GDZIE SĄ NIEGDYSIEJSZE ŚNIEGI?

Pociąg Szczecin – Przemyśl przyjechał z prawie godzinnym opóźnieniem. Mocno już zmarzli, czekając na peronie, w zacinającym raz po raz śniegu, przed którym dach peronu marne dawał schronienie. Potem było już tylko gorzej. W zatłoczonych wagonach ludzie stali w ścisku na korytarzach. Basi i Jackowi ledwo udało się wsiąść. Z trudem znaleźli dla siebie trochę miejsca, co, zważywszy na rozmiary Jackowego plecaka, wcale nie było łatwe. Prócz plecaka miał jeszcze spory neseser. Wyprowadzał się przecież i musiał zabrać co najkonieczniejsze: ubrania, śpiwór, buty, gruby koc, poduszkę, trochę książek. Na szczęście Basia spakowała się tylko w nieduży plecaczek. Lecz i tak inni pasażerowie patrzyli na ich bagaże ze złością. Zwłaszcza ci, którzy usiłowali się przecisnąć do toalety. W niej zresztą też stały na baczność aż trzy osoby i nie szło wetknąć szpilki.
Pociąg wlókł się niemiłosiernie, co chwilę stając w szczerym polu. Minęło już z sześć godzin, a Basi i Jackowi nie udało się dojechać nawet do Wrocławia, choć według rozkładu jazdy mieli tam być znacznie szybciej. Cóż dopiero mówić o Bieszczadach! Szanse, że zdołają dotrzeć na miejsce choćby na krótko przed północą, by wznieść toast noworoczny w cieniu połonin, z każdą chwilą stawały się zerowe. Zanosiło się na to, że spędzą sylwestra w pociągu! Konduktor, zdoławszy sprawdzić bilety tylko w pierwszym wagonie, zrezygnował z przepychania się dalej. Naciskany przez pasażerów, nie umiał podać żadnej informacji prócz tej, że dalsza podróż zapowiada się jeszcze gorzej.
Wieść ta dotarła do Basi i Jacka w momencie, gdy zorientowali się, że pociąg wreszcie dojeżdża do Wrocławia. Postanowili zrezygnować, przynajmniej na razie, z dalszej podróży. Przekoczować u Bożeny i Ryśka. Z pewnością było to lepsze rozwiązanie niż dalsza niepewna jazda w zimnie i ścisku. Z dworca, choć objuczeni ciężkimi bagażami, powlekli się piechotą, bo do tramwaju też trudno było się dopchać. Mimo silnego mrozu miasto żyło gorączkowymi przygotowaniami do sylwestrowej nocy.
Już z daleka Basia zobaczyła, że szwagier i Bożenka upychają walizki w bagażniku samochodu, a dzieciaki siedzą w środku. Ucieszyła się, że zdążyli ich jeszcze dopaść. Nim udało jej się cokolwiek powiedzieć, siostra, zrobiwszy wielkie oczy, wyrzuciła jednym tchem:
– Baśka, co ty tu robisz? Ojciec miał zawał, jedziemy do niego. Mama dzwoniła do ciebie, ale już cię nie zastała w akademiku. Nie wiedzieliśmy, jak cię zawiadomić.
– Boże, co się stało?
– Nic dokładnie nie wiemy. Jest w szpitalu. Żyje, to najważniejsze. Ale mama tak strasznie płakała, że postanowiliśmy natychmiast ruszać. To cud, że akurat się tu znaleźliście.
– Wybraliśmy się na sylwestra w Bieszczady, ale… To zresztą teraz nieważne. adę z wami! – zdecydowała Basia. – Jacek, trudno – zwróciła się do chłopaka.
– Jasne – przytaknął, nie umiejąc jednak ukryć rozczarowania.
Ryśkowie zostawili mu klucze od mieszkania, miał je potem oddać sąsiadom. Nazajutrz zamierzał kontynuować podróż.
Gdy po kilku próbach Rysiek wreszcie odpalił auto, Basia z sercem pełnym strachu o ojca, bez uśmiechu pomachała Jackowi na pożegnanie.
*
Przejazd przez Wrocław nie należał do najłatwiejszych, ale dopiero gdy znaleźli się za miastem, zaczął się prawdziwy horror. Warunki były tak trudne, że chwilami dalsza jazda wydawała się niemożliwa. Wielokrotnie musieli się zatrzymywać. Szosa, nie dość że strasznie oblodzona, tak była zasypana śniegiem, że Rysiek musiał wychodzić z samochodu i z bliska przyglądać się drodze, szukając możliwości dalszej jazdy. W aucie na szczęście było ciepło, a na trasie prawie pusto. Uniknęli więc jakiejś groźniejszej kolizji, nie licząc paru poślizgów, gdy o mało nie wylądowali na drzewie czy w rowie.
Cało i zdrowo dotarli do domu już grubo po północy. Nawet nie złożyli sobie życzeń noworocznych, nikt nie miał do tego głowy. Mama czekała na nich przy zapalonej świeczce w zimnym pokoju, w piecu już dawno zdążyło wystygnąć. Prądu nie było od kilku godzin. Z tranzystorowego radia, które stało w kuchni, dowiedzieli się, że zima, którą niebawem okrzyknięto zimą stulecia, sparaliżowała cały kraj. Prawie nie działała komunikacja, milczały telefony, odwołano po Nowym Roku zajęcia w szkołach. Uświadomili sobie, że ta wyprawa samochodem, choć tak karkołomna, była jedyną szansą, by dotrzeć na miejsce. Pociągiem czy autobusem na pewno by się nie udało. (…)

Pojechała w lutym. Nadal trwała, raz atakując, raz słabnąc, zima stulecia. Podróż jednak minęła Basi bez specjalnych przeszkód. Tylko wymarzła się strasznie, jadąc tak długo, zwłaszcza podczas kilku przesiadek. (…)
Podróż powrotna z początku nie zapowiadała się źle. Autobus dojechał bez przeszkód do Przemyśla, skąd Basia miała pociąg. W przedziale było ciepło i jeszcze sporo wolnych miejsc. Opędzając się od złych wspomnień i niesmaku po wczorajszej kłótni, próbowała się zdrzemnąć. Nie udało się, zaczęła więc czytać książkę.
Od Krakowa sytuacja zmieniła się diametralnie. Wsiadło mnóstwo ludzi. Pociąg raz po raz z niewiadomych powodów zaczął przystawać. W końcu gdzieś w szczerym polu zatrzymał się na dobre. Basia, zaczytana, nawet nie miała pojęcia, jak to długo trwało. Postój przeciągał się, w wagonie robiło się coraz chłodniej. Pasażerowie, nie mając żadnej informacji, w końcu zaczęli wychodzić. Ktoś stwierdził, że tory są zasypane śniegiem, pozamarzane. Nie wiadomo, kiedy i czy w ogóle da się jechać dalej.
Wysiadła więc i Baśka. Brnęła wraz z tłumem przez zaspy. Jeden z podróżnych rozpoznał okolicę i reszta wędrowała za nim. Dotarli w ten sposób do podmiejskiego przystanku. Okazało się, że można stamtąd dojechać do Katowic, aż do dworca głównego. Czekali długo, Basia okropnie zmarzła. Kiedy autobus wreszcie nadjechał, kierowca się zlitował i upchnął w środku masę ludzi. Spora część pasażerów i tak musiała zostać i czekać na następny kurs, Basi udało się jednak wcisnąć do środka za pierwszym razem.
Niczym śledzie w beczce dotarli do Katowic. Na dworcu informowano o wielominutowym opóźnieniu wszystkich pociągów dalekobieżnych, które to opóźnienie oczywiście mogło „się zwiększyć lub zmniejszyć”. Ciekawe, że zawsze podawano to w minutach, mimo że spóźnienie trwało zwykle dużo więcej niż godzina, a nawet kilka! Basia zorientowała się w możliwościach dalszej jazdy. Nie zapowiadały się ciekawie. Poszła więc najpierw coś zjeść w dworcowej restauracji. Bardzo długo czekała na kelnera, wreszcie przyjął zamówienie na kawę i kotlet z surówką. Na wszelki wypadek zapłaciła z góry. Zanim zdążyła dopić kawę – czekanie na otrzymanie zamówionego dania znów się mocno przedłużało – usłyszała przez megafon zapowiedź jej pociągu! Widocznie zdołano go jakoś uruchomić czy też odśnieżyć te rozjazdy… Pośpiesznie zabrała swoje rzeczy i pobiegła na peron.
Dalsza część podróży też daleka była od przyjemności. W pociągu zimno, tłok, Wars nieczynny, ludzie poirytowani i kłótliwi… Kiedy Basia wreszcie, z sześciogodzinnym opóźnieniem, zmarznięta i głodna, przybyła do celu podróży, chciało jej się na przemian to płakać, to pomstować. „Żadnych więcej Bieszczadów! A już na pewno nie zimą” – odgrażała się w duchu.

Tytuł oczywiście nie mój, choć też z ballady – pochodzi z wiersza F. Villona „Ballada o paniach minionego czasu”.

31. 12. 2018

Reklamy

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.