ŁAŃCUSZEK

 

 

– Pamiętasz ten łańcuszek? Taki z medalikiem, leżał u was na toaletce w przedpokoju.  – Anna odstawiła pustą filiżankę i odwróciła wzrok, jakby nagle ujrzała coś ciekawego w kącie restauracji.

– Pamiętam. – Podejrzenie sprzed lat znów zabolało jak zadrapane kolano, choć niby już dawno zagojone, ze strupkiem upchniętym pod dywan niepamięci. – Czemu pytasz?

– To my ci… My go zabrałyśmy. Nie zdradzisz mnie przed Różą? Kiedyś może sama ci powie. Mnie to gnębi od lat, bo…

– E tam, stare czasy. – Ola spojrzała w kierunku drzwi, w nadziei, że przybycie Róży zakończy niezręczną sytuację. – Masz ochotę na drugą kawę?

– Dzięki, wolę to. – Anna podniosła do ust koniakówkę. – Lepsze niż nasze dawne sikacze. A pamiętasz, jak kiedyś poszłyśmy do parku z butelką? Albo „Gellalę” w Łużyczance? Łużyczanki już nie ma, Parkowej też. Dobrze, że choć tu – rozejrzała się – niezły lokal zrobili. Kiedyś tu się kupowało meble, pamiętasz?

Ola przytaknęła machinalnie, lecz wyłączyła się. Więc to one… Ale po co do tego wracać? Tak rzadko się teraz widują, po co psuć spotkanie.

Dostała ten złoty drobiazg od babci. Potem zginął. Mnóstwo rzeczy ludziom ginie i życie toczy się dalej, czasem lepiej nie wiedzieć, co się stało. Zachować złudzenia.

Jakby na potwierdzenie, że nie ma co ciągnąć tematu, zadzwonił telefon Anny.

– Olu, to Waldek. – Poderwała się z krzesła. – Przepraszam cię na chwilę.

*

Sukienka, z amerykańskich ciuchów na Rynku Łazarskim, przyszła w paczce od babci z Poznania. Pachniała kusząco jak odległy, wielki świat i zachęta do podróży. Rodzice szeptali między sobą, że Ola ma dostać od babci coś jeszcze, ale to niespodzianka.

Buty kupili z ojcem w domu towarowym. Eleganckie, czechosłowackie. Drogie, ale ojciec był szczodry.

– Raz w życiu ma się pierwszą komunię – powiedział.

„Cebo” – głosił napis na pudełku. Zapach skóry łaskotał Olę w nos. Nie mogła się doczekać niedzieli, kiedy będzie w tych ślicznych pantofelkach chodzić przez cały dzień.

W niedzielny poranek babcia zakręciła jej włosy żelazkiem rozgrzanym nad gazowym płomieniem. Całą kuchnię wypełniał swąd przypalanego papieru, bo sprawdzała najpierw temperaturę żelazka na kawałku gazety.

Przed wyjściem z domu z ozdobnego pudełeczka wyjęła łańcuszek z medalikiem i zwiesiła go dziewczynce na szyi.

– Jeszcze moja mama go nosiła – powiedziała. – Teraz jest twój.

– Dziękuję. – Ola z trudem ukryła rozczarowanie. To o tej niespodziance mówili rodzice? Nawet nie zegarek!

Po zakończeniu kościelnych uroczystości wymarzona niespodzianka jednak rozpromieniła jej ten dzień i Ola wreszcie uściskała babcię. Rower. Czerwony, lśniący, najpiękniejszy w świecie.

 

*

Anna wróciła do stolika.

– Mój mąż cię pozdrawia – oznajmiła.

Dopiero teraz Ola zauważyła, że dekolt przyjaciółki zdobi gruby złoty wisiorek. Anna w tym momencie dotknęła szyi.

– Prezent od Waldka na rocznicę ślubu – wyjaśniła, choć Ola nie zadała żadnego pytania.

*

Łańcuszek, delikatny jak pajęczyna, rzadko zakładany, leżał w swojej maleńkiej skrytce na toaletce. Medalik z wizerunkiem Matki Boskiej przedstawiał świętą młodziutką niczym dziewczynka, z lekko pochyloną głową i smutnym uśmiechem. Wygrawerowaną na odwrocie koronę z gwiazdami okalał napis „Ora Pro Nobis”, z trudem dający się odczytać, tak małymi literami został wykonany – medalik miał wielkość paznokcia.

Któregoś razu, tuż pod koniec roku szkolnego, Ola zauważyła brak łańcuszka w pudełeczku. Wraz z mamą i ojcem przetrząsnęli każdy zakamarek toaletki, zaglądali pod spód. Bezskutecznie.

– Pewnie te jej koleżaneczki gwizdnęły, stale się tu kręcą – zawyrokował ojciec.

– Coś ty, one? – Nutki niepewności w głosie mamy świadczyły, że też dopuszcza taką myśl.

Ola zmartwiała. Tak, przychodziły do niej, Ania, Róża, wszystkie trzy się spotykały co dzień po lekcjach. Niemożliwe, żeby któraś z nich to zrobiła!

– Mamo, ja raz wzięłam ten łańcuszek do szkoły, może mi się odpiął albo zerwał – wydusiła z siebie.

Skłamała. Nie chciała, by oskarżenie padło na jej przyjaciółki.

– Miałaś go nie zabierać do szkoły – mama podniosła głos.

– Przepraszam… Chciałam pokazać Ewie, ona ma podobny, tylko z krzyżykiem. – Ola dalej brnęła w kłamstwo.

Lecz sama zaczynała już wątpić. Róża i Ania ostatnio nie pokazywały się u niej. To nie musiało mieć związku z zaginięciem medalika, a jednak… Może po prostu je spytać? A jeśli to nie one i się obrażą?

Żeby odgonić podejrzenia, przytuliła się do mamy.

– Przepraszam – szepnęła raz jeszcze.

– Już dobrze – westchnęła mama. – Jutro pójdę do szkoły, choć boję się, że nie ma na co liczyć. A może jest gdzieś w domu i sam się znajdzie.

Lecz nie znalazł się nigdy.

*

– Co zrobiłyście z tym łańcuszkiem? – Sama nie wierzyła, że jednak pyta o to.

– Słabo pamiętam. – Anna unikała jej wzroku. – Ale, tak… Sprzedałyśmy go. Takiemu grubemu handlarzowi, miał stragan na targu, kojarzysz?

– Nie bardzo.

– Taki śmieszny, z czarnymi wąsami.

– Nie pytał, skąd macie?

– Nie. Dał stówę i kazał zmykać. Wydawało nam się wtedy, że to kupa forsy. Masz żal?

– Przecież mówiłam, stare dzieje. – Ola uśmiechnęła się, usiłując zignorować to ukłucie, które znowu poczuła.

*

Dziewczyny zjawiły się dopiero po tygodniu od rozpoczęcia wakacji. Zachowywały się naturalnie i Ola odetchnęła z ulgą. Nie zamierzała już o nic pytać.

– Znalazłam pieniądze koło Parkowej – oznajmiła Róża, gdy wyszły na ulicę.

– Gdzie? – zdziwiła się Ola.

– No, mówię, koło gospody. Pewnie jakiś pijak zgubił. Macie ochotę zjeść tam obiad?

– W Parkowej? – Olę zdumiała ta propozycja. – Ja mam w domu.

– To co? – Ania wzruszyła ramionami, jakby całe życie chodziła do restauracji. – My też mamy, ale co szkodzi spróbować. Idziemy!

Weszły do środka jak do świątyni. Kelnerka uważnie otaksowała je wzrokiem.

– Wybierzcie sobie coś z zestawów dla dzieci – doradziła. – A pieniądze macie?

– Tak, rodzice nam dali – skłamała Róża.

W menu figurowały trzy zestawy, zamówiły pierwszy. Ogórkowa, gołąbki, kompot.

– Nie powiem, że znalazłam, bo jeszcze by nam zabrała – szepnęła Róża, gdy kelnerka odeszła.

Potrawy, gorące i pikantne, smakowały znakomicie, choć trochę inaczej niż domowe. Jadły w milczeniu, uroczyście manewrując sztućcami.

– Jutro też możemy przyjść – zaproponowała Róża po wyjściu z restauracji. – Znalazłam aż pięć dych i dwudziestkę, takie zwinięte, leżały tu, w kącie. – Wskazała na furtkę przy trawniku okalającym gospodę.

– To był jakiś bogaty pijak – dorzuciła Ania.

W domu udało się Oli przełknąć tylko trochę zupy. Powiedziała, że boli ją brzuch, co w istocie bliskie było prawdy.

Nazajutrz, niczym stałe bywalczynie Parkowej, zamówiły pomidorową i pierogi z jagodami, zestaw numer dwa. Trzeciego dnia zjadły kalafiorową i pulpety, a czwartego już nie było za co pójść na obiad.

– Ale poszukajmy, może znów ktoś zgubił. – Róża miała taką minę, jakby znajdowanie pieniędzy koło gospody stanowiło najzwyklejszą rzecz pod słońcem. – Chodźmy na trawnik, Anka, ty w lewo, ja na prawo, Olka środkiem. Tylko patrzcie pod nogi – przykazała.

– Mam dwa złote! – dobiegło po chwili wołanie Ani.

– Szkoda, że nie ja – mruknęła Ola i już miała zawrócić, gdy i u jej stóp coś błysnęło wśród zieleni.

– Mam! Ja też mam! – krzyknęła, przyklękając. – Dycha i złotówka, patrzcie!

Monety leżały obok siebie jak na wystawie, jakby czekały, aż ktoś je znajdzie.

– Razem trzynaście – policzyła Ania. – Szukamy dalej?

Pokręciły się, ale nie znalazły nic więcej. Ola nawet się ucieszyła, bała się pytań rodziców o te nagłe bóle brzucha.

– To może chodźmy na lody? – zaproponowała.

– Fajny pomysł – pochwaliły ją koleżanki.

*

– Już po szóstej, a Róży nie ma. – Anna wyrwała ją z zamyślenia.

– Uprzedziła, że się spóźni. Miała z Poznania wziąć taksówkę. Zadzwonię do niej, dowiemy się.

– Siedź, ja zadzwonię. Przy okazji sobie zapalę, a ty zamów nam coś, dobrze?

– Z chęcią. – Ola skinęła na kelnera.

Czuła znowu smak zupy ogórkowej i tamtą dziecinną radość. Pieniądze znajdowane na trawniku niczym grzyby wyrosłe wśród trawy! Swoją drogą, ależ była naiwna. Jej koleżanki musiały mieć niezły ubaw.

*

– Ta forsa w trawie to też wy? – zapytała po powrocie Anny.

– W trawie? Forsa?

– Nieważne. – Ola znów zaczęła się obwiniać, że rozdrapuje dawne rany. – Co z Różą, dodzwoniłaś się?

– Tak. Zaraz będzie. A o co chodzi z tą trawą?

– Nic takiego. Przepraszam, nie było tematu. – Ola postanowiła już ani słowem nie wracać do sprawy łańcuszka.

Pojawienie się Róży ucięło rozmowę, przez chwilę trwało powitalne zamieszanie.

– To dla was. – Róża wręczyła przyjaciółkom kolorowe albumy. – Mąż mi pomógł obrobić to komputerowo. Dla mnie też zrobił – dodała.

W albumach, pomysłowo wplecione w barwne tło, znajdowały się stare zdjęcia legitymacyjne, sporo było też fotografii Gubina z czasów ich dzieciństwa.

Jedna z nich przedstawiała Parkową.

– Przechodziłam dziś tamtędy, po dawnej knajpie tylko budynek został – powiedziała Anna.

– Już nie byłoby gdzie szukać pieniędzy po pijakach – chciała zażartować Ola, lecz ugryzła się w język. Sama ledwo co ogłosiła koniec tematu.

– Dla ciebie mam coś jeszcze. – Róża podała jej małą owalną szkatułkę. – Pudełeczko inne, ale zawartość ta sama. Zobacz.

W środku znajdował się medalik z łańcuszkiem.

– Skąd go masz? – Ola drżącą ręką wyjęła wisiorek. – Przecież… Anka, przepraszam, że cię zdradzam – zwróciła się do Anny. – Już wiem od Ani – wyjaśniła Róży. – Więc jakim sposobem… – urwała.

– Zwyczajnie. Odkupiłam.

– Co takiego? – Teraz Anna nie kryła zdziwienia.

– No, poszłam do tego faceta na targu i odkupiłam.

– Bujasz. – Anna wciąż nie chciała uwierzyć. – Nie pogonił cię?

– Nie, bo udałam, że strasznie ryczę i postraszyłam go milicją.

– Ale przecież chodziłyśmy za tę kasę na obiady, na lody, pamiętacie? – Ola wreszcie wyraziła i swoje wątpliwości. – Skąd wzięłaś na to pieniądze?

– Mam swoje sposoby, nie musicie wszystkiego wiedzieć – ucięła Róża. – Olu, tak mi wstyd. Przepraszam.

– Daj spokój, już okej. – Ola znów zaczęła oglądać wisiorek.

Coś się jednak nie zgadzało. Matka Boska miała wprawdzie swój smutny uśmiech, lecz łańcuszek wyglądał na grubszy niż tamta pajęczynka. Ola zerknęła na odwrotną stronę medalika. Korona ta sama. Gwiazdki też. Ale gdzie „Ora Pro Nobis”? Przez okulary, których jeszcze nie zdjęła po oglądaniu albumu, widziała wyraźnie: ten element na medaliku nie istniał.

Podniosła głowę i długo patrzyły sobie z Różą w oczy. Potem uśmiechnęła się i cmoknęła przyjaciółkę w policzek.

– Dziękuję – szepnęła.

Róża, już wyluzowana, przytuliła ją.

– To co, dziewczyny, jeszcze po koniaczku? – zaproponowała. – Trzeba uczcić spotkanie. Ja stawiam.

 

/jesień 2016./