MŁODZIUSZKA

– Co gotujesz? – Zaglądasz mi przez ramię.

– Kapustę na obiad.

– Pięknie pachnie. A zasmażkę dodasz?

– Nie, mamuś. Kalorie! Bez zasmażki zdrowiej.

– Zdrowiej… – Zamyślasz się. – Kiedyś wszystko było zdrowsze, nie musiał się człowiek tak pilnować.

– Wystarczą skwarki z boczku. Do klusek spuszczanych, takich jak ty robiłaś. A jutro może zrobię ziemniaki w mundurkach?

– Pyry w mundurkach! Jak za najgorszej bidy – zaciągasz po poznańsku, niby się gorsząc, choć się cieszysz.

Moja kochana. Od kilku lat już gdzie indziej gotujesz te swoje kluski i pyry z gzikiem. A może już tylko szparagi, wszak na lepszy stół, tam, w górze. Nam też czasem z Poznania przywoziłaś szparagi, do dziś moje najukochańsze warzywo. Albo szneki z glancem…

Tak się kiedyś wstydziłam tych twoich poznańskich powiedzonek. Szwamek, gir, kluk, sznuprowania i fyrania. Teraz powtarzam je z lubością. Teraz, gdy fyrnęłaś nam już na zawsze.

Przepraszam, że nie byłam tak dobrą córką, jak ty matką.

Zaśpiewajmy coś, mamuś. Mówili na ciebie Słowiczek, taki ładny miałaś głos. Uwielbiałaś śpiewać. Pod koniec życia najchętniej nuciłaś „Na tej ziemi, pod tym niebem życie nasze toczy się”. I choć nie ma już „Plebanii” i ciebie, każdego dnia jesteś ze mną. Tak jak radio, od zawsze w naszym domu członek rodziny. W najdawniejszych czasach „Pionier”. Podśpiewywałaś wraz z nim, a ja z tobą. „Most na rzece Kwai”, pamiętasz? Nie wiedziałam, co to za rzeka, jaki most, ale piosenka brzmiała tak radośnie. „Halo, słoneczko świeć, świeć, świeć”…

Też lubię podśpiewywać, też byłam w chórze jak ty. Mnie i brata nauczyłaś tylu piosenek! Maszerowaliśmy po mieszkaniu, tłukąc w pokrywki niczym w tarabany i wyśpiewując „Wojenko, wojenko, cóżeś ty za pani”. Albo „Pójdźcie, o dziatki, pójdźcie wszystkie razem”. Wtedy nie wiedziałam, że to ballada Mickiewicza, lecz dzięki tobie umiałam zaśpiewać wszystkie zwrotki. „Nie dziękuj, wyznam ci szczerze”, powiedziałabyś, używając jednego z naszych domowych powiedzonek.

Pelagia. Nie znosiłaś swojego imienia. Wolałaś być Elą, a potem nazywaliśmy cię już tylko Pelunią. Twoi rodzice „za chlebem” przyjechali ze wsi do Poznania, jednak na świecie pojawiłaś się w Gaju Wielkim, bo twoja mama pojechała cię urodzić do swojej mamy. W chałupie z posypywaną piaskiem polepą.

Janowi, kolejarzowi, i Juliannie, twoim rodzicom, urodziło się aż sześcioro dzieci. Ty, rocznik 1919, najstarsza i z najlepszego kruszcu. Gnieździliście się na Małeckiego, w jednym pokoju z kuchnią, z ubikacją na schodach. Jedliście chleb ze smalcem, a na obiad zawiesiste ajntopfy. Mięso tylko w niedzielę. Ale wszystkie dzieci miały mundurki i książki do szkoły, na to nie mogło zabraknąć. Ojciec ci kupił maszynę do szycia i zapisał do krawca na naukę, żebyś mogła obszywać rodzinę. Gdy miałaś już swoje pieniądze, czasem wysyłałaś najmłodszego brata do rzeźnika po dziesięć deko wątrobianki, tak ci obrzydł chleb ze smalcem. Pewnie dlatego potem tak dbałaś, by nas dobrze karmić. Wciąż czuję smak twoich potraw. Niewyszukanych, lecz jakże pysznych! Mogłaś mi poskąpić pieniędzy na magnetofon, uważając to za zbytek, ale obiad musiał być zawsze dwudaniowy. I z deserem.

Miałaś szkolną przyjaciółkę. Dorę, dziewczynę z „lepszego domu”, posiadającą nie tylko wc, ale nawet prawdziwą łazienkę. Lecz twoja późniejsza, gdy po wojnie zamieszkałaś z tatą w Gubinie, była jeszcze piękniejsza. Cała w białych, popielatych i czerwonych kafelkach.

– Florek mi się śnił – mówiłaś czasem z uśmiechem zawstydzonej dziewczynki. Powiedziałaś tak jeszcze na kilka tygodni przed śmiercią. – E, takie tam głupoty.

Florek z ulicy Kolejowej. Twój przedwojenny narzeczony. Osiadł w Szwecji, internowany wraz z załogą okrętu „Żbik”. Wysyłał ci epistoły o tęsknocie i dwóch sercach, których płomień nigdy nie zgaśnie, a po tajniacku ożenił się ze Szwedką i już nie wrócił do kraju.

Podczas okupacji kopałaś rowy na Einsatzu, a na życie zarabiałaś nędzne fenigi w fabryce Pebeco. Narażając się na wpadkę podczas rewizji, kradłaś mydło produkowane na potrzeby Wehrmachtu. Ale nigdy nie robiłaś z siebie bohaterskiej sabotażystki! Mydło było towarem wymienialnym, na przykład na kartkowy chleb.

Po wojnie poznałaś mojego tatę. Józka, warszawiaka, który uciekł z robót u Niemca, by walczyć w powstaniu, a po wojnie osiadł z rodzicami w Poznaniu, na sąsiadującej z Małeckiego ulicy Kanałowej. Na krótko, bo wyruszył dalej, szukać szczęścia na Ziemiach Odzyskanych. Lecz po drodze poznał ciebie. Moja zadzierająca nosa warszawska babcia Stanisława oznajmiła babci poznańskiej: „Mój syn się z pani córką nigdy nie ożeni”. W odpowiedzi usłyszała: „Mam sześcioro dzieci, a to jest moja najlepsza córka!”, bo babcia Julianna też sroce spod ogona nie wypadła.

Ach, jak uwielbiałam, mamo, słuchać twoich opowieści. O ślubie, na którym miałaś własnoręcznie uszytą jasnobłękitną suknię z plisowanym stanem i ksiądz powiedział: „Wygląda pani jak anioł”. O moim przyjściu na świat i dlaczego mam na imię Hanna. O tym, jak mój brat omal nie zadławił się cukierkiem miętowym. O Gubinie, w którym zamieszkałaś po ślubie z tatą.

Znowu idę z tobą przez to miasto, jeszcze pełne gruzów, trzymasz mnie za rękę, kupujemy na targu koguta na niedzielny obiad. Grymaszę, bo nie lubię rosołu. Na przeprosiny rwę ci kwiaty z bzowego gąszczu przy naszym domu nad rzeką, arkadii mojego dzieciństwa. Kwitnie jabłoń, rzeka szumi niepokojąco i wierzby się kołyszą, zjadłam kolację, którą przygotowałaś, i teraz w otwartym oknie marzę o niebieskich migdałach.

Proszę, opowiedz coś jeszcze. Przed chwilą pomogłam ci wygramolić się z wanny, jakoś udało ci się zadrzeć nogę. Kolejne zwycięstwo nad dziewięćdziesięcioletnim opornym ciałem. Słuch mu stępiał, ale ciebie wciąż słucha. Z jakiego ty jesteś dobrego, wręcz szlachetnego materiału! Jakie piękne masz dłonie. Wąskie, długie palce, kształtne migdały paznokci, mocno wygięte kciuki.

– A tyle się te ręce napracowały – mówisz.

Nocki w recepcji hotelu „Nysa”, po których drzemałaś najwyżej parę minut, z głową opartą na rękach na kuchennym stole. Długie poranne kolejki, by w strasznym ścisku kupić kawałek mięsa. Sprzątanie. Pranie na tarze i gotowanie bielizny w kotle na kuchennym piecu, a potem płukanie i krochmalenie w wannie. W tej naszej pięknej łazience.

Nie działał poniemiecki gazowy Junkers, więc ojciec co sobotę grzał wodę w wielkim baniaku i cała rodzina miała kąpielowe święto. Szorowałaś mi plecy i polewałaś je prysznicem doczepionym do kranu z napisem „Kalt/Warm”. Teraz ja ci pomagam. Po kąpieli nakręcam twoje cienkie, siwiutkie włosy na śmieszne wałki, pamiętające co najmniej ćwierć ubiegłego stulecia.

– Piękne loczki będą – ogłaszam.

– Dziękuję. Znowu nam tak sprawnie poszło, prawda? – odpowiadasz uradowana. – Ile się należy?

– Trzy pięćdziesiąt. – Tak sobie lubimy żartować. – Będzie szanowna pani wyglądała jak gwiazda filmowa.

– Jaka tam gwiazda. Starucha! – przekomarzasz się. – Co innego ty, młodziuszka. Ach, gdybym tak miała z dziesięć lat mniej – wzdychasz.

Młodziuszka. Mój Boże. Już dawno nie jestem młodziuszką, mamo. Prędzej czy później się spotkamy. Tam, gdzie wszyscy są młodzi. Pomogę ci obierać pyry na obiad. Tata wróci rowerem z lasu, z torbą pełną grzybów. Zaprawisz je w słoiki, ususzysz, ugotujesz. Zupy z zielonek nigdy nie jadłam tak smacznej jak twoja!

Po obiedzie siądziesz do maszyny i uszyjesz mi modną bluzkę. Taką piękną jak tamta z żorżety, którą wyczarowałaś z przedwojennej garsonki babci Julianny, pamiętasz? Z żółtymi guziczkami w kształcie grzybków i marszczonymi, bufiastymi rękawkami. Koleżanki na studiach pożyczały ją ode mnie na randki.

Albo sobie zaśpiewamy. Na przykład „Bartoszu, Bartoszu, oj, nie traćwa nadziei”. Bo nadziei, słoneczko kochane, młodziuszko moja, nie traciłaś nigdy. A jeszcze lepiej (pamiętasz, jak tańczyłyśmy przy tej piosence?): „Chwila, która trwa, może być najlepszą z twoich chwil”…

 

Wszystkie chwile z Tobą były dobre. Wciąż są. Dziękuję, Mamo.

 

marzec 2017.