HISTORIA CZTEROTOMOWA

Kiedy umarł synek pani Lali, omal nie wylądowałam na śmietniku. Salowa Irenka już się szykowała, by mnie wywalić do kubła z odpadkami, na szczęście Jadwiga złapała ją za rękę.
– Irena, zwariowałaś? Co ma do rzeczy książka? Widocznie tak się musiało stać i nic już na to nie poradzimy. Strasznie mi pani Lali żal, pewnie dużo czasu minie, zanim się pozbiera. Ale książki wyrzucać na śmietnik? Tego się nie robi i już.
– A widziała siostra, w którym miejscu pani Lala przestała czytać? – Irenka nie zamierzała odpuścić. – Bo mnie już wcześniej coś tknęło i zerknęłam. O, proszę, niech siostra sama zobaczy! – Wzięła mnie do ręki i otworzyła w miejscu zaznaczonym zakładką. „Nad ranem Piotruś skonał. Zem… dlo… zemdloną panią Barbarę nacierano wodą la… lawendo…” – zaczęła dukać. – Jak byk tu stoi, że Piotruś umarł. Że też pani Lala akurat to musiała przeczytać… Pewno przez to się stało.
– Na miłość Boską, kobieto, co ty za głupoty wygadujesz? – Siostra Jadwiga rozgniewała się nie na żarty. – W dwudziestym wieku takie zabobony? Weź ty się lepiej do roboty, bo zaraz śniadanie dziewczyny zaczną rozwozić, a podłoga brudna i szafki niepowycierane. A tej książki już lepiej nie dotykaj, bo jeszcze jaki diabeł z niej wyskoczy i zrobi ci kuku. Jasne?
– Jasne, jasne – mruczała pod nosem Irenka, przecierając szmatą blaty szafek. – Inteligenty przemądrzałe. Ja i tak wiem swoje.
– Analfabetki przemądrzałe – odcięła się Jadwiga. – „Isaurę” sobie w telewizji pooglądaj. Przy książce byś się tylko zmęczyła, bidulko.
Po tym zdarzeniu jeszcze bardziej polubiłam siostrę Jadwigę. Choć właściwie już od pierwszej chwili, gdy znalazłam się w szpitalu, wiedziałam, że porządna z niej kobieta. Inne pielęgniarki z ginekologii, młode siksy z minami „za te marne grosze tak się muszę naharować”, owszem, swoje obowiązki wykonywały sumiennie, ale do pacjentek rzadko która odzywała się serdecznie. Tylko siostra Jadzia miała dla każdej kilka miłych słów, żarcik, uśmiech. Raz usłyszałam, jak pacjentki szeptały między sobą, że ona jest bezdzietna i że dojeżdża do pracy z M., mimo że tam też jest szpital, bo ma męża pijaka i chce jak najdłużej być poza domem. Nie wiem, czy to prawda, ale jeśli tak, moja sympatia dla Jadwigi jeszcze wzrosła. Ma kobieta niełatwe życie, a tyle serca dla innych.
I dla mnie! Ocaliła mnie przecież. Miałam nadzieję, że nie tylko do chwili, aż zakończy dyżur. Leżałam na szafce przy łóżku, na które już nie wróciła pani Lala. Byłam bardzo smutna, ale ciekawa, co stanie się ze mną dalej.

*
Oddział patologii ciąży w pamiętającym jeszcze czasy przedwojenne szpitalu to była jedna duża sala z dziesięcioma łóżkami. Tuż za nią mieściła się czteroosobowa salka pooperacyjna. Przebywały na niej kobiety po cesarkach, którym do karmienia przynoszono dzieci z sali noworodkowej. Za nią i za dyżurką pielęgniarek znajdowała się ubikacja i łazienka z prysznicem za ceratową zasłonką.
Wstęp na oddział miały tylko osoby upoważnione, czyli lekarze i pielęgniarki. Przez oszkloną szybę w drzwiach korytarza kobiety mogły porozmawiać na migi z odwiedzającymi je gośćmi. Częściej te kontakty – bo odwiedziny w malutkiej poczekalni dozwolone były tylko w środy i w niedziele – odbywały się przez okno. Pod warunkiem, rzecz jasna, że pielęgniarki akurat nie znajdowały się w pobliżu. I mogły tak sobie radzić tylko te pacjentki, którym wolno było wstawać z łóżka.
Tego wszystkiego dowiadywałam się stopniowo, dzień po dniu, wystarczyło tylko się przyglądać i słuchać, o czym rozmawiają ciężarne. Życie szpitalne wyznaczały wczesne pobudki na mierzenie temperatury, poranne, a często też wieczorne wizyty lekarzy, rozwożenie posiłków, roznoszenie przez siostry leków, mierzenie ciśnienia i przykładanie tych trąbkowych stetoskopów do brzuchów pacjentek. Mimo tej monotonii, choć spędziłam tam sporo czasu, nie nudziłam się. Każdego dnia działo się coś nowego. Jedne panie wychodziły do domu, inne zabierano na porodówkę lub na salę operacyjną, przychodziły następne, i tak w kółko.
Znalazłam się na tej sali, gdy wkroczyła na nią pani Lala. Inne pacjentki od razu poczuły się przy niej jak brzydkie kaczątka. Pachnąca perfumami, ze starannie ułożoną, mocno natapirowaną fryzurą, ubrana była w nowiusieńką, olśniewająco białą szpitalną koszulę, z troczkami zawiązanymi pod szyją w zgrabną kokardkę. Na ramiona zarzuciła szlafrok, też najwyraźniej dopiero co wyjęty z opakowania. Z prywatnych rzeczy na oddziale wolno było mieć tylko kapcie. „Państwowe” koszule i szlafroki dostawało się, wskutek licznych prań, spłowiałe i pożółkłe, z troczkami często niekompletnymi lub całkiem bez nich. W dodatku koszulki, z dużymi aż do pępka rozcięciami, były zwykle albo za ciasne, albo zbyt obszerne. Tyle tylko, że czyste. Pani Lala, choć też w szpitalnych, ale nieskalanych jeszcze żadnym praniem ciuchach, wyglądała na tym tle jak barwny ptak.
Na oddział przybyła nietypowo, bo wieczorem. Torbę, w której się znajdowałam, wcisnęła najpierw w głąb szafki, lecz po chwili wydobyła mnie z niej.
– Co ten mój mąż tu włożył? – zdziwiła się. – Nawet nie zauważyłam, gdy pomagał mi się pakować. Prosiłam wczoraj, żeby mi kupił jakieś romansidło, a on co? „Noce i dnie”, dwa tomy!
– Są jeszcze dwa – bąknęła z przekąsem pani Krysia, pacjentka spod przeciwległej ściany.
– To akurat wiem, moja droga. – Pani Lala okrasiła swą wypowiedź pełnym wyższości uśmiechem. – Ale przecież nie będę tu leżeć do Bożego Narodzenia. Dobrze przynajmniej, że mąż mi całego kompletu nie wpakował. Oj, ci mężczyźni.
Znałam panią Lalę krótko, ledwie od poprzedniego dnia, ale gdy znalazłyśmy się w szpitalu, od razu spostrzegłam, że jest osobą, z którą personel musi się szczególnie liczyć. Kiedy wyszła do łazienki i inne panie wymieniły między sobą uwagi, dowiedziałam się, że to znajoma ordynatora. Grażyna, pielęgniarka mająca akurat nocny dyżur, też skakała koło niej bardziej niż koło innych pacjentek.
Gdy pani Lala wróciła spod prysznica, już ze zmytym makijażem, ale nadal wytworna i pachnąca, rozmowy na sali przycichły.
– Pani też, widzę, już na ostatnich nogach – zagadnęła Ewę, młodą kobietę z sąsiedniego łóżka. – Rozwiązanie lada moment? O matko, ale to łóżko niewygodne, jak ja tu wytrzymam. Mam nadzieję, że się długo nie pomęczę. I tak już jestem dziesięć dni po terminie. Lekarze powiedzieli, że jeśli nadal nie będzie akcji porodowej, zrobią mi cesarkę. Zresztą i tak muszą, bo miałam już dwie. Syn dorosły, córka w szóstej klasie. Zła na mnie, bo do tej pory to ona była w domu królewną, a tu trzeba się będzie dzielić miłością z braciszkiem. Albo z siostrzyczką. A pani? To pani pierwsze?
– Tak, pierwsze. – Pani Ewa, wreszcie dopuszczona do głosu, uśmiechnęła się. – Ale nogi jeszcze nie takie ostatnie, dopiero koniec ósmego miesiąca. Mąż mnie przywiózł przedwczoraj rano, stwierdzili łożysko przodujące, nakazali leżenie bezwzględne, nie wolno mi wstawać…
– Oj, to okropne – weszła jej w słowo pani Lala. – Mnie też kazali leżeć, ale przecież nie będę… – Skrzywiła się, ściszając głos. – No, wie pani, siusiu robić do basenu. Pani z pewnością już ciężko tak leżeć. Brzuch wielki, może to będą bliźnięta?
– Chciałabym. Najlepiej Jasia i Małgosię, za jednym zamachem. Ale chyba się nie uda, słychać tylko jedno tętno. Lekarz dziś mówił na wizycie, że dziecko będzie ogromne. I że od jutra już mogę chodzić do łazienki, na szczęście wszystko się uspokoiło. Tylko muszę być w szpitalu aż do rozwiązania.
– Trudno, kochanie. Jak trzeba, to trzeba. – Pani Lala, na znak, że rozmowę uważa za chwilowo zakończoną, podniosła sobie wyżej oparcie łóżka, i ku mojemu zaskoczeniu wzięła mnie do ręki i zatopiła się w lekturze.
Aż do tej chwili miałam żal, że pani Lala mówiła o mnie z takim lekceważeniem. Przecież jestem dziełem jednej z największych polskich pisarek. W dodatku, jako świeżo zakupiona, pachniałam nowością, i nawet pani Lala, gdy mnie otworzyła, najpierw przytknęła do mnie nos i uśmiechnęła się z lubością. To stara sztuczka nas, książek. Ten zapach działa jak narkotyk. Pocieszyłam się, że ona złościła się tylko na moją objętość, nie zawartość. Ciekawiło mnie też, co się dzieje z moją drugą częścią – bo chyba nie została w księgarni?! – i kiedy znów się spotkamy.
Pani Lala wręcz była zła, że ledwo trochę poczytała, siostra Grażyna wyłączyła nam światło na noc. Mówię „nam”, bo przecież i ja stałam się częścią tej sali. Niczym nieśmiały przebiśnieg, dopiero co rozglądający się po świecie, rozkwitła we mnie nadzieja, że spodobałam się czytającej.

*
Następnego dnia tyle się znów działo, że pani Lala przez wiele godzin nawet mnie nie tknęła. Najpierw po śniadaniu długo plotkowała i ocieplała stosunki z innymi paniami, potem poszła do dyżurki pielęgniarek spotkać się z mężem, choć na naszym oddziale wizyty były zakazane, w tym czasie wypisano do domu panią Asię, która tu była na podtrzymaniu ciąży, jej łóżko zajęła nowa pacjentka, a panią Elżbietę zabrano na porodówkę. Po obiedzie zaś pani Lala ukręciła sobie kogel-mogel. Mąż jej przyniósł jajka i cukier, prócz tego kompot i torbę jabłek, którymi pani Lala częstowała pozostałe panie i chrupały wszystkie zgodnym chórem.
Wciąż czekałam, aż sobie o mnie przypomni, lecz przed kolacją ucięła sobie długą drzemkę i dopiero wieczorem znów do mnie zajrzała. Po kilku minutach powiedziała jednak:
– Nie. Jednak nie chcę tego czytać. To takie smutne.
Ależ mnie znów zmartwiła! Co z tego, że smutne? Przecież ja jestem o ludzkich losach, wiadomo, różnie się w nich plecie. Niewesoło również.
– Mąż ma mi przynieść najnowszy numer „Kobiety i Życia”, ale to dopiero jutro – kontynuowała pani Lala. – Może mają panie coś lżejszego?
– Ja już kończę kryminał, możemy się jutro wymienić książkami – powiedziała pani Marta spod okna.
Znów serce zabiło mi radośnie. Będę miała nową czytelniczkę!
– Lubię kryminały. A co pani czyta? – Pani Lala wyraźnie się ożywiła.
– „Dziesięciu małych Murzynków”.
– O, znam to. Ale chętnie przeczytam znowu. – Ucieszyła się. – Lektura w sam raz na leżenie w szpitalu.
Jednak nie doszło do wymiany mnie na książkę Agaty Christie. Zanim siostra Tereska przyszła wyłączyć nam światło (tym razem ona miała nocny dyżur), coś złego zaczęło się dziać z panią Lalą. Pani Ewa dzwonkiem alarmowym wywołała pielęgniarkę, zaraz potem na oddziale zrobił się ruch i wezwany lekarz zaordynował, by pacjentkę zabrano czym prędzej. Dokąd, nie powiedział, lecz wszystkie panie były przekonane, że zaczęła się wreszcie wyczekiwana akcja i panią Lalę zawieziono na salę operacyjną. Zanim usnęły, pani Krysia po powrocie z łazienki przekazała, że usłyszała pod dyżurką sióstr o jakichś komplikacjach i że nie wiadomo, co będzie z dzieckiem. Nie było jednak pewności, że to chodzi o dziecko pani Lali.
Rano na dyżur przyszła siostra Jadwiga. Nie żartowała jak zwykle, w milczeniu mierzyła pacjentkom ciśnienie, aż pani Krysia odważyła się zapytać, co z panią Lalą. Okazało się, że jej dziecko, chłopczyk, było tak owinięte pępowiną, że niewiele już się dało zrobić i malutki po niedługim czasie zmarł. Pani Lali, po wybudzeniu z narkozy, nikt jeszcze nie miał odwagi zawiadomić, dopiero ordynator, gdy przyjdzie na wizytę, ma to zrobić. Ona jest teraz na sali pooperacyjnej i wciąż śpi, to nawet dobrze.
– Och, kobietki, tak to już jest w pracy położnej. – Siostra Jadwiga, choć twarda z niej sztuka, była mocno poruszona. – Wielka radość, gdy rodzi się nowy człowiek, ale są i dramaty…
A potem salowa Irena przyszła sprzątać i znów stałam się tematem numer jeden. Jednak wcale mnie to nie cieszyło. Niczym do studni wpadłam w poczucie winy i nawet ocalająca moją egzystencję interwencja Jadwigi nie poprawiła mi nastroju. Pocieszałam się wprawdzie, że to tylko tragiczny zbieg okoliczności i gdyby sytuacje opisane w książkach mogły dla tych czy owych stawać się złym znakiem, liczba czytelników szybko zmalałaby do zera. Przecież łączenie śmierci Piotrusia Niechcica ze śmiercią synka pani Lali to absurd. Lecz nic a nic nie było mi lżej.
Dopiero po obiedzie pani Krysia, jako delegatka naszej sali, odważyła się odwiedzić panią Lalę. Przyniosła smutne wieści.
– Straszne, co ona przeżywa. Kobieta wygląda, jakby się o dziesięć lat postarzała. Pielęgniarka przychodzi masować jej piersi i ściągać pokarm, a pani Lala tylko płacze. Choć to podobno była wpadka, jaka to tragedia stracić dziecko. Dobrze, że jeszcze tych dwoje ma, i mąż ją był pocieszać… A, właśnie. Pani Lala powiedziała, że już nie chce tych „Nocy i dni”. Widocznie Irenka jej zdążyła coś nagadać. I jeśli któraś z nas by chciała, niech sobie weźmie. Mąż pani Lali podobno zostawił już w dyżurce drugą część.
Jakby na potwierdzenie tych słów weszła do sali siostra Jadwiga. Bardzo się ucieszyłam, że trzyma w ręku moją młodszą siostrę.
– Pani Lala was pozdrawia, dziewczyny, i pewnie już wiecie – zawiesiła głos, wskazując na książkę. – Która ma ochotę wziąć?
Zapadła cisza. Wystraszyłam się, że nie znajdzie się chętna, bo wszystkie będą się teraz mnie bały.
– Kobiety, no przestańcie. Chyba nie uwierzyłyście w te bajdy Irenki? To naprawdę dobra powieść. – Jadwiga położyła moją siostrę obok mnie i po sekundzie napotkała wzrok pani Ewy.
– Czytałam „Noce i dnie” w liceum. Podobały mi się, a nie mam swoich, więc chętnie wezmę. Zwłaszcza że mam tu tak długo leżeć, już teraz zacznę czytać – powiedziała pani Ewa, a ja miałam ochotę podskoczyć z radości. Przeczyta mnie! Na pewno znów jej się spodobam. I będziemy z siostrą stały na regale w domu pani Ewy – bo byłam pewna, że taka osoba musi mieć co najmniej jedną półkę z książkami.
Z kobiet na sali dopiero teraz zeszło napięcie.
– Ja strasznie nie lubiłam szkolnych lektur. „Noce i dnie” też nudy – zaczęła ta nowa z łóżka najbliżej drzwi. Omal na znak protestu nie tupnęłam okładką! – Ale serial był dobry, oglądałam – kontynuowała. Potem rozgadały się wszystkie:
– A pamiętacie, jak ten facet w białym garniturze jej te lilie przyniósł ze stawu? Piękny był.
– E, gdzie tam. Goguś taki. Jej mąż był fajniejszy, tylko ona go przez tyle lat nie umiała docenić.
– Właśnie. Wciąż się tylko darła, Bogumił, Bogumił… Albo ta ich babcia, co im z domu uciekała.
– Nie babcia, tylko matka.
– Oj, nieważne, dla wnuków babcia. Mieli z nią sto światów.
– Moja babcia też nam tak zwiewała, wciąż jej trzeba było pilnować, do mojego ojca mówiła ”Januszku”, choć on Józef…
– Dobry ten film, życiowy.
Pani Ewa słuchała jednym uchem, nie wtrącając się do rozmowy, bo od razu zaczęła mnie czytać. Szybko ulotnił się mój poranny smutek.
Od tego momentu towarzyszyłam jej przez wiele kolejnych dni. Zdążyła skończyć i jeszcze sobie z siostrą Jadwigą pogadały o mnie, nim wzięto ją na operację. Zresztą sporo dni przed terminem, bo po tym przodującym łożysku, a i po tej historii z panią Lalą, woleli nie ryzykować. Przeniesiono mnie wraz z rzeczami pani Ewy na salkę pooperacyjną i tam czekałam cierpliwie, aż ją przywiozą. A potem poznałam Jaśka, jej synka. Był taki śliczny!
Dopiero w przeddzień wyjścia ze szpitala poznałam nazwisko mojej właścicielki.
– Pani Stępień, jutro wypis – powiedział ordynator na porannym obchodzie i nazajutrz mąż pani Ewy, Karol, przyjechał po nią czerwonym zaporożcem. Zapakowali synka w kocyk, mnie wrzucili do bagażnika – i rozpoczęłam nowy etap swojego życia.
Jednak nie od razu szczęśliwy, choć taką miałam nadzieję.

*
Minęły długie lata, nim moje życie znów nabrało rumieńców. Coraz bardziej, tkwiąc jak próchniejący kołek w płocie na regale w domu Stępniów, porastałam kurzem i nikt się mną nie interesował. Pani Ewa, gdy Jaś poszedł do przedszkola, wróciła do pracy i w godzeniu licznych obowiązków nieczęsto jej się udawało znaleźć czas na czytanie. A gdy znowu zaczęła chodzić do biblioteki i kupować książki, na mnie nadal nie przejawiała ochoty. Te nowe koleżanki zajmowały coraz więcej miejsca wokół mnie. Kolorowe i pachnące, rozpychały się, pyszniły lakierowanymi obwolutami, mając w pogardzie szarą bidulkę w miękkich okładkach. W nocy, gdy zasypiałam, pewnie mnie obgadywały. Nawet nie bardzo miałam im to za złe – też kiedyś byłam młoda i pewna siebie.
Ludlumy, Stasiuki, Kapuścińscy i Głowaccy, Olgi Tokarczuk i Masłowskie, Suskindy i Pilchy… Niczym w kawiarni literackiej, do której co jakiś czas wchodził ktoś nowy, kogo można zaprosić do stolika na kielicha czy kawę, całe to towarzystwo rozpychało się łokciami i bawiło doskonale. Ja stałam w kącie. Na półce nade mną Lemy, którymi zaczytywał się pan Karol, też nie były lepsze. Wciąż popisywały się mądrościami w rodzaju „emisja biofilna” czy „tensory grawitacji” lub przerzucały cytatami z „Bajek robotów”. Niekiedy tylko Mrożek, podobnie osamotniony jak ja, puszczał do mnie oko, lecz marna to była pociecha. Też już nie pierwszej młodości, pani Ewa miała go jeszcze z czasów studenckich. Nawet któregoś wieczoru zagadałam do niego, ale to taki mruk. Bąknął jedynie „aha” – i już był koniec konwersacji.
Raz tylko doczekałam się wzmianki na swój temat. Wzmianeczki zaledwie. Gdy Jaś poszedł do pierwszej klasy – a do szkół krótko przedtem wprowadzono religię – któregoś dnia dowiedział się, co to jest grzech i że jest nim przywłaszczenie cudzej rzeczy, czyli kradzież. Przyznał się wtedy rodzicom, że ten resorak, o którym wcześniej mówił, że go znalazł na podwórku, zabrał swojemu koledze. Nie było z tego wielkiej awantury, obiecał, że więcej tak nie zrobi, tylko rodzice byli trochę zmartwieni i usłyszałam, jak wieczorem pani Ewa mówi do męża:
– Łyknęliśmy jego tłumaczenie o podwórku jak naiwne pelikany. Ale czy spodziewałbyś się czegoś takiego po naszym synu? Mam nadzieję, że zrozumiał i że nie wyrośnie z niego drugi Tomaszek Niechcic.
Tylko tyle. Wciąż nikt mnie nie brał do ręki, nie dotykał moich kart, nie głaskał. Bo nawet gdy Jasiek był już w liceum i matka na wieść, że właśnie ma do przeczytania „Noce i dnie”, powiedziała mu, że stoję na prawej półce, tej od ściany, oznajmił, że wystarczy mu dobre opracowanie.
Ze smutku więc schłam i żółkłam.
W dodatku nadeszła era Internetu. Komputer Stępniowie mieli w domu już od dawna, ale dopiero gdy pani Ewa zalogowała się (słuchając rozmów moich gospodarzy, wciąż poznawałam nowe słowa) na tym jakimś fejsbuku, szybko tam ugrzęzła i przez długi czas w ogóle książek nie brała do ręki.
Aż któregoś dnia…
– Odnalazłam swojego Toliboskiego – usłyszałam, wyrwana z popołudniowej drzemki. Toliboskiego! Z pewnością się nie przesłyszałam. Lecz przez lata tak już zdążyłam zgorzknieć, że nawet to nazwisko niespecjalnie mnie poruszyło. Słuchałam jednak dalej.
– No tak, Toliboskiego. Nie pamiętasz, jaka w ogólniaku byłam zakochana, jak mi Krzysiek znosił kwiaty? Śmiałaś się, że on zaraz wejdzie do sadzawki po jakieś lilie, tylko że żadnej sadzawki nie było w pobliżu. Ale w naszych rozmowach on już został panem Toliboskim. Tak, tak, jest na fejsie.
Pani Ewa mówiła to do Małgochy, swojej najlepszej przyjaciółki z lat młodości. Często rozmawiały przez komórkę. Telefon komórkowy był – dawniej mi nieznanym – wynalazkiem do kontaktów ze światem. Gdy słyszałam jego sygnał i potem ludzi mówiących do tego ciupkiego pudełeczka, aż trudno było mi uwierzyć, że kiedyś, gdy pani Ewa rodziła Jasia, położnice taki kontakt miały jedynie przez okno. Jakże ten świat się zmienia…
– No, trochę się postarzał. Jak wszyscy. Szpakowaty i lekko wyłysiał – relacjonowała pani Ewa. – Ale nadal przystojny. Jest po rozwodzie albo w separacji z żoną, nie dopytywałam się. Zaproponował mi spotkanie…
Słuchała przez chwilę, co na ten temat sądzi przyjaciółka, wreszcie roześmiała się.
– Oj, przestań krakać. Jeszcze o niczym nie zdecydowałam. Ale pokusę mam silną, jasne. Może będzie jakieś spotkanie klasowe, to wtedy. – I za moment dorzuciła: – No coś ty! Karola nikt mi nie zastąpi. Ale wiesz, stare sentymenty.
Parę tygodni później faktycznie pojechała na spotkanie absolwentów, ale z tym Krzysztofem nic się nie utkało. Kiedy z Małgochą przez telefon wymieniały się wrażeniami, usłyszałam:
– Eee, daj spokój. No tak, wciąż czarujący ten mój Toliboski, niech ci będzie. Tak, widziałam, że robi do mnie maślane oczy. Ale coś ty. Sama nie rozumiem, co mi się w nim kiedyś podobało. Młody byłam, to i głupia. Nie, nie. Na pewno. Nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki.
Kontakt pani Ewy z Internetem po tym wyjeździe też trochę przybladł. Za to ja skorzystałam! Paradoksalnie – ten cały fejs znów przywrócił mnie do łask.
Krótko bowiem po tej rozmowie z Małgochą pani Ewa podeszła do regału z książkami i sięgnęła po mnie. Zapewne to spotkanie koleżeńskie wzbudziło w niej dawne sentymenty. Kiedy usiadła w fotelu i otworzyła mnie na pierwszej stronie, a potem na długie godziny zatopiła się w lekturze, jeszcze nie śmiałam uwierzyć, że reaktywacja naszej znajomości staje się faktem. Dopiero gdy wrócił pan Karol, zyskałam pewność, że oto zaczął się dla mnie nowy etap. Jakże szczęśliwy!
Panu Karolowi dopiero wieczorem udało się oderwać żonę od lektury. Gdy siedzieli przy kolacji, powiedziała:
– Ależ wsiąkłam w tę powieść. Jaka z tej Dąbrowskiej była mądra kobieta. Skąd ona wiedziała tyle o życiu rodziny, o dzieciach? Przecież nie miała swoich… i podobno nawet na stare lata była w związku z kobietą. Genialna pisarka.
Te słowa Ewy wznieciły nowy żar w moim zasuszonym, zgorzkniałym sercu. Tak, Ewy. Teraz już mogłam darować sobie tę oficjalną „panią”. Ewa stała się moją najlepszą przyjaciółką. Od tego dnia co roku latem czytała mnie, za każdym razem odkrywając nowe smaki.
Któregoś razu pojechała odwiedzić znajomą, leżącą w szpitalu po operacji woreczka żółciowego. W tym samym szpitalu, gdzie kiedyś urodziła Jaśka. Szpital teraz wygląda zupełnie inaczej, rozbudowany, nowoczesny, nie taka zapyziała dziupla jak dawniej. I chorych można odwiedzać w każdej chwili, a nie tylko kontaktować się z nimi przez okno. A obok szpitala znajduje się lądowisko dla helikopterów. No, no.
Słyszałam, jak Ewa po powrocie relacjonowała to wszystko mężowi. Najciekawsze było spotkanie z… panią Lalą! Ewa nie od razu ją poznała, minęło przecież trzydzieści lat. Pani Lala też przyszła do kogoś z wizytą. Nadal elegancka i zadbana, choć już po siedemdziesiątce. Razem potem wyszły z budynku. Na parkingu czekał na panią Lalę młody chłopak.
– To mój wnuk, Piotruś, syn tej córki, o której pani opowiadałam – przedstawiła go. – Pamięta pani?
– Tak, nazywała ją pani królewną, pamiętam. – Ewa potwierdziła, ale już nie ciągnęły dalej tych wspomnień.
Niesamowite. Historia w pewien sposób zatoczyła koło i pani Lala, mam nadzieję, już nie ma złych skojarzeń z imieniem jednego z moich bohaterów. Co za ulga!
Ja zresztą coraz częściej, jak to bywa na stare lata, wracam do wspomnień. Ciekawi mnie na przykład, jak się potoczyły losy siostry Jadwigi. Pewnie to już staruszka jak ja, aczkolwiek metrykalnie jestem dużo młodsza. Książki, mimo że wciąż młode duchem, zwłaszcza te na okrągło czytane, starzeją się szybciej niż ludzie. Czas przecież nie stoi w miejscu i obie z Ewą to odczuwamy. Już coraz częściej kiepsko klejone kartki wypadały z mojego wnętrza niczym siwiejące włosy z głowy mojej przyjaciółki. Sklejała mnie jak mogła, w końcu zaniosła do oprawy. Choć mnie tam solidnie podreperowali, jak Ewę w sanatorium, nie wrócę już do stanu sprzed lat, gdy mimo szarej, skromnej sukienki, byłam jednak piękna i młoda.

*
Ania odwiedzała nas niezbyt często. Używam zaimka „nas”, bo mieszkając od tylu lat w rodzinie Stępniów, czuję się jej pełnoprawnym członkiem, a przyjaźń z Ewą sprawiła, że i o jej mężu już nie myślę jak o panu – zwyczajnie, jak o Karolu, bliskim mi jak brat czy kuzyn.
Ania to żona Jasia. Mają córeczkę, której na imię dali Marysia (żałuję, że nie Barbara, ale nie można chcieć za wiele). Z małą Ania rzadko teraz rusza się z domu, a jeśli już, woli jeździć do swoich rodziców. To zrozumiałe, córka i matka są sobie bliższe niż synowa z teściową.
Niedawno jednak, gdy Jaś wyjechał na tydzień służbowo za granicę, a rodzice Ani byli w sanatorium, przyjechała z córeczką do nas. A mnie na starość spotkała jeszcze jedna miła niespodzianka.
Nazajutrz po przyjeździe, gdy Marysia zasnęła po obiedzie, Ania zapragnęła coś poczytać.
– Weź sobie jakąś książkę z regału – powiedziała Ewa i Ania podeszła do półek. Jakże byłam zaskoczona, gdy zatrzymała się przy mnie!
– „Noce i dnie”, o, może do tego zajrzę – powiedziała. – Czytałam kiedyś w szkole, ale tylko dwa pierwsze tomy. Resztę znam z serialu, choć nie wszystkie odcinki widziałam. Mam ochotę to sobie odświeżyć, ciekawe, jak mi się teraz spodoba.
Nie wierzyłam własnym uszom! Miała ochotę przeczytać mnie, pomarszczoną staruszkę!
– Ja za każdym razem odkrywam w tej powieści coś nowego. Teraz zaczynam być już na etapie pogodnej afirmacji życia, wyciszona jak Barbara Niechcicowa na stare lata – zażartowała Ewa. – Też jestem ciekawa, w którym momencie życia Barbary siebie odnajdziesz.
Nie od razu jednak Ania zdjęła mnie z półki. Najpierw obudziła się Marysia, potem był spacer, kolacja, rozmowy. Już z niecierpliwości przebierałam kartkami i coraz mocniej się martwiłam, że z tą chęcią Ani to była tylko chwilowa mrzonka. Kombinowałam, jak tu o sobie przypomnieć, nawet zamierzałam z hukiem spaść z regału, lecz powstrzymała mnie obawa, że rozsypię się na amen i już nie będzie czego sklejać. Co ciekawe, moje regałowe towarzystwo, czułam to, po raz pierwszy solidaryzowało się ze mną. Ha! Koleżeństwo też już zaczęło doświadczać upływu lat i pokornieć…
Wreszcie się doczekałam. I tak jak Ewa kiedyś w szpitalu, teraz Ania czytała mnie nieomal jednym tchem. Tak się cieszyłam, tak się sprężałam, spinałam ze wszystkich sił, żeby mi znów jakaś kartka nie wyleciała, żeby Ania miała jak największą przyjemność. Jednak troszkę moich wnętrzności, z drugiej części, powypadało. Wiadomo, starość. Jak w tej humoresce Mrożka, a to rączka odpadnie, a to nóżka. Ania potem przepraszała teściową i nawet zaproponowała, że kupi nowe wydanie, ale Ewa, moja kochana Ewa, zaprotestowała:
– Nie trzeba. Aniu, ja tę książkę kocham taką właśnie. Wiem, że jest sporo nowych wydań, może kiedyś… A najlepiej, jeśli ja ci ją kupię. Święta niedługo, będzie okazja.
Z trudem powstrzymałam puchnięcie z dumy, znów w obawie, że się całkiem rozkleję.

Dożywam swoich dni szczęśliwa i spokojna. Z radością przyjmuję nawet perspektywę, że zastąpi mnie moja nowsza kopia. Może po latach weźmie ją do ręki Marysia. I też się zaprzyjaźnią. Sztafeta pokoleń przecież musi trwać.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s