OPOWIADANIE BEZ TYTUŁU

 

Hollin jest bardzo elegancki. Biała muszka i białe skarpetki, reszta czarna. Wygląda naprawdę interesująco. A jakie piękne ma oczy! Szarka wydaje się przy nim całkiem pospolita, a jednak i ona posiada swoisty wdzięk. Może to te jej leniwe ruchy i sposób, w jaki, siedząc przed swoim mieszkaniem, przygląda się światu?
Razem tworzą bardzo udaną parę, zwłaszcza gdy wieczorami dają pod moim oknem koncerty na dwa głosy. Mieszkają pewnie w tej szopce z drewnem. A do kogo należą? Chyba do nikogo, skoro jedzenie wynoszą im na przemian mój brat i sąsiadka z parteru.
Wiatr wieje. Pewnie im zimno. A Szarka tak siedzi na jakiejś obtłuczonej cegle, siedzi i leniwie spogląda przed siebie. Pewnie czeka na Hollina. Gdzie on się podział? A, jest tam, koło furtki. Spaceruje. Co za lordowska postawa! Doprawdy nie mogę się oprzeć wrażeniu, że byłoby mu bardzo „do twarzy” w meloniku i z laseczką w łapce.
O, Szarka się podniosła. Idzie do Hollina? Nie, rusza w przeciwnym kierunku. Leniwie omijając płaty leżącego jeszcze gdzieniegdzie mokrego, brudnego śniegu, dochodzi do węgła budynku i znika za nim.
Dzwonek. Ciekawe, kto to może być. Nie chce mi się odchodzić od okna. Znowu dzwonek. Ho też gdzieś przepadł, już go nie ma koło furtki. Chwilka, już otwieram.
Ty? Zupełne zaskoczenie. Dzień dobry. Proszę, wejdź. Nie, nie musisz zdejmować butów, to nic, że mokre. I przepraszam cię na sekundę, muszę cię przecież czymś poczęstować. Nie wiem, jakie wiatry cię tu przywiały, ale pojęcia nie masz, jaka jestem im wdzięczna.
Ale ci tego nie powiem.
Byłeś już u mnie kiedyś, pamiętasz? Wyjeżdżałeś wtedy, zadzwoniłeś tak samo jak dziś, niespodziewanie i oznajmiłeś mi, że przyszedłeś się pożegnać. Właściwie nie było w tym nic zaskakującego, choć dopiero wówczas zrozumiałam, że uważałeś mnie za swoją dziewczynę. Mimo że wcześniej ja cię nigdy nie traktowałam serio. Po tej wizycie miałeś jednak prawo myśleć, że już wszystko będzie dobrze.
Lecz znowu to popsułam.
A teraz jesteś tu. Wpadłeś ot, tak, z braku lepszego zajęcia. Zawsze to lepsze niż łażenie po mieście, zwłaszcza przy takiej pogodzie. Takie przynajmniej usiłujesz wywrzeć wrażenie. Ale jesteś i to jest ważne.
A wczoraj zamieniliśmy z sobą tylko kilka słów, byłeś uprzejmy i bardzo chłodny. Potem rozeszliśmy się, każde w swoją stronę. Nigdy bym się nie spodziewała…
Proszę, jest już kawa. Jaki masz ładny uśmiech. Nie patrz tak na mnie, bo mi się ręce trzęsą. I tak już przez ciebie przesoliłam wczoraj ziemniaki.
Tyle myśli pod czaszką! Tyle słów, a nie potrafię powiedzieć żadnego z nich, prócz zdawkowych: proszę, tak, nie, przyjedziesz w sobotę, jak ci leci.
Milczymy. Dlaczego nic nie mówisz? Mów coś, nie bój się. Ja już nie będę ostrzyć pazurków, atakować każdego twojego słowa. Już nie! Zapomnij, jeśli możesz. Zmądrzałam.
Więc dlaczego nie potrafię ci tego powiedzieć? Tyle myśli, których nie znasz!
Co ja tam widzę za oknem? E, nic takiego. Popatrz, jakie niebo. Ołowianosine. O, Szarka znów siedzi na tej swojej cegle. Przed nią miseczka, już opróżniona. Ho chyba nadal się gdzieś włóczy, w każdym razie nie widać go.
Kiedy ci opowiadam o kociej parze, mówisz: dziecinne sentymenty. A ty to niby co? Nie jesteś dzieciak? Jesteś. Duży dzieciak. W dodatku pozer i zarozumialec. W ogóle posiadasz mnóstwo wad, które kiedyś wytykałam ci bez ogródek. A teraz? To śmieszne, boję się nawet zająknąć o nich. Chyba bardzo się zmieniłam – kiedyś nawet nie przyszłoby mi do głowy, że mogłabym sprawić ci przykrość.
O, patrz, Hollin wrócił! Skąd takie imię? Nie mam pojęcia, mój brat tak go nazwał, może to bohater jakiegoś filmu. Piękny Hollin.
Zwyczajny kocur? Wcale nie! Co ja widzę w tym „moim” Ho? Właściwie nic takiego, mniejsza.
Jednak coś tam widzę. Tylko ci tego nie powiem, bo śmiałbyś się. Ho trochę przypomina mi ciebie. Tylko ten, jak mówisz, kocur, to urodzony lord, a ty na znudzonego lorda pozujesz. Też się zmieniłeś. Raczej na niekorzyść. Ale ci tego nie powiem, bo po co.
Rozmawiamy już swobodniej. Wreszcie zachowujesz się normalnie, bez tej głupiej pozy. Jak kiedyś. Jesteś miły, wiesz? Lubię cię. Tyle że znowu mówię nie to, co powinnam.
Jednak nadal jesteś ostrożny. Rozumiem. Nie chcesz się znowu sparzyć. Ale już nie musisz się bać. Nie będę gryźć.
Czy jest nam pisany jakiś ciąg dalszy, tylko jeszcze nie wiemy o tym? Czy można sobie coś obiecywać po tej twojej wizycie? Cokolwiek będzie – dobrze, ze dziś przyszedłeś. Bo nawet jeśli nam nie wyjdzie, zachowam cię we wspomnieniach jako kogoś miłego, bliskiego.
Musisz już iść? W takim razie nie będę cię zatrzymywać. Nie wiesz, kiedy znowu przyjedziesz, może dopiero za miesiąc?
Jaki ty jesteś wysoki! Wyższy do mojego kaflowego, ciepłego pieca. Muszę porządnie zadrzeć głowę, żeby spojrzeć ci w oczy. Dłoń masz taką ciepłą, gdy podaję ci swoją. Cześć, trzymaj się.
Do zobaczenia. Może poczekam, aż dorośniesz. I uda się nam. Podobno wystarczy tylko bardzo chcieć. I codziennie powtarzać sobie: chcę, chcę.
Za oknem już zmierzch. A Hollin i Szarka wędrują teraz ścieżką w stronę furtki. Razem.

(napisane 11-12 marca 1971)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s