KRÓLIK W SZPARAGACH

Dopiero grubo po południu udało mi się wyjechać z Berlina. W Warszawie mógłbym być za kilka godzin, lecz miałem za sobą nieprzespaną noc i trochę się bałem, że na autostradzie mogę przysnąć, więc już po polskiej stronie zjechałem na boczną drogę. Chciałem podrzemać z pół godzinki na jakimś leśnym parkingu, ale zamiar się nie powiódł, bo niespodziewanie natrafiłem na korek i musiałem się jeszcze bardziej skupić na prowadzeniu samochodu.
Na drodze był wypadek, policja kierowała w stronę objazdu. Nawigacja szybko wyszukała mi nową trasę. Boczna droga, dziurawy asfalt, kilka nakazów zwolnienia do trzydziestki. W dodatku auto mi dziwnie rzęziło. Coś z silnikiem? A niedawno w serwisie zapewniano mnie, że jest wszystko okej!
Wlokłem się w sznurku pojazdów. Zbliżał się wieczór. Przydałoby się poszukać noclegu. Przed kolejną krzyżówką usłyszałem „jedź prosto”, ale właśnie mignął mi na drogowskazie napis „Miłowice”, więc przyhamowawszy gwałtownie, skręciłem w lewo. Sympatyczna nazwa. Może i miły hotel tam znajdę. GPS znów się mądrzył, nakazując zawrócić, ale już go nie słuchałem. Pik – i dziękujemy za współpracę.
Po kilkunastu minutach tablica drogowa potwierdziła, że dotarłem na miejsce. I rzeczywiście trafił mi się miły hotelik, w samym centrum.

W pokoju wziąłem prysznic i błyskawicznie wylądowałem w łóżku. Jednak nie mogłem zasnąć. W głowie kotłowały mi się zdarzenia ostatnich dni. Kłótnia z Mileną, niespodziewane polecenie szefa, ten wyjazd… Nawet była mi na rękę ucieczka z Warszawy, od tej codziennej gonitwy. Tylko że jutro trzeba będzie znowu tam wrócić. Aż mną zatrzęsło. Potrzebowałem odpoczynku, a przede wszystkim myślałem, że dłuższa przerwa w moim związku z Mileną dobrze nam zrobi. Po tej ostatniej kłótni sam jej to zresztą powiedziałem. Że sorry, a jakby co, to wiem, gdzie jej szukać.
Jeszcze nie zatęskniłem, ale może za dzień, dwa?
Milena. Atrakcyjna, inteligentna, perfekcyjna. I na maksa nastawiona na sukces. Na jednej domówce dobrze nam się rozmawiało, wyszliśmy razem – i tak się zaczęło. Najpierw seks bez zobowiązań. Potem chyba coś więcej. Coraz częściej zostawałem u niej na noc. A wreszcie kłótnia za kłótnią. Mówiła, że nasz związek „robi się toksyczny”.
Różne rzeczy mówiła. Na przykład, że bardzo jej pasuje rola singielki. Aż tu nagle zaczęła przebąkiwać o wspólnym mieszkaniu. Albo mówiła, że nie pali jej się do dzieci, współczuje jakiejś tam Lili, tak pięknie rozwijała się jej kariera, a tu trach! – dziecko i uwiązanie. Wziąłem to za dobrą monetę, też się nie rwałem do ojcostwa. Lecz tu znów Milenka robi woltę: że trzydziestka na karku, licznik bije, a ta córeczka Lili taka śliczna, może byśmy i my… Czułem coraz większą presję.
Więc zwiałem. Wmówiłem sobie, że to jedynie wyjazd służbowy, jak tyle innych. Jednak w hotelowym łóżku, w tym obcym miasteczku, dotarło do mnie, że chyba uciekam przed dorosłością. Śmieszne! Facet grubo po trzydziestce, a boi się dojrzeć.
Nie mogłem odpędzić tej myśli, uwierała jak drzazga. W końcu ubrałem się i zszedłem na dół. W barze wypiłem duszkiem kilka luf. Pomogło. Nad ranem przyśniła mi się Milena, stała pod lasem, za jakąś wodą, uśmiechała się do mnie; dotarłem do niej wpław i kochaliśmy się.

Rano łeb mi pękał. Pragnąłem szybko wyjść na świeże powietrze. Recepcjonistka na dole obrzuciła mnie zaniepokojonym spojrzeniem, jakbym zamierzał zwiać, nie uregulowawszy rachunku za drinki i nocleg. Kartą nie dało się zapłacić, hotelik miał uszkodzony terminal i na jego naprawę, jak mi wyjaśniono, na razie nie było szans. Aż takie tu zadupie? Nie licząc kilku euro, byłem bez gotówki. Dobrze, że choć bankomat jest. Nie mój bank, zedrą prowizję, trudno.
W pobliskim sklepiku kupiłem papierosy i wąziutką uliczką za hotelem zszedłem w dół. Jezioro pięknie srebrzyło się w słońcu. W wodzie odbijały się pobliskie zabudowania – domy z czerwonymi dachami, wysoka wieża kościoła i masa zieleni wokół. Całkiem ładny landszafcik. Kawałek dalej znajdowała się plaża, a na przeciwległym brzegu – wysoki las. Czy to tam w moim śnie stała Milena?
Na pomoście siedział starszy mężczyzna z wędką, w wiaderku miał kilka płotek. Zagadnąłem, czy ryby biorą, dokonaliśmy nawet wzajemnej prezentacji – Apolinary Jakiśtam, i tak od razu jego nazwisko wyleciało mi z głowy. Poczęstowałem go papierosem, zaproponował piwo, ale odmówiłem, wyjaśniając, że przede mną jazda do Warszawy.
– Pan ze stolicy. O, kiedyś przyjeżdżało tu dużo ludzi, z Warszawy też. Przez okrągły rok tłumy turystów – rozgadał się. – Nawet zimą. Wczasy, konferencje. Ale teraz kiepsko, panie. Biednych nie stać, a bogaci wolą latać do Egiptu czy gdzie tam. Nasi też stąd pouciekali, zwłaszcza młodzi. A ci, co zostali, schodzą na psy – dokończył i życzył mi szczęśliwej podróży.
Lecz silnik tak się krztusił, że nie mogłem ryzykować jazdy. Recepcjonistka nie miała pojęcia, gdzie jest najbliższy serwis, ale doradziła, żebym odstawił samochód do mechanika, taka złota rączka, dwa kilometry od miasteczka. Dojechałem tam dosłownie rzutem na taśmę. Na szczęście awaria okazała się nieduża, samochód powinien być gotowy za dwa dni.
Musiałem zameldować o tym w firmie. Szef wydarł się na mnie totalnie rozjuszony.
– Czyś ty na łeb upadł?! Ty wiesz, co my tu mamy? Wczasy sobie urządzasz? Pociągiem wracaj, natychmiast, słyszysz? NATYCHMIAST!
Co za palant. Przecież tu nawet nie ma stacji kolejowej.
– Naprawdę nie poradzicie sobie beze mnie? Szefie, no? Wrócę wypoczęty, wszystko odrobię.
– Ile czasu potrzebujesz? – trochę zmiękł.
– Pięć dni – skłamałem.
– ILE?! Do reszty cię pogięło! Trzy i ani sekundy dłużej, jasne? Najwyżej możesz wziąć urlop bezpłatny. I pamiętaj, nie ma ludzi niezastąpionych! Już za tobą kolejka chętnych przebiera nogami.
Obiecałem, że za trzy dni wracam na bank i z ulgą zakończyłem rozmowę. „Kolejka chętnych”. Aż dziwne, że do tych pogróżek nie dorzucił jeszcze kryzysu i redukcji. Dupek.
Powinienem też zadzwonić do Mileny, ale nie chciało mi się wchodzić w zawiłe tłumaczenia. Może nazajutrz.

Byłem już porządnie głodny. Obok hotelu znajdowała się restauracja z dużym tarasem, o nazwie – jakżeby inaczej – „Miła”. Zamówienie przyjęła młoda, ładna dziewczyna, potem spytała, czy smakował mi obiad, oczywiście z miłym uśmiechem… Ech, Miłowice! Jeszcze wczoraj pojęcia nie miałem, że istnieje taka miejscowość. A teraz siedziałem w jej środku, w piękny letni dzień, sączyłem piwko, jak luzak, któremu nigdzie się nie śpieszy, jak człowiek WOLNY. Myślą o powrocie do kieratu na razie nie zawracałem sobie głowy.
Po obiedzie odkryłem, że za ulicą po przeciwnej stronie rynku znajduje się drugie jezioro. Na ławce nad brzegiem siedziało paru gości i raczyli się czymś z butelki. Już ich wcześniej widziałem na rynku. Nawet zaproponowali, żebym się przysiadł, ale nie miałem ochoty na tanie wino. Wymówiłem się jakoś, żeby ich nie urazić. No i gdyby Milena zobaczyła mnie w tym towarzystwie…
A może by jej dobrze zrobił taki widoczek? Jej wymuskany Areczek i kilku meneli. Niechby odzyskała świadomość, że istnieje też świat inny niż salony.
Nawet kiedyś zażartowałem, że aspiracje ma takie długie jak tipsy. Mnie przecież także usiłowała wykreować na swoją modłę. Perfekcyjnie. Znowu ktoś chciał, żebym był the best. Jak kiedyś matka. Najlepszy w szkole, najlepszy na studiach, najlepiej płatna praca, najmodniejsze ubranie… W końcu wierzgnąłem, bo Milena wymyśliła, że powinienem golić klatę. Moją odmowę nazwała „kolejną toksyną”.
Nie wiem, czy tipsy i goła klata są nadal trendy. Jakoś mało mnie to już rusza.
Czy ja ją jeszcze kocham?

Wieczorem w barze hotelowym poznałem Kurta, Niemca z Berlina. Kiedyś trafił tu jak ja, przypadkiem. Też latem. I od razu wsiąkł. Nauczył się polskiego, wszyscy go lubą, traktują jak tubylca. Zawsze przyjeżdża tu… na rowerze. Jak ja strasznie dawno nie jeździłem rowerem! Zaproponował, że mi pożyczy, żebym sobie jutro objechał okolicę. Super!
Przed pójściem do łóżka próbowałem się dodzwonić do Mileny, ale nie odbierała. Dopiero rano się udało. Opowiedziałem jej swój sen i spytałem, czy chciałaby go skonfrontować z rzeczywistością. Odparła, że nie interesują jej bajki i żebym „przestał konfabulować”. A w ogóle to przypomina mi, że dziś mieliśmy iść na wernisaż. I rozłączyła się.
Nawet się cieszyłem, że mnie ten wernisaż ominął. Jazda na rowerze była o wiele przyjemniejsza. Droga naokoło jeziora wiodła przez malownicze, cieniste kotliny. Jedna piękniejsza od drugiej. I jasna tafla jeziora w dole. Bajka po prostu. Machnąłem sporo fotek telefonem. Zaczął pikać, że słaba bateria i nim zdążyłem go wyłączyć, padł. Też dobrze. Przynajmniej mnie nikt nie namierzy.
Na jednym z pomostów zrobiłem przystanek na papierosa, a potem pływałem w jeziorze i najchętniej w ogóle bym z niego nie wychodził. To było niczym doznanie z czasów odległych o lata świetlne. Jako dziecko jeździłem z rodzicami na Mazury, zanim się rozwiedli. Potem matka wysyłała mnie do dziadków w Poznaniu albo jeździłem z nią do Kołobrzegu. A z Mileną to już tylko olinkluziwy: Egipty, Tunezje, Majorki…
Taplałem się znów jak dzieciak, potem długo nie chciało mi się stamtąd ruszać. Od wody wiał leciutki chłodzik. Nie odnajdę go w Warszawie! W tym rozżarzonym ulu, pełnym kurzu, spalin – i klimatyzowanych pomieszczeń, przez które wciąż miałem katar. Żeby wypłukać z siebie te ponure myśli, zanurkowałem jeszcze raz w chłodną toń.

W hotelu okazało się, że zapomniałem ładowarki. Całkiem bez głowy się wybrałem w tę podróż, ale skąd mogłem wiedzieć, że ugrzęznę po drodze! Ubrania na zmianę też nie miałem, nie licząc dodatkowych gatek, skarpet i podkoszulka, no i tych dżinsów, które miałem na sobie. Zrobię przepierkę, spoko. W samochodzie wisiał wprawdzie znienawidzony garnitur, ale w taki upał tym bardziej nie zamierzałem się weń wbijać.
Zgłodniałem, więc pomaszerowałem do „Miłej”. Ta ładna kelnerka przyjmowała akurat zamówienie od dwojga Niemców. Zaskoczyło mnie, że posługuje się płynną niemczyzną. Po obiedzie poprosiłem, by wypiła ze mną kawę.
– Dzięki, zamelduję szefowi, żeby mnie w razie czego zastąpił – uśmiechnęła się i po chwili wróciła z dwiema filiżankami. Lecz nim zdążyła usiąść, do naszego stolika podbiegł chłopiec, na oko pięcioletni, i rzucił się jej na szyję.
– Stasiu, siadaj tu z nami – powiedziała. – Mamo, a ty? – zwróciła się do towarzyszącej malcowi kobiety.
– Nie mam czasu, Aniu. Muszę coś załatwić. Może tu pobyć chwilkę?
– Jasne, zaraz przyniosę lody.
– Czekoladowe, dobrze? – poprosił.
Zostaliśmy sami. Milczał, lecz nie wyglądał na onieśmielonego. Przyglądał mi się z zaciekawieniem. Trochę mi było niezręcznie. Cholera, jak się rozmawia z dziećmi?
– Chodzisz do przedszkola? – zagadnąłem.
– Tak. Ale za rok idę do szkoły – oświadczył z dumą. – Lubi pan króliki?
– Co takiego? – Kompletnie mnie zaskoczył.
– Króliki. No, trusie. Lubi pan? – naciskał. Chciałem zapytać, czy w sensie konsumpcyjnym, ale właśnie wróciła kelnerka i chłopiec zajął się lodami.
– To mój synek – powiedziała.
– Jest pani mężatką? – wyrwało mi się. Nie nosiła obrączki.
– Nie jestem – odparła spokojnie.
– Przepraszam… – Zrobiło mi się głupio.
– Nie szkodzi. Jego ojciec był… no, powiedzmy, niewłaściwym człowiekiem… – wyjaśniła, ściszając głos, ale mały w tym momencie wrócił do przepytywania mnie:
– Chce pan zobaczyć mojego królika?
– Daj panu spokój – roześmiała się, lecz ciągnął dalej:
– Może pana polubi. On jest trochę smutny…
– Stasiu, pan na pewno nie ma czasu. O, babcia już po ciebie idzie.
– To co, przyjdzie pan? – nie ustępował.
– Przyjdę. Na pewno! – przyrzekłem.
– Nie musi pan, naprawdę – powiedziała, gdy zostaliśmy znów sami.
– Arkadiusz. Proszę mi nie mówić „pan”. Chętnie zobaczę. Nigdy nie widziałem królika z bliska, pani Aniu.
– Aniu – poprawiła, uśmiechając się sympatycznie i podając mi dłoń. – Muszę wracać do pracy, przepraszam.
Oj, czy nie za bardzo mi się spodobał ten jej uśmiech?

Następnego dnia miałem zakwasy w nogach, a jeszcze mnie czekał marsz po odbiór samochodu. Pocieszyłem się, że mi to dobrze zrobi, bo od tego wożenia tyłka już mi mięśnie zaczęły zanikać. Milena co tydzień zaliczała siłownię, ja nie miałem czasu. Ochoty też nie. Piwko wieczorem to był cały mój relaks. Plus te wszystkie imprezy, na których koniecznie „trzeba się pokazać”. Choć bywały momenty, że wolałbym hodować brzuch, niż patrzeć na ten lans.
Mechanik wykonał dobrą robotę, auto zaskoczyło jak pszczółka. Ale do Miłowic dojechałem już na oparach. A stacji benzynowej nie ma w miasteczku! Do najbliższej dwadzieścia kilometrów. Jak ci ludzie tutaj żyją? Dobra, coś wymyślę.
Na razie czekało mnie oglądanie królika. Wprawdzie najchętniej walnąłbym się do łóżka, ale skoro obiecałem Stasiowi… Nie tyle zresztą Staś mnie interesował, ile coraz bardziej jego piękna mamusia, fakt.
Najpierw jednak poszedłem na obiad. Tym razem podszedł do mnie sam szef, Ania miała wolne. Gdy zjadłem, przyniósł mi piwo.
– To od firmy. Podoba się panu u nas? – zapytał, zanim zdążyłem podziękować.
– Tak. Aż żałuję, że muszę wyjeżdżać. Proszę, niech pan siada. – Niezręcznie mi było, że tak stoi nade mną.
– Na chwileczkę, bo mam robotę. Kiedy pan wyjeżdża?
– Jutro.
Teoretycznie mogłem już wieczorem, ale bez paliwa? I po alkoholu? Pociągnąłem solidny łyk.
– Szkoda, bo jutro mamy tu turniej brydżowy. Gra pan?
– Sto lat nie grałem.
– E, to żadna przeszkoda, licytację na pewno pan pamięta. My też nie jesteśmy zawodowcami, tylko tak, dla przyjemności… Mamy swój stały skład, prawie codziennie gramy. A przy okazji – zaśmiał się – prowadzimy knajpę.
Rzeczywiście, wczoraj z otwartego okna restauracji dobiegały na taras brydżowe odzywki. Coś takiego! Codziennie grają, a knajpę prowadzą „przy okazji”… Żartował chyba?
– Jeden kolega akurat wyjechał i brakuje nam czwartego – ciągnął. – Może jednak pan zostanie?
– Arek – przedstawiłem się.
– A ja Darek – roześmiał się. – Muszę lecieć. Gdybyś się zdecydował, to jutro o siedemnastej!
Kolejna pokusa. Jeszcze kilka lat po studiach grywałem, ale potem… Milena się krzywiła, że wracam jak z szulerni, że śmierdzę papierosami. Więc dla świętego spokoju znów ustąpiłem. Zresztą po pracy i tak już nie miałem siły.

Dom Ani znajdował się niedaleko. Jakoś się dowlokłem. Najpierw jej mama poczęstowała mnie ciastem ze śliwkami. Moja babcia kiedyś takie piekła… Stasia nie było.
– Nie mógł się doczekać, pobiegł już do króliczego domku – wyjaśniła Ania.
– Dokąd? – nie zrozumiałem.
– Do ogrodu. Tam jest to jego królicze królestwo.
– Myślałem, że ten królik to miniaturka.
– Nie, całkiem spory. Zobaczysz.
Staś czekał na nas za domem.
– To dla niego. Żeby pana polubił – powiedział, wręczając mi sporą marchewkę z nacią.
Siedzibą królika rzeczywiście był malutki domek, drewniany, z niebieskim daszkiem.
– To Niuniek. Tak go nazwałem. Smutno mu, bo jest sam. Dziadek mi obiecał drugiego, tylko się musiałem najpierw nauczyć tym opiekować. Pokażę panu, jak mu podać marchew, o, widzi pan, tak… – poprowadził moją rękę.
– Dobrze mi poszło? – spytałem.
– Bardzo – pochwalił mnie. – Je, aż mu się uszy trzęsą.
Ania przysłuchiwała się w milczeniu, jakby sprawdzała, czy umiem się dogadać z dzieckiem. Test chyba wypadł dobrze, bo uśmiechnęła się.
– Zobaczymy resztę ogrodu? – spytała.
– Wy idźcie. Ja tu zostanę z Niuńkiem, zmienię mu wodę – zdecydował Staś.
Potargała pieszczotliwie jego włosy.
– Cieszę się, że on się tak zajmuje tym królikiem – powiedziała, gdy oddaliliśmy się kawałeczek od króliczego domku. – Dzięki temu nie siedzi przy komputerze.
– Przy komputerze? Przedszkolak? – zdumiałem się.
– Tak, teraz dzieciaki wcześnie zaczynają. Zdziwiłbyś się. Jego koledzy się przechwalali różnymi grami, programami, nie chciał być gorszy. Kiedy moi rodzice zobaczyli, ile śmieci w tym Internecie… Stąd ten królik, ten domek. Całe szczęście, bo wiesz, ja ciągle w pracy – dokończyła. – A ty? Pracujesz? – spytała po chwili.
– Nawet nie chce mi się o tym mówić. Ale tak, pracuję. W Warszawie. Jutro wracam. O ile szef mnie już nie wywalił.
– Nie żartuj. Teraz tak trudno o pracę. Ja też byłam w Warszawie, na studiach. Ale wróciłam, bo chciałam, żeby moje dziecko miało podwórko, ogród, jezioro… Jak ja w dzieciństwie. Jego ojciec się tu dusił. Rozstaliśmy się.
– Co studiowałaś?
– Germanistykę. Dobrze, że dostałam pracę w „Miłej”, to i znajomość niemieckiego czasem się przydaje.
Umilkła. Ja też nie wiedziałem, co mówić dalej. Lecz i milczenie podczas spaceru po tym króliczym królestwie było całkiem sympatyczne.
Kiedy minęliśmy nieduży owocowy sadek, moją uwagę zwróciły dwa podłużne, grube kopce, z których tu i ówdzie wyrastały zielone, pierzaste badyle. Szparagi?
– Macie tu szparagarnię?
– Mieliśmy. Nawet sporą. Tu po wojnie podobno szparagarni było więcej, poniemieckich. Niewiele ocalało, ale nasza owszem. Moi dziadkowie wiedzieli, jak się nią zająć, a tato nawet część zbiorów wywoził na sprzedaż. Ale to dużo roboty, już i rodzice coraz starsi, ja w pracy… Zostawiliśmy tylko te dwa rzędy, bo to nasz rodzinny przysmak.
– Kiedyś przepadałem za szparagami, u babci – oznajmiłem. – Najsmaczniejsze są takie z dużą ilością masła…
Aż mi ślinka napłynęła do ust. Jak dawno tego nie jadłem! Owszem, czasem w restauracji, zielone. Lecz raz, przypadkiem, zobaczyłem na bazarku takie piękne, bielusieńkie. Babcia nauczyła mnie, po czym poznać, czy są świeże, jak obierać, by nie były łykowate. Wziąłem całe kilo, do tego dobre białe wino. Porażka. Milena kręciła nosem. W dodatku źle je obrała, żałowałem, że nie zrobiłem tego sam. Rzeczywiście były nieudane – gorzkawe i trudne do pogryzienia. Nawet nie chciało mi się wyjaśniać, że normalnie rozpływają się w ustach. Prawie wszystko wyrzuciła do śmietnika.
– Nie kupuj tego więcej – skwitowała nadąsana.
A tu, w tym miasteczku na końcu świata, mają szparagarnię!
– Aniu, zazdroszczę ci. Też bym chciał codziennie jeść szparagi. Macie tu jakiś kawałek ziemi? Może się przekwalifikuję – rozmarzyłem się. Niby żartem. Chociaż…
– E, szybko by ci się znudziło – powiedziała.
Czy tylko szparagi miała na myśli?

Wieczorem Darek przelał mi trochę paliwa ze swojego baku, więc nazajutrz miałem jak dojechać do stacji benzynowej. Gdy wróciłem, jeszcze w pobliskim sklepiku kupiłem główkę kapusty i kilogram marchwi. I pomaszerowałem do „Miłej” na pożegnalną kawę. Darek znów mnie namawiał na ten turniej. Ale naprawdę musiałem już ruszać.
Ania dała mi na drogę kawał placka ze śliwkami.
– A to dla Stasia. Dla Niuńka właściwie. – Wręczyłem jej torbę z zieleniną. – Chyba mu taka ze sklepu nie zaszkodzi?
– Bez przesady. On pewnie nie odróżnia tej chemicznej od naszej, na kompoście… Staś się ucieszy, dziękuję.
Jakby trochę posmutniała. Do licha! Posuwaliśmy jakieś marchewki zastępcze! Ale co jej miałem powiedzieć? Że za parę miesięcy znowu będzie turniej brydżowy i może przyjadę? Że chciałbym tu uprawiać szparagi i ekologiczną marchew? Że?… Sam jeszcze nie znałem odpowiedzi.
Popatrzyła mi w oczy i podała rękę. Uśmiech miała niewesoły, ale uścisk dłoni mocny, prawie męski.
– Szczęśliwej podróży – powiedziała.

(wersja z r. 2014)

4 thoughts on “KRÓLIK W SZPARAGACH

  1. To preludium. Czekam ( już się nie mogę doczekać, i przebieram nogami ) na ciekawą historię o miłości w Miłowicach – Lubniewicach ( tylko błagam, nie ckliwą ) 🙂

  2. Hanna, bardzo lubię to opowiadanie. Z przyjemnością znów je sobie odświeżyłam. A co do szparagów też uwielbiam i polecam z sosem holenderskim:) Ojej, aż mi ślinka pociekła na samą myśl.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s