OPOWIEŚĆ ZNAD ŻEJMIANY Z MIŁOŚCIĄ W TLE

Opowieść znad Żejmiany z miłością w tle

OPOWIADANIE Z KONKURSU ROMANSOWEGO

  Jako pierwszą zamieszczam „Opowieść znad Żejmiany”(Szafirowe Pióro). Trochę się z nią męczyłam, tzn. z wymyślaniem tej historii rodzącej się miłości osadzonej w litewskich realiach spływowych (i nie tylko spływowych). Postaci głównych bohaterów są oczywiście fikcyjne.

OPOWIEŚĆ ZNAD ŻEJMIANY Z MIŁOŚCIĄ W TLE

Rzeka meandrowała wśród drzew. Z nieba lał się żar, starali się płynąć blisko brzegu, by znaleźć odrobinę cienia. Ramiona bolały już od wiosłowania, pomału trzeba się było rozglądać za miejscem na nocleg.
– Muszę chwilę odsapnąć. – Ola odłożyła wiosło i wygodniej oparła się o podłożony pod plecy worek z ubraniami.
– Chcesz pić? – spytał Sambor.
– Chcę, podaj. – Wyciągnęła rękę do tyłu i po sekundzie w jej dłoni znalazła się butelka z wodą.
– Chłodna, jak miło. Od razu mi lepiej.
– Widzę, że Radek już szuka jakiegoś miejsca, gdzie moglibyśmy wylądować. Może zdążymy się rozbić na sucho, nim zacznie się burza.
Przez chwilę obserwowała granatowobłękitną ważkę, która przysiadła na dziobie kajaka, potem przymknęła oczy. Czy rzeczywiście dobijała wreszcie do spokojnego brzegu? Jeszcze kilkanaście dni temu nawet nie pomyślałaby w ten sposób. To miał być tylko odpoczynek. Urlopowa ucieczka od miejsc, gdzie wciąż istniało niebezpieczeństwo, że ledwie zabliźniona rana na nowo zacznie krwawić.
Z zamyślenia wyrwał ją głos Sambora:
– Olu, uwaga, wiosła w dłoń, lądujemy! Musimy ustawić się pod nurt, machnij mocniej prawym. O, tak. Jeszcze raz, jeszcze. Dobrze. Wysiadamy.

W maju Justyna i Radek podarowali jej na imieniny obwiązane czerwoną wstążką spore zawiniątko.
– Worek spływowy. Nieprzemakalny – zakomunikował Radek, gdy zaskoczona oglądała prezent. W środku znajdowało się coś jeszcze: ciasno zwinięty rulon w plastikowym worku.
– Materac? – zapytała zdziwiona.
– Samopompujący się – pośpieszył z uzupełnieniem Radek.
– Dziękuję wam bardzo. Ale… Co się za tym kryje?
– Wybieramy się znowu na Litwę – wyjaśniła Justyna. – Jedź z nami.
– Nigdy nie byłam na takim spływie. Zaskoczyliście mnie.
– Prześpij się z tym. Na pewno taki wypad dobrze ci zrobi. Pomoże ci zapomnieć… – Justyna była doskonale zorientowana w jej problemach sercowych.
– Daj spokój! – Ola weszła jej w słowo. – Ja już wcale nie myślę o Damianie.
Skłamała. Nie chciała, by przyjaciółka rozwinęła ten wątek. Pamięć o rozstaniu niby już zblakła, ale wciąż nie była przyjemna.
– Tym lepiej. Popłyniesz na luzie – skwitowała Justyna. – I głowę sobie dam uciąć, że będziesz zachwycona. My po ubiegłorocznym spływie już nie możemy się doczekać. Tyle że teraz chcemy to sami zorganizować. Kajaki wypożyczamy w Maćkowej Rudzie, od pani Krysi. No i będzie nas tylko czworo.
– Czyli?
– Czwarty to Sambor, ten kolega Radka z klubu kajakarskiego. Był już z nami w ubiegłym roku.
– A, ten – mruknęła Ola. – Sztywniak.
– No, ty się chyba teraz nie bardzo palisz do szaleństw, prawda? – dogryzła jej przyjaciółka.
– Jasne. Ale zakonnicy też ze mnie nie róbcie, dobrze?
– Super. Bo będziecie spać w jednym namiocie, a jako zakonnica może byś protestowała.
Zanim zdołała odpowiedzieć, Radek pośpieszył z wyjaśnieniem:
– Może to niezbyt zręczne, ale chyba nie ma innego wyjścia. Jeśli się zdecydujesz, oczywiście. Będziemy przecież mieli masę gratów, to wszystko trzeba upchnąć w dwóch kajakach, a jeszcze jakiś namiocik gospodarczy by się przydał… Tak to wygląda.
– Olu, nie uprzedzaj się. Ten Sambor to naprawdę porządny gość. Spodoba ci się, zobaczysz – dorzuciła swoje trzy grosze Justyna.
– Kochani, litości! Chyba nie chcecie mnie swatać? Justa, przecież wiesz, że ja mam wciąż alergię na „porządnych gości”, w ogóle na jakichkolwiek. I na razie absolutnie nie przewiduję zmiany.
Poprosiła o kilka dni na zastanowienie. Kajakiem pływała już wiele razy i parę dni na rzece nie stanowiłoby problemu. Ale aż dwa tygodnie? Myć się w zimnej wodzie i wieczorami odganiać komary gdzieś na końcu świata, w jakiejś dziczy na Litwie? Na dodatek spać w jednym namiocie z obcym facetem!
No, nie tak całkiem. Poznała go kiedyś u Justyny i Radka. W listopadzie, krótko po rozstaniu z Damianem. Przez cały wieczór prawie się nie odzywał. Irytowało ją, że się jej przyglądał, choć usiłował to ukryć. Nigdy potem już go nie widziała, nawet nie pamiętała jego twarzy.
Sambor. Dziwne imię. Jego mama pewnie była miłośniczką staropolsz-czyzny. Nie wiadomo nawet, jak to zdrobnić. Samborek? Sambuś? Głupio jakoś.
Że milczek, to nawet dobrze. Nie zniosłaby w kajaku czyjegoś gadulstwa. Wprawdzie Damian bywał niezmiernie elokwentny, ale to co innego. Uwielbiała go słuchać.
Stop! To już nigdy nie wróci. Teraz chciała tylko zapomnieć. Ten spływ to może być dobra okazja.

Do Maćkowej Rudy, przejechawszy ponad sześćset kilometrów, dotarli dopiero pod wieczór. Mieli z sobą taki zapas jedzenia – różnych konserw, słoików z gotowymi daniami, paczek ryżu i makaronu – że Ola nie była w stanie sobie wyobrazić, jak to wszystko, wraz z kupą sprzętu, garnków i osobistych rzeczy, a nawet z małą butlą gazową, wędką i gitarą Radka, miałoby się zmieścić w kajakach.
– Radek i Sambor to mistrzowie pakowania, zobaczysz – śmiała się Justyna. – Zresztą w miarę płynięcia pakunków będzie ubywać. Damy radę.
Następnego dnia busikiem z przyczepką na kajaki i z panią Krysią za kierownicą wyruszyli na Litwę. Pani Krysia już wiele razy woziła kajakarzy, doskonale znała teren. Po południu, zjechawszy z szosy do lasu, „grawierną darożką” dotarli nad jezioro Ejsiaty i tam, na wysokim brzegu wśród sosen, zaczęli rozkładać swoje manele.
– To życzę udanej pogody i czekam na sygnał – pożegnała się z nimi pani Krysia.
– Może uda nam się dociągnąć aż do Podbrodzia. Jeśli nie, to odezwiemy się z Liuline – zapewnił Radek. – Tam też jest łatwy dojazd, znajdzie nas pani. Do zobaczenia!
Po rozbiciu obozowiska wszyscy pobiegli do jeziora się wykąpać, a potem dziewczyny zrobiły kolację. Komary rzeczywiście rozpoczęły wściekły atak i nawet dym z ogniska ich nie odganiał. Zakupione w dużych ilościach odstraszacze w sprayu też okazały się mało skuteczne.
– To taka miejscowa żarłoczna odmiana – wyjaśnił Sambor. – Poszaleją godzinę, dwie i pójdą spać.
Radek pobrzdąkał trochę na gitarze, zanucili kilka piosenek, potem chciał przekazać instrument koledze.
– Zagrasz?
– Dziś nie. Dopiero się rozkręcam. Lepiej posiedźmy spokojnie przy ogniu. – Sambor podniósł się i po chwili dorzucił do ogniska kilka szczap.
Choć ściemniać zaczęło się dopiero grubo po dwudziestej drugiej, wieczór stawał się coraz chłodniejszy. Radek wyjął z namiotu gospodarczego turystyczne kieliszki i butelkę żurawinowej „Lithuanii”.
– Zaklinamy pogodę. To taki cowieczorny rytuał – wyjaśniła Justyna. – Trzeba wypić choć kieliszek.
Wódka była ciepła, nie smakowała Oli. Za drugi kieliszek podziękowała. Po wszystkich emocjach ostatnich dwóch dni czuła zmęczenie i senność.
– Chyba pójdę już spać. Chrapiesz? – zwróciła się z pytaniem do Sambora.
– Nic mi o tym nie wiadomo – uśmiechnął się. Zadziwiająco przekornie jak na mruka. – Przekonasz się.

Na wszelki wypadek wzięła z sobą stopery, lecz nie były potrzebne. Usnęła natychmiast i nawet nie słyszała, kiedy Sambor wsunął się do namiotu.
Ani kiedy wyszedł. Gdy się obudziła, był już późny poranek. Zanim wygramoliła się ze śpiwora, rozległ się trzask odsuwanego zamka i w wejściu do namiotu przykucnął jej towarzysz. W ręku trzymał kubek z kawą.
– Może jest trochę mrukowaty, ale uśmiech ma przemiły – przemknęło jej przez głowę.
– Dzień dobry – powiedział. To na udany początek dnia. – Podał jej kubek. – Chrapałem?
– Nic nie słyszałam, spałam jak zabita. Dzięki za kawę. Pewnie już czas robić śniadanie, a ja w betach.
– Spokojnie. Justyna też dopiero wstała. I zaraz pobiegła do Radka, on od świtu siedzi na rybach. Idę zobaczyć, jak wygląda połów.
Ryb było sporo, po śniadaniu wszyscy zabrali się za ich skrobanie.
– Będzie pyszna kolacja, uwielbiam ryby – cieszyła się Justyna. – Tylko na czym je usmażyć? O oleju zapomnieliśmy.
– Można upiec na patykach nad ogniem. Albo je zrobię w folii aluminiowej, w żarze, jak w ubiegłym roku – powiedział Sambor.
– Racja. Były super! Już mi ślinka leci. Ale w Saldutiszkach koniecznie musimy kupić olej, będzie na zaś.
Ola milczała zaskoczona. Sambor potrafi upiec ryby? Damian kompletnie nie znał się na gotowaniu…
Stop! STOP!!! Trzeba za wszelką cenę wystrzegać się tych głupich porównań. Przyjechała tu zapomnieć. I nic więcej. Kropka.
Pakowanie kajaków to był rzeczywiście majstersztyk, między zmyślnie poupychanymi bambetlami znalazło się jeszcze miejsce, by się dość wygodnie usadowić. Pierwszy etap spływu wiódł poprzez Ejsiaty do łączącego się z nim jeziora Galuonis, nad którym mieli się rozbić na kolejną noc. Sambor po dżentelmeńsku podał Oli dłoń, pomagając jej wsiąść do kajaka, lecz potem prawie się nie odzywał. Wychodziło to naprzeciw jej życzeniom, a jednak to milczenie za plecami stawało się irytujące. Na nieśmiałego przecież nie wyglądał. Może on odzywa się tylko na lądzie?
– Czemu nic nie mówisz? – przerwała wreszcie ciszę.
– Mowa jest źródłem nieporozumień – zacytował „Małego Księcia”.
– „Lecz każdego dnia będziesz mógł siadać trochę bliżej”… – dopowiedziała. Ona też sporo fragmentów tej książki znała na pamięć.
Uśmiechnął się, ale na rozmowę nadal nie przejawiał ochoty.
– Grasz na gitarze? – wymyśliła po kwadransie następne pytanie.
– Słabo. Wolę zostawiać to lepszym ode mnie.
I znowu przez długie minuty jedynie plusk wioseł. Spróbowała jeszcze raz, trochę prowokująco:
– Ten poranek z kubkiem kawy był bardzo miły. Czy codziennie będziesz mnie tak budził?
– Tak.
I już ani słowa więcej. Co za mruk! Jej babcia miała na takich określenie, że „słowo im droższe pieniędzy”. Jak z takim milczkiem wytrzymać przez całe dwa tygodnie?

Trzeciego dnia, po przerwie na wyprawę do sklepu w Saldutiszkach, rzeczką Kiewną dotarli do jeziora o takiej samej nazwie. Ledwo zdążyli się rozbić i rozpalić ognisko, gdy zaczęło grzmieć. Obiad jedli już w namiotach, w kucki. Burza rozszalała się na dobre, na szczęście nie trwała długo, lecz po niej mocno się ochłodziło, więc dość wcześnie poszli spać.
W nocy znowu padało. Kanonada kropli na dachu namiotu obudziła Olę. Było jej zimno, wierciła się w śpiworze, daremnie usiłując na powrót zasnąć.
– Przytul się – usłyszała nagle szept Sambora. On również nie spał. – Nie bój się, jak do brata. Zaraz ci się zrobi cieplej.
Przysunął się i objął ją, wyciągnąwszy ramiona ze swojego śpiwora. Po chwili rzeczywiście poczuła ciepło. I chyba nawet bicie jego serca. Leżeli przez kilka minut bez ruchu, nie odzywając się. Gdy usłyszał jej miarowy oddech, delikatnie wysunął ramię spod jej głowy, przykrył dziewczynę swoim grubym swetrem i odwrócił się na wznak. Po chwili on także usnął.
Następnego ranka trzeba było podsuszyć namioty. Dzień zapowiadał się znowu upalny. Postanowili zrobić przerwę w płynięciu, tym bardziej że kolejny biwak zaplanowany był dopiero na koniec tygodnia.
W pobliskim lesie rosło mnóstwo jagód i kurek. Zbieranie grzybów, jak się okazało, było kolejną specjalnością Sambora. Jajecznica z kurkami, którą przyrządził na śniadanie, również. Na obiad zamarzyły im się naleśniki z jagodami, lecz mieli już tylko jedno jajko i ani grama mąki.
– Tu niedaleko powinno być takie gospodarstwo – powiedział Sambor. – Pamiętacie, było widoczne z brzegu, mijaliśmy je. Może tam by nas poratowali. Kto ma ochotę iść ze mną?
Nie patrzył na Olę, ale pytanie odczytała jako skierowane do siebie.
– Mogę iść – powiedziała po chwili wahania.
– Idźcie we dwójkę, a my tu będziemy pilnować ogniska – szybko zaproponowała Justyna.
Wędrowali leśną ścieżką znów prawie bez słowa. Już przywykła do jego milczenia. Woda czy ląd, bez znaczenia, widocznie na taki program przełączał się najchętniej. Trudno. Można posłuchać ptaków, to nawet przyjemniejsze niż cedzenie słów na siłę.
W poszukiwaniach pomógł im mężczyzna w dziurawym słomkowym kapeluszu, który nagle wyłonił się z zarośli. Prowadził rower, trochę się przy tym zataczając, gdy podeszli bliżej, poczuli od niego silny zapach alkoholu. Dogadali się bez trudności, w miejscach, przez które przebiegała trasa spływu, prócz litewskich funkcjonowały także polskie nazwy i wielu ludzi z miękkim, śpiewnym akcentem mówiło po polsku, niekiedy wtrącając rosyjskie wyrazy. Wytłumaczył, jak trafić do poszukiwanego gospodarstwa, podziękowali za pomoc i ruszyli we wskazanym kierunku.
– Pani Czesia ma kury, to i jajka się najdą, musi poratuje! – zawołał jeszcze za nimi.
Po kilku minutach dotarli do celu. Chałupina otoczona była wiklinowym, szczerbatym płotkiem, na podwórku resztki trawy wyskubywało kilka kur. Pies przy budzie zerwał się na ich widok, lecz nawet nie chciało mu się zaszczekać.
Stali chwilę, przyglądając się. Na ławce przed domem siedziała para starszych ludzi. Kobieta oskubywała z piór martwą kurę. Mężczyzna obok niej obierał ziemniaki, po chwili, mocno pociągając nogami, znikł z garnkiem we wnętrzu domu.
– Dzień dobry. Czy pani Czesia? – przywitał się Sambor, gdy wreszcie weszli na podwórze.
Kobieta, zdziwiona, odłożyła kurę i podeszła bliżej. Wytłumaczyli, skąd znają jej imię.
– A, to Jura był – uśmiechnęła się. Ona również miała ten miękki za-śpiew, „ł” wymawiając jak „l”. – Wejdźcie, prosimy. Siadajcie. – Gestem dłoni zaprosiła ich na ławkę. – Toż cud, że on jeszcze szedł. Bo za dnia w taku gorączkę śpi, flaszkami obłożywszy – dokończyła opowieść o Jurze. – Ale wy pewno głodni, zaraz blinów z kukurydzianej mąki nasmażę!
Zerwała się z ławki, wycierając dłonie w fartuch, lecz Ola zaprotestowała:
– Nie, nie! Dziękujemy, chcieliśmy tylko kupić od pani jajka i może trochę mąki.
– Kur u mnie jest – wskazała na grzebiące obok stadko – zaraz jajek przyniosę.
Po chwili wyniosła im z domu dziesięć jajek w małym wyścielonym słomą kartoniku i dwie torebki z mąką.
– Kukurydziana i troszku pszennej – powiedziała.
– Jeśli moglibyśmy… Potrzebna nam pszenna, na naleśniki – wyjaśniła Ola. – Ale co pani zostanie?
– E, przyjadą wileńscy, poradzimy – machnęła ręką kobieta, choć nie bardzo rozumieli jej słowa.
– A może jest tu jakiś sklep w pobliżu? – spytał Sambor.
– Nie ma. Nawet obwoźny już nie przyjeżdża. Z wileńskimi mieniamy, przyjeżdżają na daczę, tu niedaleko nad rzeką mają. Konserwy przywożą, cukier, mąkę, my im jajka, kapustę i co tam ziemia urodzi… Ot i tak tu żyjem.
Pieniędzy mimo ich usiłowań nie chciała przyjąć.
– Niech Bóg broni, co wy! – oburzyła się – Niechaj na zdrowie wam będzie. Na szczęście. Piękna z was para – dokończyła na pożegnanie.

Zanim Justyna na malutkiej patelni usmażyła wszystkie naleśniki, z obiadu zrobiła się kolacja. Po niej usiedli jak co wieczór przy ognisku. Sambor bardzo długo stroił gitarę, nim zabrzmiały pierwsze akordy. Rzeczywiście trochę fałszował, aż sam się skrzywił. Po kilku dalszych próbach odłożył instrument i wstał.
– Wiecie co, ja tam pójdę – powiedział. – Do tych ludzi. Wezmę trochę puszek, jakiś makaron, ryż…
– Może lepiej jutro rano – próbował go powstrzymać Radek.
– Rano wcześnie wypływamy, nie będzie czasu.
– Ale już późno, zaraz się ciemno zrobi – dorzuciła Ola.
– Boisz się, że zabłądzę? – uśmiechnął się. – Trafię. Widziałaś, jaka tam bieda. Muszę iść.
– To pójdę z tobą – zaofiarował się Radek.
– Nie trzeba, zostań z dziewczynami, wezmę latarkę, poradzę sobie.
Czekali na niego dosyć długo, już trochę zaczęli się niepokoić. Gdy wreszcie wrócił, wyjął z plecaka dużą torbę papierówek.
– Ja nie wileński, ale też się z nimi mieniałem – zażartował. – Nie chcieli mnie wypuścić bez tych jabłek.
– Do żurawinówki jak znalazł. – Radek otworzył nową butelkę.
Tym razem Ola chętnie wychyliła parę kieliszków. Choć alkohol zwykle ją usypiał, tej nocy długo nie mogła zasnąć. Pod zamkniętymi powiekami jak taśma filmowa przewijały się jej obrazki z minionego dnia. Wędrówka przez las, duszny zapach igliwia, milimetry rozgrzanego powietrza między nimi…Teraz dopiero uświadomiła sobie, że tam, na tej leśnej ścieżce, miała ochotę, by złapać Sambora za rękę, by się do niego przytulić. I to bynajmniej nie po bratersku.
Nie! Nie wolno tak myśleć. Narażać się na nowe rozczarowanie. Już nigdy więcej nie pozwoli się zranić. Nikomu.

Siódmego dnia dotarli Kiewną do ujścia, teraz czekało ich kilka kilometrów płynięcia pod prąd, Żejmianą. Koło mostu w Kołtynianach Radek został z kajakami, a Justyna, Ola i Sambor pomaszerowali na obiad w restauracji „Pre Żejmenos”.
– Byliśmy tu już w ubiegłym roku – wyjaśniła Justyna – Robią pyszne cepeliny i chłodnik.
Obiad rzeczywiście był smaczny, w dodatku tani. W restauracyjnej toalecie można było, po tygodniu kucania w lesie i odganiania się od komarów, wrócić na chwilę do cywilizacji, umyć ręce w ciepłej wodzie… Czekali, aż w kuchni przygotują im obiad na wynos dla Radka, przy okazji naładowali telefony. Siedzieć przy stole, sącząc zimnego „Svyturysa”, z wygodnie opartymi plecami, też było rozkoszą, za którą już trochę tęsknili.
Wszelkie trudy i niewygody wynagrodził im biwak na Pojezierzu Święciańskim. Przy jeziorze Kretuonis, w pobliżu miejsca, gdzie rozbili obóz, znajdował się stary młyn, od dawna już nieczynny. Różnicę poziomów wykorzystywano teraz wyłącznie w celach rekreacyjnych. Przy odpowiednim manewrowaniu zastawkami strugi wody lały się takie silne, że trzeba się było mocno trzymać liny, by nie dać się przewrócić i porwać gwałtownemu prądowi.
Wstęp na teren młyna kosztował tylko dwa lity, nazwali to miejsce „Spa” i odwiedzali je kilkakrotnie każdego dnia. Gdy na kamiennym progu pod wodnymi biczami Sambor znajdował się koło Oli, zawsze przytrzymywał ją za rękę i pomagał przy gramoleniu się na brzeg. Sporo było przy tym śmiechu i żartów, lecz potem wracali do obozu znowu w milczeniu.
Jednak Ola miała wrażenie, że to milczenie stało się teraz zasłoną, za którą oboje próbowali coś ukryć. Przecież niemożliwe, żeby jej towarzysz, młody, zdrowy mężczyzna, był tylko zimną rybą! Na nią te bicze wodne działały niczym masaż erotyczny, powodując silniejsze pulsowanie krwi. Jeszcze mocniej poczuła to podczas ostatniej wyprawy do „Spa”, gdy kierując się w stronę brzegu pośliznęła się na mokrych schodkach i Sambor pochwycił ją w ramiona, a potem mocno przytrzymał, odrobinę dłużej niż było trzeba.
Cały czas po powrocie do obozu prześladowało ją wspomnienie bliskości dwóch mokrych, prawie nagich ciał. Jak dawno już nie czuła dotyku rozpalonych dłoni, pocałunków, pieszczot… Tyle miesięcy! Tyle samotnych, niespokojnych nocy w pustym łóżku. I teraz tylko ta śmieszna, „braterska” namiastka…
Czy tylko? Ten uścisk wśród zimnych chłośnięć wody z pewnością nie był wyłącznie braterski. Do wieczora nie mogła przestać o tym myśleć. W końcu jak zawsze pierwsza poszła do namiotu, ale nie położyła się. Czekała.
Sambor wśliznął się do środka jak zwykle po omacku, bez latarki, by nie budzić Oli. Dopiero po chwili zauważył, że siedzi pośrodku namiotu. Nikły blask żarzącego się jeszcze ogniska wydobywał z ciemności jej postać.
Wyciągnęła do niego rękę.
– Pocałuj mnie – powiedziała.
Zamarł w bezruchu, niepewny, czy dobrze usłyszał.
– Pocałuj mnie – powtórzyła trochę głośniej.
Zbliżył się i mocno ją przytulił. Pachniał wodą i dymem z ogniska. Westchnęła. Objęła go za szyję. Powoli, delikatnie zaczął całować jej policzki, powieki, włosy, wreszcie poczuła na swoich ustach jego wargi. Aż jęknęła z rozkoszy.
Pocałunki stawały się coraz dłuższe i gwałtowniejsze. Leżeli już, ciasno w siebie wtuleni, poczuła, jak jest podniecony. Miała na sobie tylko cienką koszulkę, dłoń Sambora bez trudu znalazła się pod nią. Gdy dotknął jej piersi, a potem zaczął je całować, znowu przeszedł ją dreszcz. Wplątała mu palce we włosy i z całej siły przycisnęła do siebie jego głowę. Sambor, gorącym oddechem paląc jej skórę, powędrował ustami w dół, milimetr po milimetrze…
Pragnęła, by to się stało. Wciąż oburącz przytrzymywała jego głowę. Rozkosz stawała się coraz większa. W pewnej chwili przerwał pocałunki, uniósł się odrobinę i dotknął jej policzka, jakby na chwilę próbując powstrzymać emocje.
– Oleńko – szepnął. – To się dzieje naprawdę? Mogę?
To pytanie spadło na nią jak kubeł zimnej wody. „Mogę?”. Damian nigdy nie pytał. Zawsze przed zbliżeniem zakładał prezerwatywę i uważał, że to załatwia sprawę. Nie przeszkadzało jej to, tak bardzo go przecież kochała, tak jej było z nim cudownie…
Podniosła się gwałtownie i odsunęła w kąt namiotu. Krew pulsowała jej w skroniach, w głowie miała mętlik. Próbowała zrozumieć, co właściwie się stało. Uspokoić się.
Ten nagły pożar to z pewnością tylko fizjologia. Rozbuzowane hormony. Efekt tych biczy wodnych, a może za dużo znów wypiła żurawinówki. Tylko tyle. Nie ma prawa oszukiwać tego chłopaka. Potraktowała go jak przedmiot. Nie zasługiwał na to.
Ale ona również… Samą siebie chciała oszukać, że to jest takie proste, przespać się z kimś, ot, tak, dla higieny, a potem strzepnąć to z siebie jednym ruchem palców. Lecz widocznie strach przed ponownym zaangażowaniem się, gdy ledwo zdołała wylizać stare rany, wciąż był zbyt mocny…
Czy tak już będzie zawsze? Ukryła twarz w dłoniach i rozpłakała się, nie dbając o to, że Justyna i Radek mogliby usłyszeć. Sambor znów przysunął się do niej. Zaskoczony, głaskał ją po głowie i ramionach, próbował uspokoić.
– Olu, nie płacz, ciii, nie płacz – powtarzał bezradnie. – Przepraszam, jeśli…
– To ja przepraszam – przerwała mu. – Jestem głupia. Nie gniewaj się.
Po długiej chwili milczenia podsunął jej leżącą w rogu namiotu rolkę papieru toaletowego. Wytarła twarz, już trochę spokojniejsza.
– Muszę wyjść na chwilę, ochłonąć – powiedziała.
Nie powstrzymywał jej. Kiedy po kwadransie wróciła do namiotu, leżał na wznak, z rękoma wyciągniętymi na zewnątrz śpiwora. Wiedziała, że nie śpi.
Już leżąc, odszukała w ciemnościach jego dłoń i mocno ją uścisnęła.
– Przepraszam cię – powiedziała raz jeszcze.

Nazajutrz przy śniadaniu Justyna przypatrywała się przyjaciółce z wyraźną troską.
– Co się stało? – spytała, gdy na chwilę zostały same. – Czemu płakałaś? Zrobił ci jakąś przykrość? Krzywdę?
– Nie, skąd. On jest… On jest dobry. To ja… Postąpiłam jak idiotka. Sama siebie krzywdzę najbardziej. Ale nie rozmawiajmy o tym, proszę.
Poranek wypełniła im krzątanina przy zwijaniu obozowiska i pakowaniu kajaków, co trochę oderwało Olę od niewesołych myśli. Wciąż czuła się niezręcznie, w dodatku Sambor unikał jej wzroku. Gdy już siedzieli w kajaku, milczenie stało się wręcz nieznośne, ale nie miała odwagi go przerwać. Rozmawiać zresztą nie bardzo się dało, bo choć Żejmiana miała bystry nurt, i tak musieli się solidnie namachać przy wiosłowaniu. Na biwaku spędzili aż trzy dni i teraz czekało ich pokonanie znacznie dłuższych odcinków.
Woda w Żejmianie była bardzo czysta i dno widoczne nawet na dużej głębokości. Okolica wyglądała niezwykle malowniczo. Raz po raz mijali nowe okazałe domy, przeważnie drewniane, z pięknymi werandami z grubych, często dziwacznie powyginanych bali, ze schodami wiodącymi wprost do rzeki, zielonymi trawnikami wokół i kwiatami nad samym brzegiem. Oli zrobiło się żal, że spływ dobiegał końca. Jak dobrze byłoby uciec z betonowego miasta, zamieszkać nad wodą…
– Nie myślałam, że tu jest aż tak pięknie – westchnęła z zachwytem.
– Tylko szkoda, że coraz mniej dziko. Europa już i tu przywędrowała – dopowiedział Sambor.
Wyczuła nutkę żalu w jego głosie, lecz ucieszyła się, że w ogóle odezwał się do niej. Mimo zmęczenia wielogodzinnym wiosłowaniem czuła się coraz lepiej. Gdy po rozbiciu się na kolejnym polu biwakowym długo, aż do zachodu słońca siedzieli nad wodą, była już zupełnie spokojna.
Byli sami, Justyna z Radkiem po kolacji poszli na spacer. Zdobyła się na odwagę:
– Nie gniewasz się już na mnie? – spytała.
Nie odpowiedział na pytanie. Zamiast tego usłyszała:
– Coś ci muszę powiedzieć. Widziałem już kiedyś, jak płakałaś.
– Co takiego? Nie rozumiem. Kiedy?
– Nie znaliśmy się jeszcze wtedy. To było jesienią, w takiej winiarni koło rynku, siedziałem przy sąsiednim stoliku.
– Ach, tak. – To przypomnienie zaskoczyło ją. – Byłeś tam? Rzeczywiście trochę sobie pobeczałam. Ja mam oczy w mokrym miejscu, co poradzę. Akurat pokłóciłam się z chłopakiem. No i wtedy była taka okropna grypowa pogoda, miałam katar… Nic takiego – próbowała bagatelizować.

Skłamała. To przecież był ten wieczór, kiedy Damian wbił jej nóż w serce. Już dużo wcześniej wbijał go po kawałku, lecz wciąż wolała się oszukiwać. Podejrzewała, że kogoś ma, czasem nie pokazywał się przez kilka dni, potem tłumaczył nawałem pracy, wyśmiewał jej obawy, irytował się, że przesadza, histeryzuje. Pewnego dnia w październiku, gdy już prawie straciła nadzieję, zjawił się z trzema pięknymi różami. Kiedyś, na początku, bardzo często obdarowywał ją kwiatami, ale już od dawna tego nie robił. Może tymi różami chciał zamydlić jej oczy?
– Wybierzmy się na jakieś dobre wino – zaproponował. – Tu niedaleko, w pobliżu rynku jest taka mała winiarnia.
Ucieszyła się, że wraca klimat ich dawnych, pierwszych spotkań. W winiarni panował tłok, ale udało im się znaleźć wolny stolik. Damian zamówił wino i deskę serów.
– Za miłość – powiedziała z uśmiechem, wznosząc toast.
Odstawił kieliszek tak gwałtownie, że aż kilka kropel wylało się na obrus.
– Stało się coś? – spytała tknięta nagle złym przeczuciem.
– Nie. To znaczy tak. Już dawno się stało. Dlatego chciałem z tobą porozmawiać.
Zrozumiała.
– To nasz wieczór pożegnalny? – Próbowała powiedzieć to lekko, lecz słowa z trudem przeszły jej przez gardło.
Nie zaprzeczył.
– Ale ja… – Usiłowała powstrzymać łzy. – Jestem w ciąży. Przecież nie możesz teraz odejść. – Wymyśliła to na poczekaniu. Za wszelką cenę chciała go zatrzymać.
– A skąd mam mieć pewność, że ze mną?
Poczuła się tak, jakby tym pytaniem uderzył ją w twarz. Łez nie była już w stanie zahamować.
– To nieprawda z tą ciążą – zaczęła żarliwie. – Żartowałam. Chciałam tylko… Wybacz, nie złość się. Nie gniewaj.
Wyraźnie odetchnął z ulgą, ale w jego spojrzeniu, w wyrazie zaciętych ust nie było ani odrobiny ciepła.
– Znowu histeryzujesz – wysyczał.
Płakała bezgłośnie, patrząc na niego, potem pochyliła głowę. Wyjął z paczki papierosa, przypalił go i mocno się zaciągnął.
– Proszę pana, tu nie wolno palić – zwrócił mu uwagę kelner.
– Dobra, już wychodzę – odwarknął podnosząc się.
– Błagam, nie idź. – Ola złapała go za rękaw.
Wyszarpnął rękę.
– Zaraz wrócę – powiedział i skierował się w stronę wyjścia, zdejmując po drodze z wieszaka swoją kurtkę.
Nie wrócił. Czekała jeszcze długo, potem dopiła swoje wino i zapłaciła rachunek. Na ulicy znowu płakała.
Zjawił się w jej mieszkaniu dopiero po tygodniu. Miał opuchnięty nos i żółto-fioletowy siniec pod okiem.
– Miałem wypadek – powiedział krótko. – Nic takiego. Przyjechałem po swoje rzeczy.
Spodziewała się tego. Ostrze noża miało ostatecznie dokonać dzieła. Wyszła na balkon i choć wiał zimny jesienny wiatr, wróciła do mieszkania dopiero wtedy, gdy Damian położył klucze na stole i zamknął za sobą drzwi.

Sambor rozumiał, dlaczego wolała ukryć prawdę. Widział wtedy ich oboje. Siedział w rogu winiarni, sam, bo kumplowi, z którym był umówiony, coś wypadło i nie mógł przyjść. Tych dwoje zajęło sąsiedni stolik. Wysoki szczupły facet i bardzo ładna dziewczyna. W blasku świecy palącej się na ich stoliku jej twarz wydawała się niemal uduchowiona. Faceta widział tylko z profilu. Ona wpatrywała się w niego, jak gdyby poza nimi świat nie istniał.
Nie słyszał, o czym mówili, w lokalu było dość głośno. Mógł przyglądać się dziewczynie bezkarnie, bo i tak by tego nie zauważyła, ale głupio było się tak wgapiać. Poprosił o rachunek i już zbierał się do wyjścia, gdy dotarły do niego ich podniesione głosy. Spojrzał w tę stronę. Słów nie słyszał, ale widok mówił sam za siebie. Dziewczyna płakała. Aż się zdziwił, że można tak płakać – z szeroko otwartymi oczami. W dzieciństwie wiele razy widział płaczącą matkę. Od tamtej pory nie potrafił patrzeć ze spokojem na łzy kobiet.
Gestykulowali oboje, ona w końcu opuściła głowę. Ten facet zapalił, kelner kazał mu wyjść. Dziewczyna próbowała go zatrzymać, znów miała te oczy tak ogromne i twarz całą we łzach. On brutalnie odtrącił jej rękę i wybiegł z sali.
To był impuls, by wyjść za nim. Zobaczył go już na chodniku, dopinającego kurtkę, z papierosem w zębach.
– Co pan jej zrobił, czemu ona tak płacze? – spytał, choć sam nie rozumiał, dlaczego to robi.
– Gościu, a co cię to obchodzi, spadaj! – usłyszał w odpowiedzi.
Pięść, która wylądowała na nosie tamtego, wystrzeliła sterowana kolejnym zdalnym impulsem. Facet był tak zaskoczony, że nawet nie próbował odparować ciosu. Rozejrzał się, jak gdyby w chęci ucieczki, potem otarł wierzchem dłoni sączącą się z nosa krew i wycedził z pogardą, już odchodząc:
– Możesz ją sobie wziąć, pieprzony rycerzyku. Jest wolna.
Kiedy Sambor wrócił do lokalu, jego stolik był już zajęty, więc stanął przy barze. Zamówił piwo. Trochę trzęsły mu się ręce. Ona wciąż siedziała w tym samym miejscu. Nie płakała już. Wpatrywała się w drzwi. Trwało to bardzo długo, zanim wyszła.
Gdy w jakiś czas potem zobaczył ją u Radka i Justyny, z trudem ukrył zaskoczenie, a jednocześnie ucieszył się, że znów ją widzi. Nie przyznał się, że był świadkiem tamtej sceny w winiarni. Również później, gdy już dowiedział się, że ona popłynie z nim w jednym kajaku, nie zamierzał tego zrobić.
Gdyby nie ta ostatnia noc… Przeraził go jej płacz. Nie wiedział, jak go sobie wytłumaczyć. On również czuł się winny. Jak wtedy, w dzieciństwie. Gdy matka płakała, za każdym razem próbując ukryć przed dziećmi, że to z winy ojca, a on, jej syn, nie był w stanie zapobiec tym łzom.

Wszystkie dni do końca spływu były do siebie podobne. Długie odcinki do przepłynięcia, słońce, wieczorne zmęczenie, rozmowy przy ognisku, zaklinanie pogody i niestrudzone komary…
Ola czuła wdzięczność, że Sambor już ani słowem więcej nie nawiązał do sceny w winiarni. Przez długi czas palił ją wstyd na wspomnienie tamtego wieczoru. Zawsze wyobrażała sobie, że w chwili rozstania podniesie dumnie głowę i odejdzie bez słowa, a kiedy przyszedł ten moment, żebrała o miłość. O litość…
Na szczęście upływ czasu pozwolił się z tego otrząsnąć. Teraz wręcz czuła ulgę. Jakby woda wypłukała z niej na zawsze złe wspomnienia, a Sambor, świadek tamtego zdarzenia, zdjął z niej odium. Pozwolił mu na zawsze odejść w niebyt.
W ogóle miała wrażenie, że ta „nieskonsumowana” noc w namiocie zbliżyła ich do siebie. Sambor wciąż niewiele się odzywał, lecz polubiła nawet jego milczenie. Więc strasznie ją zaskoczyło, kiedy po powrocie do Maćkowej Rudy oznajmił, że nie wraca z nimi.
– Chcę tu jeszcze trochę zostać, następna okazja dopiero za rok – powiedział. – Przekoczuję gdzieś na dziko nad Czarną Hańczą. Albo się wybiorę zobaczyć ten słynny klasztor na Wigrach. Muszę coś sprawdzić.
– Czy się nadajesz na eremitę? – zażartował Radek.
– Może.
Ola milczała, z trudem ukrywając rozczarowanie. Takiego finału kompletnie się nie spodziewała. Kiedy się żegnali, potrafiła wydukać jedynie: „Trzymaj się”, bardzo się starając, by te słowa zabrzmiały lekko i obojętnie. Gdy ruszali z parkingu i Sambor pomachał im na pożegnanie, udała, że tego nie widzi. Potem przez długi czas prześladowało ją wspomnienie tej chwili i żal, że zachowała się tak infantylnie.
O Samborze miała od Justyny tylko takie informacje, że zaraz po urlopie wyjechał na kontrakt do Belgii. Nie chciała się dopytywać.
Nie próbowała również zapomnieć. Im więcej upływało dni, tym częściej wspominała spływ. Rześkość i radość rozpoczynanych kawą poranków. Wszechobecną zieleń i zmęczenie po upalnym dniu. Wieczory przy ognisku. Zapach wody. Pewność i zarazem delikatność rąk Sambora, gdy pomagał jej przy wychodzeniu z kajaka. Jego pocałunki…

Kiedy w bardzo wczesny poranek pod koniec grudnia obudził ją dzwonek, zaspana i potargana, w zarzuconym na ramiona szlafroku powlokła się do drzwi. Nawet nie sprawdziła przez wizjer, kto śmie zakłócać jej domowy spokój.
W drzwiach stał Sambor.
– Dzień dobry – powiedział. Jak tam, nad Żejmianą. Tylko nie miał w dłoni kubka z kawą.
Bez słowa wpuściła go do środka. Dopiero po chwili podała mu rękę. Choć miała ochotę rzucić mu się na szyję.
On zrobił to pierwszy. Przytulił ją mocno. Jak wtedy. Ten uścisk czasem jej się śnił po nocach…
– Musiałem sprawdzić, Olu. – Słowa zabrzmiały tak uroczyście, jakby składał przysięgę. – Chciałem mieć pewność.
– Masz ją?
– Tak. Dlatego tu jestem.
– Jak dobrze – powiedziała.

(napisane w marcu 2014)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s