Maria znów zaczęła oglądać wisiorek.
Coś się jednak nie zgadzało. Matka Boska wprawdzie miała nadal swój smutny uśmiech, lecz łańcuszek chyba był grubszy niż tamta pajęczynka. A może tylko Maria zapamiętała go inaczej. Żeby się upewnić, zerknęła na odwrotną stronę medalika. Korona się zgadzała. Gwiazdki chyba też. Ale nie było „Ora Pro Nobis”! Przez okulary, których jeszcze nie zdjęła po oglądaniu albumu, widziała wyraźnie: ten element na medaliku nie istniał.
Podniosła głowę i długo patrzyły sobie z Różą w oczy. Potem uśmiechnęła się i cmoknęła przyjaciółkę w policzek.
– Dziękuję – szepnęła.
– To co, dziewczyny, walniemy jeszcze po koniaczku? – Róża, już wyluzowana, roześmiała się. – Trzeba uczcić spotkanie. Ja stawiam.

6 thoughts on “BEZ BUMU

  1. Zaczęłam ale dziś nie skończę bo pora się szykować na sylwestrowe wyjście.Więc może jutro(tak, tak, wiem od więc …itd), przed noworocznym koncertem z Widnia? 🙂 Ale Haniu, SKĄD wiesz jak byłam ubrana do pierwszej komunii???Ta sukienka,te czeskie buciki! 🙂 Tylko płaszczyk się nie zgadza ale na szczęście nie był potrzebny. Była piękna majowa pogoda.:) C.d. nastąpi ale… czyta się! 🙂

    • Dzięki. 🙂
      Pacz pani, jeszcze się nie znałyśmy, a już nadawałyśmy na wspólnej fali bucikowo-sukienkowej.
      Płaszczyk zaś był szpanem, faktycznie nieprzydatny, bo i w Gubinie pogoda dopisała jak w Połańcu. 😀

      Miłego wyjścia,
      miłego koncertu,
      miłej dalszej lektury.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s