JEST WIGILIA

Drugie z moich opowiadań napisanych na konkurs wigilijny.

JEST WIGILIA

Pan Kazio z tą swoją długą siwą brodą, sążnistym wąsem i mięsistym nosem, gdyby go przebrać w czerwony strój, z powodzeniem mógłby udawać świętego Mikołaja. Oczywiście gdyby nie fioletowa barwa jego nosa i twarz opuchnięta od wódy. Trzęsie mu się ręka, gdy niesie do ust łyżkę z barszczem. Pewnie wolałby wygolić nad rzeczką setę gorzały, ale trudno, trzeba trzymać fason. Wszak to cicha noc, święta noc i przybieżeli do Betlejem… Przybieżał w wersji wigilijnej, spod rozpiętej marynarki widać pogniecioną, ale czystą koszulę i nawet staromodny krawat z bardzo grubym węzłem.

Obok niego przysiada na chwilę Władek Agronom. Tak naprawdę Jóźwiak, lecz wszyscy nazywają go Agronomem albo Władkiem Liczykrokiem. Na ulicy odmierza krokami przestrzenie tych swoich tajemniczych światów, licząc głośno i zapisując to potem na pomiętych kartkach. Ma ponad sześćdziesiąt lat. Za nim już tysiące, setki tysięcy pomiarów i zapewne jeszcze tysiące przed nim. Uśmiecha się do wszystkich napotkanych ludzi, przerywając odliczanie, by wyciągnąć rękę i się przywitać. Z miejscowych mało kto się wzdraga. Potem Władek zaczyna odliczać od początku. Dziś zdążył już zmierzyć tę salę kilkakrotnie i koło Kazia przysiadł tylko na chwilę, siorbnąwszy ledwie kilka łyków, bo znów musi liczyć.

Monika. Wszystkich mi szkoda, ale jej najbardziej. Mówią o niej Uczona, jedni z podziwem, drudzy z drwiną, a wszyscy z litością. Miała tylko ojca i była jego oczkiem w głowie. Kiedy chodziłam do podstawówki, nie było takiej akademii, rozpoczęcia czy zakończenia roku szkolnego, by dyrektor nie chwalił się osiągnięciami Moniki Talikant, najlepszej absolwentki. Później przestał stawiać ją nam za wzór, bo długo przedtem, zanim otwarto granice, zwiała na Zachód. Ale i tak mówiło o niej całe nasze miasteczko. Skończyła Sorbonę i jej ojciec puchł z dumy. Zmarł na zawał, gdy wróciła do domu. Uciekła od jakiegoś Araba czy Turka, który podobno przez kilka lat, nim zdołała mu się wyrwać, niemiłosiernie ją bił, Ale pamiętała tylko, że bardzo go kochała. Leczyli ją potem w zakładzie psychiatrycznym, kilkakrotnie. Za każdym razem wracała coraz bardziej nieobecna. Chyba wciąż go kocha i jest szczęśliwa. Tam gdzie jest. Bo chyba z naszym światem łączy ją coraz cieńsza nitka. Chcieliśmy ją jakoś przywrócić do żywych, zaktywizować, wiele razy byłam w jej domu, właściwe w tej norze, w której mieszka. Norze pełnej książek. Nie rozumiała, czego od niej chcę. Wzięłam jakąś książkę z półki, jakby na chwilę się ożywiła, jakby sobie coś przypomniała, ale kiedy włożyłam tom w jej dłonie, patrzyła bezradnie, nie wiedząc, co z nim zrobić. Przekartkowałam kilka stron – też na nic. Ona chyba nie potrafi już nawet czytać. Wyparła wszystko. Wszystko prócz tej swojej wielkiej miłości.

Irek przyszedł jako jeden z pierwszych. Też odświętnie ubrany. Przyprowadził jakiegoś obcego. Znam doskonale wszystkich naszych podopiecznych, tego człowieka pierwszy raz widziałam na oczy. Schludny, bardzo wysoki, ciemnowłosy, zupełnie nie wygląda na potrzebującego pomocy. Ale bo to można mieć pewność? Pozory mylą. Przecież nie będę go przepytywać. Jest Wigilia, znajdzie się miejsce i dla niego.

– To jest mój kolega, pani Małgosiu – przedstawił mi go Irek. – Może zostać z nami, prawda?

– Oczywiście. Zapraszamy – uśmiechnęłam się.

Usiedli przy stole naprzeciwko mnie. Nieznajomy, z początku trochę skrępowany, dość szybko, dzięki pośrednictwu Irka, poczuł się swobodniej, takie przynajmniej odniosłam wrażenie. Wiele razy przyłapałam jego spojrzenie. Naprawdę przystojny. Skąd on się tu wziął?

Słyszałam, jak powiedział do Irka, że barszcz jest znakomity, nigdy nie jadł lepszego. Chyba nie tylko z wdzięczności, że został zaproszony, bo nie wygląda na fałszywca. Wszyscy zresztą chwalą mistrzostwo szefowej kuchni.

Monika już zjadła barszcz i teraz dłubie widelcem w rybie po grecku. Na twarzy ma ten co zawsze nieobecny uśmiech. Jest tu ze wszystkimi, niczym grzeczna uczennica karnie siedzi przy długim stole. Ale czy wie, gdzie jest?

Ryba po grecku! Zawsze mnie to śmieszyło, że Polacy jedzą ją na Wigilię. U nas w domu jest karp smażony i karp w galarecie. Ale tu pani Jadzi, kucharce z „Miłej”, łatwiej było przygotować tę „grecką” potrawę. Karp zresztą też jest. I śledzie. I barszcz z uszkami, i pierogi. Nawet kompot ze suszu. Wespół z panią Jadzią nieźle nauwijała się Ewa, żona kierownika restauracji. Pojechali w tym roku na święta w góry. Wcześniej przyszli do naszego OPS z propozycją, żeby Wigilię zrobić u nich, w „Miłej”. Darek, ten kierownik, i tak zawsze nam pomagał, gdy organizowaliśmy świąteczną kolację dla bezdomnych, dostarczał termosy z potrawami. A teraz mieliśmy do dyspozycji cały lokal. Głupio było nie skorzystać, choć termin – dokładnie 24 grudnia – nikomu nie pasował. Marcin wyjeżdżał, Baśka i Ula, wiadomo, mają rodziny, dzieci… Przecież nie zlecę im pełnienia obowiązków w taki wieczór.

– Szefowa, dasz radę? – upewniał się Marcin, nim wyjechał. – Bo jeśli nie, to ja odwołam ten wyjazd, trudno. Pomogę ci tutaj.

Nie mogłam mu tego zrobić, jechał do dziewczyny. Zapewniłam, że obie z panią Jadzią z pewnością sobie poradzimy. I faktycznie, całkiem dobrze nam idzie.

Choć ja też tylko pół godziny byłam w domu na wigilijnej wieczerzy, z rodzicami i bratem. Zaczęliśmy już o piętnastej, ledwie zdążyłam się podzielić z nimi opłatkiem i skubnąć co nieco. Mama nawet nie wygłaszała swojego kazania o tym, jak to ja zaniedbuję najbliższych i życie sobie wypełniam tymi podopiecznymi, zamiast poszukać męża. Bąknęła tylko, że kierowniczka OPS powinna mieć ludzi do roboty, a nie znów harować sama. Nie podjęłam tematu, nie odgryzłam się, zamiast tego cmoknęłam ją w policzek. Przecież to Wigilia.

– Włożyłabyś coś jasnego, wyglądasz jak zakonnica – mruknął ojciec, kiedy tuż przed wyjściem z domu, w ciemnej sukience i czarnych rajstopach, stałam przed lustrem w przedpokoju, poprawiając fryzurę i makijaż. Mama się zbliżyła, więc ściszając głos, tak bym nie dosłyszała, dorzucił: – Ona już chyba zostanie tą starą panną.

Ale dosłyszałam. Wyszłam z domu, trochę za głośno trzasnąwszy drzwiami. Jednak podnieśli mi ciśnienie. Oj tak, wiem, martwią się o mnie. Tylko co z tego. I tak nie potrafią uczynić cudu i zamiast książek i kosmetyków sprezentować mi pod choinkę kandydata na męża. Aczkolwiek w Wigilię ponoć wszystko jest możliwe…

Stara panna, kobieta wolna czy singielka, jak zwał, tak zwał – jestem sama. Nie będę udawać przed sobą, że mi z tym dobrze. Bo dla świata, owszem, mam inną, oficjalną twarz. Zadowolonej z sukcesów i bez reszty oddanej swojej pracy pani kierownik Miejsko – Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej. I wcale nie muszę udawać. Ja naprawdę nie wyobrażam sobie innej pracy. Nawet z jej wszystkimi ciemnymi, smutnymi stronami.

A może ja rzeczywiście tym wariantem B, z braku wariantu A, wypełniam sobie życie? Czy trzydzieści pięć lat i nadal solo to w dzisiejszych czasach naprawdę katastrofa?

Katastrofa to ksywka Lolka. Bo on co kilka słów wtrąca tę „katastrofę”, trzeba czy nie trzeba. Dziś też komplementuje mnie słowami:

– Pani kierowniczka jak zawsze pięknie wygląda, jak królewna, katastrofa, ja przepraszam za śmiałość, ale pani wie, że to z sympatii, katastrofa. Szkoda pani dla takich łachmytów jak my, katastrofa…

– Panie Karolu – próbuję mu przerwać – co pan wygaduje. To moja praca i ja ją lubię.

– No tak, dziś jest Wigilia i nawet zwierzęta, katastrofa, mówią ludzkim głosem. Katastrofa. Ale kolacja pyszna jak zawsze, katastrofa, wielkie dzięki.

Kolejnej katastrofy już nie słyszę, bo Lolek zwraca się ze swoim monologiem do pani Jadzi, która zbiera właśnie opróżnione talerze. Chcę jej pomóc, lecz macha ręką, że nie trzeba. Dobra kobieta z tej Jadzi. Też samotna, wdowa. Kiedyś była piękną kobietą, jeszcze dziś ma ślady dawnej urody. Wielu adoratorów kręci się koło niej, ale są bez szans. Pani Jadzia zawsze powtarza, że już się tego miodu najadła i wystarczy. Woli być sama.

Pan Kazio wyszedł na kwadrans i chyba jednak coś przyjął, bo po powrocie oczy mu się świecą i nos sfioletowiał jeszcze bardziej. Przecież nie będę go obwąchiwać. Jest Wigilia, niech ma te swoje radości, może nie będzie z tego żadnej awantury. Pan Kazio zresztą jest nieawanturujący się, tylko się boję, by inni nie zechcieli pójść w jego ślady i jakoś przetrwali ten wieczór na trzeźwo.

Dobrze, że Władek Liczykrok nie pije. Dalej mierzy. W przerwach opróżnia kolejne talerze. Apetyt mu dopisuje i wcale się z tym nie kryje, jak inni, udający powściągliwość, żeby nie było, że przyszli tu jak głodomory. Mają swoją godność. Ubrania też założyli lepsze niż na co dzień. Mówią niewiele i cicho. Są odświętni. Zupełnie inni niż nad rzeczką, gdzie wielu z nich codziennie łoi już od rana i skąd aż na rynek dobiegają czasem ich podniesione głosy.

Właściwie nie ma wśród nich takich prawdziwych bezdomnych. Na dwudziestu trzech naszych podopiecznych tylko dwóch nocuje w szopie na ogródkach działkowych i wielokrotne próby ruszenia ich stamtąd nie przyniosły skutku. Mówią, że im tam dobrze. A zresztą dokąd mielibyśmy ich przenieść? Obaj są zupełnie samotni, obaj nie pochodzą z naszego miasteczka, choć zagnieździli się w nim już sporo lat temu. Pilnujemy, by w tej szopie nie zamarzli zimą i tyle.

Jacek Cwaniak wcale nie przyszedł. Cwaniakiem – i to w myślach – nazywam go tylko ja. Inni mówią o nim po nazwisku, Karczowski. Piekielnie inteligentny, to widać nawet wtedy, gdy bełkoce. A bełkoce, ponieważ nie trzeźwieje prawie nigdy. W rzadkich momentach pomiędzy stanem upicia się a jeszcze niecałkowitym wytrzeźwieniem odwiedza nasz ośrodek i zawsze się czegoś domaga, usiłując przechytrzyć Basię i mnie. Dlatego nazywam go Cwaniakiem. Wyraża się przy tym górnolotnie, rzekłabym wręcz: poetycko, po to, by na nas puścić dymy i wyłudzić świadczenia, które mu się nie należą. Znamy już te jego sztuczki. Żegna się z nami zawsze wyniosłym:

– Kobiety to jednak podrzędny gatunek człowieka. Jak moja eksmałżonka. Kłaniam się.

Jego „eksmałżonka” już wiele lat temu zabrała dzieci i wyjechała w świat, nie wytrzymując z pijakiem. Marcin był u niego przed Wigilią, jak u wielu innych, choćby u tych dwóch z ogródków działkowych, których trzeba było powiadomić o kolacji.

– Tylko wie pan, panie Jacku, musi pan przyjść trzeźwy. Choćby na godzinkę – zawiadomił Cwaniaka. – Niech się pan nie gniewa, że ja tak urzędowo, ale wie pan, muszę – Marcin pracuje u nas od niedawna i wciąż trudno mu się odnaleźć w pewnych sytuacjach. – Takie są zasady – dodał.

– Pierdolę wasze zasady – odbełkotał mu Cwaniak. – A barszcz mi szkodzi na wątrobę. Sami sobie go jedzcie.

Dziwne, że on w ogóle jeszcze ma wątrobę. Cały sczerniały od tego picia. I skąd ma pieniądze na alkohol, przecież jeść też coś musi. Pewnie pije dyktę jak wielu z nich. Ciekawe, skąd ją biorą, czy ona w ogóle jeszcze jest w sprzedaży? Będę musiała to sprawdzić.

Przyjechał burmistrz, podzielić się opłatkiem i złożyć wszystkim świąteczne życzenia. Swój chłop, wszyscy go tu szanują, z pewnością wygra kolejne wybory. Bartosz. Kiedyś byliśmy parą. Ale nie podobała mi się jego pasja społecznikowska, wolałam widzieć w niej tylko parcie do kariery. Widać niezbyt mocno go kochałam. A on nie zamierzał wysilać się na argumenty, które by mnie przekonały. Było, minęło. Ożenił się z Darią, naszą wspólną koleżanką z klasy, mają czworo dzieci i nie zamierzają na tym poprzestać. Nim został burmistrzem, ona już była dyrektorką przedszkola i pewnie, prócz miłości, przyświeca im cel, by poprawić marny stan demografii w naszej gminie. Wcale nie mam jej za złe, że zastąpiła mnie u boku Bartka. Pasują do siebie jak dwie połówki.

Po wyjściu burmistrza kilkoro podopiecznych też zaczyna się zbierać. Mam nadzieję, że wychodzą tylko na papierosa. Okaże się. Wraz z nimi podnosi się od stołu Irek.

– Pani kierowniczko, skoczę po gitarę i zaraz wracam.

O Jezu. Znów nas skatuje swoim występem. Przecież on już ani głosu nie ma, ani grać nie potrafi. Choć kiedyś był z niego bardzo zdolny muzyk. Zwyciężał na różnych konkursach i przeglądach, nawet miał pięcioosobowy zespół. I dziewczynę w każdym mieście, i nawet swój fanklub, bo koncertowali w całej Polsce. Wóda go zgubiła. I w żyłę pewnie też sobie dawał. Jak tylu innych. Zawalał koncerty i trasy, zrywał umowy, z wielkiej kasy pozostały mu nędzne resztki. Potem grał po weselach z dwoma takimi jak on, ale też niedługo. Opamiętał się, kiedy go pobito do nieprzytomności i jak zdechłego psa wrzucono do przydrożnego rowu. Do dziś nie wiadomo, kto to zrobił. Ale Irek już nigdy więcej nie wziął alkoholu do ust. Zaraz po zakończeniu terapii odwykowej wrócił do naszego miasteczka i w odblaskowej kamizelce zamiata ulice oraz pomaga ludziom kopać ogrody i rąbać drewno. Tylko że ręce też zrobiły mu się drewniane i już zupełnie nie umie grać. No trudno, jest Wigilia. Wytrzymam, większość zresztą nawet nie zwróci uwagi na jego fałsze. Zanim kolacja dobiegnie końca, pośpiewamy sobie trochę kolęd. Jak co roku.

Pani Jadzia przysiada na chwileczkę przy Monice. Delikatnie głaszcze ją po ręce. Przez osiem szkolnych lat się przyjaźniły i wcale nie stanowiło przeszkody to, że Monika błyszczała, a Jadzia zawsze była w ogonie klasy i trzeba było pomagać jej w lekcjach. Potem Jadzia skończyła zawodówkę gastronomiczną, a Monika miała zostać drugą Marią Skłodowską-Curie. Jak się te losy dziwnie plotą! Dziś to Jadzia opiekuje się Moniką, na ile w ogóle jest to możliwe, bo Monika pewnie nie pamięta, że kiedyś siedziały w jednej ławce.

Wraca Irek z gitarą. O dziwo, to nie on będzie na niej grał. Co za szczęście! Podaje ją nieznajomemu. Jankowi, jak zdołałam usłyszeć. Ten najpierw przez chwilę stroi instrument, a potem uderza w struny. Przerywa, pytając mnie, czy może grać. No tak, skąd ma wiedzieć, jakie tu są zwyczaje. Uśmiecham się, przytakując. Pierwsze dźwięki kolędy brzmią niesamowicie głęboko i czysto. A jakie pięknie on ma dłonie! Bardzo długie szczupłe palce. Głos też ma przyjemny, ciepły, z leciutką chrypką. Jak kiedyś Gary Brooker. Kocham takie głosy.

„Bóg się rodzi, moc truchleje, Pan niebiosów obnażony, ogień krzepnie, blask ciemnieje, ma granice Nieskończony”… Zawsze zaczynamy tą kolędą, lecz nigdy jeszcze nie śpiewano jej w tym gronie tak pięknie. Aż wszyscy milkną, by dopiero po dłuższej chwili się dołączyć. Chór naszych głosów brzmi już dużo gorzej, lecz nieznajomemu najwidoczniej to nie przeszkadza. Uśmiecha się do mnie, po kociemu mrużąc oczy. Czerwienię się niczym pensjonarka. No coś takiego! Wstaję od stołu pod pretekstem odniesienia swojego talerza. Mam nadzieję, że nie zauważył, w sali oświetleniem są jedynie lampki na choince i parę kinkietów na ścianach.

Jeszcze kilka kolęd i spotkanie dobiega końca. Szkoda. Po raz pierwszy nie spieszy mi się do domu. Zresztą i tak muszę pomóc pani Jadzi przynajmniej z grubsza tu posprzątać. Nieznajomy odkłada gitarę na krzesło, wstaje. Widzę to tylko kątem oka, bo właśnie żegnam się w drzwiach z panem Kaziem i z Karolem Katastrofą. Wraca Jadzia, była odprowadzić Monikę, podaje rękę Władkowi Liczykrokowi, który też już przed chwilą wszystkim nam uścisnął dłonie.

Teraz nieznajomy wraz z Irkiem zbliżają się do wyjścia. Irek zdejmuje z wieszaka swoją kurtkę, lecz jego kolega chyba zmienił zamiar. Już prawie nikogo nie ma w sali. Jadzia poszła na zaplecze. Nieznajomy przystanął, jakby niepewny, co ma robić dalej.

– Irek, nie czekaj na mnie, przyjdę trochę później – mówi. Słyszę to wyraźnie, bo patrzy w moją stronę.

***

Jechałem do N. strasznie poirytowany. Beata zadzwoniła rano, byłem tak zaskoczony, że moje początkowe milczenie wzięła za dobrą monetę.

– Przyjedź dzisiaj, mam ci coś ważnego do przekazania – oznajmiła.

– Akurat dziś?

– Jest Wigilia, chyba mi nie odmówisz? Czekam – i rozłączyła się.

Cholera, co jej przyszło do głowy! Przecież już od ładnych kilku miesięcy nic nas nie łączyło. Nie miałem pojęcia, co porabia i nie interesowało mnie to. Nawet mi pasowało, że zerwała ze mną po jakiejś kłótni. Jednej z wielu, bo pod koniec już tylko się kłóciliśmy. Gdzie ja miałem oczy? Głupie gały. Poleciały jak na lep na te jej piękne kształty. To nie była żadna miłość, lecz zrozumiałem to poniewczasie. Każdy chłop by chciał mieć taką zdrowiznę w łóżku. Tam nam było rzeczywiście super. Ale tylko tam. Czego ona może ode mnie chcieć? Żeby nie ta cholerna Wigilia, nie ruszyłbym tyłka. Jednak wypada zachować przyzwoitość. Pojechałem.

Co za sensatka. Chciała mi tylko oddać zegarek i wisiorki, które jej kiedyś podarowałem. Już dawno o tym nie pamiętałem. Podała mi łaskawym gestem nieduże zawiniątko, ogłaszając przy tym „definitywny kres naszego związku”. Jakbym sam nie wiedział. Po to się tłukłem aż taki kawał! Naprawdę musiała ten spektakl odegrać właśnie w Wigilię? Zawsze lubiła fajerwerki. Dobra, niech jej będzie. Niech ma tę swoją triumfalną kropkę nad i. Odwróciłem się na pięcie i wyszedłem, powstrzymując przekleństwo. Nie obrażam kobiet wulgaryzmami. Nawet największych idiotek. No i poza tym jest Wigilia.

Wściekły ruszyłem w drogę powrotną. Mogłem zostać w domu i na kolację pójść do rodziców, a teraz pewnie nie zdążę. Nawet nie ma co próbować. Zadzwoniłem, żeby się nie martwili. Na drodze mijały mnie nieliczne już samochody. Wszyscy spieszyli się do domów na świąteczny wieczór. A chrzanić te tradycje! Co roku musiałem święta spędzać z rodzicami i zawsze był ten sam repertuar potraw, życzeń i filmów w telewizji. Kiedyś w końcu się zerwę z postronka i polecę na Wyspy Kanaryjskie albo gdzie mi się zechce.

Lecz z dzisiejszym wieczorem coś trzeba będzie zrobić. W końcu to Wigilia. Podobno nikt nie powinien być sam. Głupie przesądy, ale jednak nie uśmiechało mi się spędzenie nocy w samochodzie.

Zaraz, zaraz. Przecież tu gdzieś w pobliskim miasteczku mieszka brat Beaty. „Ten wykolejeniec, artysta za dychę”, jak o nim mówiła. Już wiele lat temu zerwała z nim wszelkie kontakty. Irek czy jakoś tak. Nawet mi kiedyś pokazała dom, w którym mieszkała jako dziecko i w którym podobno wciąż ten Irek koczuje. Tak powiedziała, koczuje, z pogardą krzywiąc swoje piękne usta.

Może razem z nim spędzę ten wieczór. Chciałem kupić coś po drodze, lecz nie natrafiłem na ani jeden otwarty sklep. Trudno. Może ”ten wykolejeniec” będzie miał choć piwo i kawałek chleba, a jak nie, najwyżej posiedzimy o suchym pysku. Wigilia z wykolejeńcem, a co mi tam!

Zatrzymałem samochód pod tym domem. Rozpoznałem go po pięknych drzwiach wejściowych. Pamiątka dawnej świetności, w jakiś cudowny sposób nienaruszona przez korniki i czas. Bo cała poza tym chałupina chyliła się ku ziemi niczym zmurszały grzyb. Drzwi się otworzyły i wyszedł z nich facet w grubej zimowej kurtce. Podszedłem i przedstawiłem się. Podał mi rękę. Spodziewałem się pijaczka, a on był zupełnie trzeźwy. Zacząłem coś mówić, że Beata mi o nim wspominała, ale mi przerwał, rzuciwszy krótkie „aha”. Z aprobatą, a może ze złością – nie potrafiłem ocenić. Chciałem odejść, to nie był dobry pomysł z tym nachodzeniem obcego człowieka, lecz złapał mnie za rękaw.

– Idę na kolację. Chodź pan ze mną – powiedział i posłusznie ruszyłem za nim.

Po drodze trochę się rozgadał. Wytłumaczył mi, dokąd zmierzamy, a gdy zacząłem się mitygować, oświadczył z przekonaniem:

– Niech się pan tak nie kryguje. Tam są dobrzy ludzie, nie zjedzą pana. Wręcz odwrotnie, nakarmią – zaśmiał się. – Jestem Irek.

– Wiem. A ja Jan. Mówmy sobie po imieniu – zaproponowałem.

Więc kilka minut później przedstawił mnie już tej kierowniczce jako swojego kolegę. I przez cały ten wieczór miałem ochotę się uszczypnąć, a nawet raz to zrobiłem, tak żeby nikt nie zauważył. Ta ich kierowniczka była jak z baśni o królewnie i krasnoludkach. Niby tylko sumiennie wykonująca swoje obowiązki szefowa, ale taka ciepła i sympatyczna. Jakby naprawdę lubiła tę swoją menażerię. Chyba nie odgrywała tu tylko roli łaskawej pani? Nie, z pewnością. Przyglądałem się jej dosyć natarczywie. Zauważyła to. Wciąż jednak nie zamierzałem przestać się w nią wgapiać. Ładna kobieta wśród tych wszystkich okazów. Ale typy! Nigdy jeszcze nie widziałem tylu meneli w jednym miejscu. Po sekundzie zgromiłem się w duchu za te „okazy” i „meneli”. Przecież każdy z nich to osobna historia, być może co jedna to bardziej smutna. Ona na pewno zna je doskonale, to widać.

Wieczór zakończył się odśpiewaniem kolęd. Grałem na przyniesionej przez Irka gitarze. Chyba jej się podobało. Śpiewała również. Jej głos wyróżniał się wśród tych wszystkich męskich, przepitych i fałszujących.

Postanowiłem za wszelką cenę jakoś ten wieczór przedłużyć. Gdy wszyscy już wyszli, a ona wciąż stała przy drzwiach, podszedłem bliżej.

– Proszę poświęcić mi jeszcze chwilę – zacząłem odważnie. – Jestem Jaś – przedstawiłem się.

– A ja Małgosia.

Wiedziałem, że nie żartuje, bo już wcześniej słyszałem jej imię.

– A więc jesteśmy z jednej bajki – brnąłem dalej.

– Z baśni – poprawiła mnie z uśmiechem.

– O, pani nauczycielka?

– O, pan lowelas? – znowu się uśmiechnęła.

Z bliska widziałem, jakie ma śliczne dołki w policzkach. Chyba ze cztery. I takie ładne oczy. I usta. Już wiedziałem na pewno, że nie ruszę się krokiem z tej knajpy. Chyba że ona mnie z niej wyrzuci. Z pomocą tej kucharki, a i to nieźle by się musiały naszarpać.

Albo wyjdzie wraz ze mną.

– Skąd pan się tu wziął? – spytała po chwili. – Oczywiście nie chcę być wścibska, może pan nie odpowiadać. Jest Wigilia i… – urwała. Chyba troszkę posmutniała. A może tylko tak mi się wydawało. Wystraszyłem się, że przebiera już nogami, by wyjść i wrócić do domu. Przecież na pewno jakiś ma i ktoś tam na nią czeka. Nie nosiła obrączki. W ogóle nie miała żadnej biżuterii, tylko prostą, ale elegancką czarną sukienkę. Już wcześniej zauważyłem, jakie ma zgrabne nogi. Niemożliwe, żeby taka kobieta była sama. Szkoda, że nie podpytałem trochę Irka.

Milczenie przedłużało się. Jak gdyby jednak i ona ociągała się z odejściem.

– Nie wiem, skąd się tu wziąłem – odzyskałem wreszcie głos. – W baśniach pewnie byłoby napisane, że dobra gwiazda mnie tu przywiodła. Jak do Betlejem.

Ugryzłem się w język. Co ja plotę! Jak harcerzyk na pierwszej randce. Jej też chyba średnio się to podobało. A skoro tak, postanowiłem całkiem desperacko jeszcze bardziej sobie nagrabić.

– Już wiem, dlaczego tu trafiłem. Jestem pani świątecznym prezentem – wypaliłem.

Znowu chwilę milczała. A kiedy już byłem pewien, że poda mi rękę na pożegnanie, jak przedtem tym swoim podopiecznym, zaskoczyła mnie propozycją:

– Mój prezencie wigilijny, usiądźmy, dobrze? Poproszę panią Jadzię, żeby zaparzyła nam kawy – jej słowa brzmiały lekko, lecz czułem ich wagę. Naprawdę to nie było jedynie wigilijne pokrewieństwo dusz.

– A potem pomoże pan nam tu sprzątać, dobrze? Chyba że pan się spieszy? – znów się uśmiechnęła.

– Nie, skąd! – zaprzeczyłem gwałtownie. – Przecież pani widzi. Mogę tu zostać, ile pani zechce.

No i przesiedzieliśmy tam całą tę wigilijną noc. Do rana.

Może cuda jednak się zdarzają.

Nie tylko w Wigilię.

KONIEC

(napisane w styczniu’2014)

2 thoughts on “JEST WIGILIA

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s