SANKI STANU WOJENNEGO

Grudzień ‘1981

  1. niedziela

– Pani Aniu! Halo, jesteście tam? – Budzi mnie walenie w drzwi i głos gospodyni, u której szkoła wynajmuje nam mieszkanie.
– Proszę nas wpuścić, halo, obudźcie się. Wojna jest! – dołączają się inne głosy.
Przerażona, choć jeszcze na wpół przekonana, że to, co właśnie usłyszałam, jest tylko snem, wyskakuję z łóżka, za mną mąż.
W korytarzu prócz naszej gospodyni widzę Woźniewską i Niedziakową, matki moich uczennic, którym ledwie przed tygodniem pomogłam w ekspedycji na wczasy dziecięce. Nasza szkoła dostała w tym roku dwa miejsca i akurat moja klasa się załapała.
– Jaka wojna? – odzyskuję wreszcie głos.
– Nic nie wiecie? Radio włączcie. Albo telewizor. Ogłosili stan wojenny.
„Stan wojenny”. Boże, co to takiego? Jerzy rusza w kierunku radioodbiornika, a Niedziakowa zaczyna płakać.
– Co z naszymi dziewczynkami? Trzeba coś zrobić… przywieźć je stamtąd, odebrać!  – wyrzuca z siebie urywane słowa.
– Zaraz, chwilka, zadzwonię tam. – Zarzucam na ramiona szlafrok, chcę biec na górę do aparatu (dobrze, że nasza gospodyni ma telefon, to i my możemy korzystać).
– Już próbowałyśmy. – Powstrzymują mnie. –  Telefony nie działają. Chyba. Albo może znowu jest jakaś awaria, taki mróz…
– Więc należy jak najszybciej jechać. – Mój mąż przejmuje pałeczkę. – Mogę użyczyć samochodu, tylko paliwo gdzieś trzeba załatwić, bo bak pusty. No i ja jeszcze nie mam prawa jazdy…
– Dzięki, ale nasi mężowie już byli u dyrektora kombinatu, nyskę dostaniemy. Chciałyśmy tylko spytać, czy wolno tak bez uprzedzenia zabrać stamtąd dzieci. Ale teraz już nie wyobrażam sobie nie jechać. – Niedziakowa wyciera chusteczką nos i widać, że odzyskuje energię do działania. – Mąż Krysi – wskazuje na koleżankę – ma prawo jazdy, zawiezie nas. Zaraz ruszamy.
– Przepraszamy za wczesną pobudkę – dorzuca pani Woźniewska.
– Nie szkodzi. Na pewno panie sobie poradzą? Może jednak też pojadę? – Coraz odczuwalniej docierają do mnie emocje tych kobiet. Choć nie mamy dzieci – wierzę, że kiedyś będziemy je mieć! – wyobrażam sobie, co muszą czuć, jak są przerażone.
– Dziękuję, poradzimy sobie. To nie tak daleko, jeśli drogi będą przejezdne, za kilka godzin powinniśmy wrócić. Damy znać. – Woźniewska robi w tył zwrot, za nią jej towarzyszka.
– Bardzo proszę, będę czekać. Szczęśliwej drogi. Bezpiecznej! – Nawet nie wiem, czy słyszą, bo już zniknęły za drzwiami korytarza.
Dopiero po ich wyjściu czuję, że nogi mam z waty, a serce nie może się zdecydować, czy ma wpaść do żołądka, czy do przełyku. Jerzy włącza wreszcie radio. Potem telewizor. Wszędzie to samo. Tyle że w radiu nie widać ciemnych okularów tego gościa…
Premier – Sekretarz – Minister Obrony Narodowej – Generał Armii Wojciech Jaruzelski wprowadził stan wojenny na terenie całego kraju.
Całe plany się rypią. Mieliśmy dzisiaj jechać do znajomych w Zielonej Górze, poniedziałki mamy w szkole wolne, więc wrócić dopiero jutro. Strach się teraz ruszać gdziekolwiek. U nas spokój, ale w dużych miastach podobno czołgi na ulicach.
Czy to się dzieje naprawdę???
Po obiedzie idziemy na spacer w głębokim śniegu nad jeziorem. Miasteczko w zapadającym zmierzchu, z białymi czapami na dachach i wszechobecną ciszą wokół wygląda jak obrazek z baśni o Kaju i Gerdzie. Byle nie myśleć o dzisiejszym poranku, to nie widać nawet Złej Królowej. Ale wiemy, że ona jest… Żeby ją jak najprędzej szlag trafił!
W drodze znad jeziora spotykamy Niedziakową.
– Właśnie szłam do państwa. Wszystko dobrze się skończyło, dziewczynki już w domu, całe i zdrowe. Ale co nas to nerwów kosztowało!
– Ufff… – Z ulgą wypuszczam powietrze i rzucamy się sobie w objęcia.
– Państwo nie macie pojęcia, co się dzieje na drogach. Cud, że nam się tak udało, bo… – Milknie, jakby wystraszyła się dalszych słów. – A jak Ruscy wejdą? – dopowiada jednak.
Spoglądam na męża. Chyba i jemu strach ścisnął gardło, bo nie mówi ani słowa.
Trzeba ten strach jakoś oswoić, pokonać. Wieczorem odwiedzamy panią Stasię. Rozmowy i smaczna kolacja powodują, że atmosfera się robi mniej napięta. Choć w domu pani Stasi też żałoba i to w dosłownej czerni – kartkę z kalendarza z dzisiejszą datą zawiesiła w czarnych ramkach na ścianie i powiedziała, że do końca życia zapamięta ten dzień.
A my? Tak chcieliśmy być z dala od wszelkiej polityki, na studiach nawet nie należeliśmy do SZSP, potem to sielskie miasteczko – i proszę, dopadła nas. Co będzie teraz?

  1. poniedziałek

Rano dyrektor wyciąga nas do szkoły. Zdążył już oblecieć całe grono, po drodze dołącza do nas Kalina. Wszyscy tu mają blisko, więc błyskawiczna rada pedagogiczna zaczyna się już o dziewiątej. Mamy ferie do 3 stycznia, tylko powyznaczał nam dyżury w szkole. Porządkujemy dzienniki – i do domu.
Po drodze zapisujemy się do biblioteki publicznej. Kalina też. Od niedawna jest w stanie odmiennym, będzie teraz wypełniać sobie dni lekturą o ciąży, połogu i karmieniu niemowląt. Ja również wychodzę ze stosem książek. Dotąd, zawalona pracą, nie miałam za wiele czasu na czytanie, ale jakoś trzeba będzie spędzić te „ferie”. W świecie literackich fabuł, w którym może odnajdę spokój…
Do tej pory nie musiałam go szukać w książkach. Właśnie w tej mieścinie przed rokiem go odnaleźliśmy. Ludzie pewnie są wścibscy, jak wszędzie, ale nas chyba kupili. W każdym razie nie mam poczucia, że nam tu ktoś zagląda do garów. Że nam wyznacza, co jest słuszne.
W poprzedniej szkole, w której przeczekiwałam, aż Jurek wyjdzie z postudenckiej armii, dyrektor spytał mnie bez ogródek, kiedy zamierzam zapisać się do partii. Nie „czy”, a „kiedy”! Więc zrobiłam z siebie słodką idiotkę. Zatrzepotałam rzęsami i odrzuciwszy blond pukle (takie wtedy miałam), zaszczebiotałam, jak to na studiach byłam świadkiem zapisywania się moich kolegów dla kariery. A ja chcę podjąć wyważoną decyzję. Tylko że we mnie jeszcze się niedostatecznie ukształtował kościec ideowy. Dyrektor, który zapewne też bardziej udawał ideowca, niż nim był, popatrzył na mnie jak na ostatnią kretynkę, z miną, że niepotrzebny jest szeregom PZPR taki fisiowaty członek. I miałam z głowy. Jurek podczas półrocznej szkółki oficerskiej w Toruniu też mógł dostać trzy dni przepustki w zamian za zapisanie się w szeregi. Oczywiście nie skorzystał, choć przecież w tej rozłące bardzo za sobą tęskniliśmy.
Tu, w tym słodkim nadjeziornym miasteczku, nikt nas nie pytał, czy wolelibyśmy chodzić na zebrania POP (bo zakładowej „Solidarności” w naszej szkole nie ma), czy może do kościoła. Zresztą zebrania są pewnie tylko po to, by podpisać listę obecności. Ludzie wolą mieć święty spokój.
To znaczy woleli. Bo jednak nie da się pozostać „nietkniętym”. Mąż Basi, tej od nauczania początkowego, miał lecieć do Niemiec, cieszyli się, że ma metę u siostry w Hamburgu, pracę. Bardzo dużo ich kosztowało załatwienie tego wszystkiego, paszportu, wizy… Bilet – z datą 13 grudnia. No i już po radości. Baśka tak pomstowała, że uszy więdły. Na koniec się poryczała, aż jej dyrektor podsunął na pociechę pudełko czekoladek (z paczki od kogoś z zagranicy). Dobra i taka pociecha. Zwłaszcza że Basia całe grono częstowała, a mało kto już pamiętał, jak smakuje prawdziwa czekolada.

  1. wtorek

Wyznaczony na dziś egzamin praktyczny, który Jurek miał zdawać po ukończeniu kursu prawa jazdy – zawieszony, Bóg wie na jak długo. Nasz zaporożczyk z poznańskiej giełdy, od jesieni stojący na podwórku, nadal będzie stał i czekał.
Przez cały dzień snuliśmy się po mieszkaniu jako te mary. W telewizji tylko mundurowi, nie wiadomo, czy się śmiać, czy płakać. Nawet czytać nam się nie chciało.
Wieczorem odwiedził nas Oskar. Martwimy się o panią Jankę. Ma „na dniach” wrócić z sanatorium, właśnie jej turnus dobiega końca. Jak ona sobie poradzi?

  1. środa

Idziemy na sanki! Zima taka śnieżna, trzeba korzystać. Sanki dostaliśmy kiedyś od gospodyni, po jej dzieciach, ale jakoś do tej pory nie było okazji na nich pojeździć. Maszerujemy w stronę górek za miasteczkiem. Jurek wraz ze mną ciągnie na saneczkach Kalinę, należy się ciężarnej taki luksus (choć marudzi, że jej zimno w nogi). Zauważamy po drodze, jak dzieciaki szaleją na skarpie nadjeziornej. Zrobiły sobie parę ślizgawek i tor saneczkowy. Co najmniej kilkanaścioro ich, ależ mają frajdę dzięki tym niespodziewanym feriom. Na nasz widok chichoczą, pewnie śniegowe zabawy pani od polskiego, pana od matematyki i pani z biblioteki wydają im się czymś niestosownym. Podchodzę bliżej, bo dostrzegam wśród nich Kasię Woźniewską.
– Tylko nie wchodźcie na jezioro, nie wiadomo, czy lód jest już dostatecznie gruby – ostrzegam.
– Nie wejdziemy, przyrzekam. – Kasia jest najwyższa ze wszystkich dziewczynek w klasie i może dlatego najpoważniejsza. – Niech się pani nie martwi.
Mimo uroczystej miny ona też zaciekawionym spojrzeniem obrzuca nasze sanki, a ja… mam ochotę dołączyć do tych dzieciaków. Są takie beztroskie.
Kalinę zostawiamy u pani Stasi na herbatce, w zamian zabieramy Lalkę, córkę gospodarzy, i dwójkę maluchów z sąsiedztwa. Górki pokrywa warstwa dziewiczego śniegu, jeszcze nietkniętego ludzką stopą, widać jedynie ślady jakiegoś zwierzęcia, chyba lisa. Urządzamy wyścigi na cztery pary sanek, a chwilami wręcz slalomy, bo trzeba uważać, żeby nie wlecieć na drzewo. Sporo przy tym śmiechu i pisków, a na koniec wszyscy robimy orły w śniegu. Co za niesamowita radość, taki powrót do dzieciństwa!
Wieczór znów u pani Stasi. Wyłączyli światło, siedzimy przy świecach. Jemy murzynka upieczonego przez Lalkę, a mąż pani Stasi wygrywa z Jurkiem pięć partii szachów!
W domu (Kalina z nami mieszka od wczoraj, nie chciała sama siedzieć u siebie), przed drzwiami do naszej kuchni, zastajemy kartkę i sześć jabłek od Oskara.

  1. czwartek

Kalina popłakuje. Jej Misiek, przed rokiem powołany do SOR-u, miał pod koniec grudnia wyjść z armii, a teraz nie wiadomo, kiedy ich wypuszczą. Tulę Kalinkę, staram się pocieszyć. Argumenty, że powinna na siebie uważać, a Miśkowi na pewno nie stanie się krzywda, brzmią słabo, sama to czuję. W dodatku po tym, co widzimy w telewizji… Dziś jest 11 rocznica wydarzeń grudniowych ’70. Ale najgorsze, że w wyniku interwencji w kopalni „Wujek” zabito aż siedem osób. Straszne.
Kalina całkiem się rozkleiła. Nie powinniśmy jej pozwolić na oglądanie „Dziennika”! A jeśli Miśkowi i jego wojakom też gdzieś wydadzą rozkaz, żeby strzelać? Choć odciągam Kalinkę od telewizora pod pretekstem pilnego zaparzenia herbaty, ona chyba usłyszała moje myśli, bo szlocha jeszcze rozpaczliwiej.
Dobrze, że nasz gospodarz nie dożył. Zamartwiał się strajkami i nienawidził Generała. Zawsze gdy o poranku spotykał nas wybierających się do pracy, zaczynał od: „Panie, co ony porobiły!”
Co ony porobiły…

  1. piątek

Chyba nam nie dadzą przepustek na święta (rano byliśmy w urzędzie). Dobrze, że przynajmniej Kalina dostała. Odprowadziliśmy ją na przystanek, pojechała do rodziców. Może dotrze tam również Misiek, choć widoki raczej marne.
Dziś nie poszliśmy na sanki, bo przygotowywałam kolację dla gości. Odwiedziła nas pani Janka. Udało jej się wrócić z sanatorium bez szwanku, choć z wieloma przesiadkami po drodze. Prawie całą dobę to trwało, ale grunt, że z dobrym finałem. Gościmy też Oskara i panią Stasię z Lalką. Pijemy grzane piwo z jajkiem, podobno dobre na przeziębienie (po przedwczorajszej sannie coś zaczynam pociągać nosem).

  1. niedziela

Od śniadania wybieramy się na spacer, ale nic z tego nie wychodzi, dopiero wieczorem robimy małą przechadzkę. Na „życie towarzyskie” jakoś nie mamy dziś ochoty.

  1. poniedziałek

Rano dyżur w szkole. Przychodzi „aż” jedno dziecko, chłopczyk z trzeciej klasy. Tylko przez godzinę trzeba się nim zajmować, potem odbiera go ciocia. Czas do końca dyżuru wypełniamy, tłukąc w ping-ponga. Jurek ze mną  przegrywa (ale chyba miłosiernie dał mi fory).
Wieczorem z Lalką i Oskarem zawzięcie gramy w chińczyka (salwy śmiechu!), znów pijąc przy tym piwo z jajkiem. Naprawdę działa cuda, bo już nie mam kataru i przestało mnie drapać w gardle.
Lalka poszła wcześniej, przed godziną milicyjną, za to Oskar się zasiedział aż do pierwszej w nocy. Nie słyszeliśmy wprawdzie, żeby u nas były jakieś łapanki, ale oznajmił, że na wszelki wypadek pobiegnie do domu w skarpetkach. Chyba żartował. Po tym śniegu?!

  1. wtorek

Dziś mieliśmy termin odbioru koca i narzut z pralni chemicznej, więc Jerzy pojechał tam zaporożcem. Nie sam! Z Oskarem za kierownicą. Po drodze jakiś sierżant małolat obiecywał im 5 tysięcy zł mandatu, bo nawet na kilkukilometrowy wyjazd trzeba mieć zezwolenie. Na szczęście skończyło się na upomnieniu, zresztą Oskar zalał chłopaka potokiem wymowy, bo rozpoznał w nim swojego byłego ucznia z technikum.
Biedne wojsko, w takie zimnisko musi z giwerami stać na tych posterunkach, aż litość bierze…
Zima trzyma ostro – jezioro już dokładnie skute lodem. Wybieraliśmy się na sanki, ale przyleciała Lalka z wieścią, że do sklepu spożywczego przywieźli karpie. Pani Stasia już tam pobiegła, zająć kolejkę również dla nas, dzięki czemu Jerzy, po odstaniu półtorej godziny w ścisku, kupił dla nas dwie ryby.
Na razie pływają w wannie, a my poszliśmy na te spóźnione sanki. Tym razem weszliśmy na lód. Jurek przypiął łyżwy i ciągał mnie wzdłuż i wszerz. Wyobrażam sobie, że kiedyś będziemy tak wozili naszego synusia. Albo córeczkę! Tafla pokryta jest śniegiem, więc trochę ciężko szło z tą sanną. W niektórych miejscach, gdzie gładź lodu ocalała, widać, że jest już bardzo gruby. Trochę to niepokojące, gdy strzela pod nogami i dają się słyszeć takie długaśne świśnięcia, ale Jerzy mnie uspokoił, że to tylko odgłos pękania od mrozu, nic groźnego.
Paru wędkarzy siedziało w to zimnisko i łowiło na podlodówki. Mój mąż wykombinował, że gdy uda mu się pożyczyć taką wędkę (podobno szwagier Oskara ma), też do nich wkrótce dołączy. Może po świętach.

  1. środa

Przyszedł list od moich rodziców, wysłany 16 grudnia. Na kopercie pieczątka „Ocenzurowano”. Ależ czasów dożyliśmy!
Mama pisze, w jakim są szoku i jak im smutno, że święta spędzą bez nas. Ale najbardziej rodzice się martwią, że Jurka mogą wezwać do wojska. Aż mnie mdli z nerwów. Usiłuję każdą myśl o takim scenariuszu odpędzić od siebie niczym natrętną muchę.
Na razie jest spokój i tego się trzymajmy. Muszę zresztą – po raz pierwszy w życiu samodzielnie! – przygotować święta. Do tej pory najwyżej pomagałam w porządkach, potrawy mama przygotowywała w pojedynkę. Niby widziałam, jak to robi, jednak co innego widzieć, a co innego wykonać samemu.
Gotuję barszcz i grzyby na farsz do uszek. Dobrze, że jesienią nasuszyliśmy trochę, teraz jak znalazł. Jutro rano będę lepić uszka, a na razie robimy ryby. Kilka filetów zostawiam do smażenia, reszta będzie w galarecie.
Strasznie się z tym umordowałam – a galareta i tak aż do wieczora nie chciała się ściąć. Coś widocznie zrobiłam źle. Na szczęście ratuje mnie pani Ławiczowa, mama Oskara, do której wysłałam Jurka z wołaniem o pomoc. Przynosi mi żelatynę (pani Ławiczowa ją dostała w paczce żywnościowej z NRF) i instrukcję, jak mam postępować dalej. Chyba się uda. Przy okazji Jurek dostał trochę maku i orzechów na kutię. Też wcześniej nigdy tego deseru nie robił, ale teraz ochoczo zabrał się do dzieła.

  1. czwartek. Wigilia.

Galareta karpiowa sztywna, że ani drgnie, hura!
Jurek ubiera choinkę. Kupiliśmy maleńkie drzewko w nadleśnictwie, bombki dostaliśmy od Piotrka, naszego sąsiada zza ściany – przed wyjściem do rodziców swojej dziewczyny podarował nam sześć przecudnych srebrnych i złotych kul (a my mu budzik).
Do kolacji wigilijnej zasiadamy we dwoje. Jeszcze nigdy się tak nie zdarzyło… W radiu grają kolędy, robi się nam trochę radośniej. Barszcz ugotowałam strasznie pieprzny! A uszka w zbyt twardym cieście. Mąż jednak mnie chwali za udany debiut, ja zaś chwalę jego kutię. Rzeczywiście pyszna.
Pasterka. Władza zawiesiła godzinę policyjną (na sylwestra też). W kościele tłum ludzi. Oskar stojący koło nas wyśpiewuje takim basem, że aż Jurek opuszcza głowę, nie mogąc opanować śmiechu. Potem przed kościołem z tłumem znajomych składamy sobie świąteczne życzenia. Wiadomo, co w nich stanowi motyw główny. Żeby jak najprędzej ten cholerny stan wojenny się skończył!
W domu, choć już jest prawie druga, jeszcze wypijamy po kieliszku wina, a potem też nie od razu zasypiamy. Seks w noc wigilijną ma fantastyczny smak.

  1. poniedziałek

Chodzenie na sanki zawiesiliśmy aż do dziś, bo dni świąteczne upłynęły nam głównie na wizytach towarzyskich. Gościliśmy znajomych, sami też będąc goszczonymi – na przykład na uroczystym obiedzie bożonarodzeniowym u państwa Ławiczów. Nie mogliśmy wyjechać do bliskich, na szczęście dobrych ludzi nie brakuje i – szczególnie w święta – czuliśmy się prawie jak w rodzinie. Masa przyjemności dla podniebienia i ducha, wiele ciekawych rozmów (w których jak ognia staramy się unikać polityki), mnóstwo ciepła w sercach. I nie tylko – Oskar tak nahajcował w piecu, że czuliśmy się jak w tropikach.
A na dworze nadal mroźna zima. Z sankami wybraliśmy się dziś głęboko w las – i głęboko w śnieg. Przebijając się przezeń, dotarliśmy aż do rzeczki, meandrującej wśród drzew. Ona też pokryła się lodem i jedynie w niektórych miejscach siłuje się z tym mrozem, próbując zachować niezależność. Było bezwietrznie i tak pięknie, że serce mi się ściskało, a gdy wracaliśmy, niskie obłoczki na niebie zabarwił na czerwono zachód słońca. Aż trudno uwierzyć, że w świecie wciąż szaleństwo.

  1. czwartek

Impreza sylwestrowa u pani Stasi. Sylwestrowiczów jedenaścioro, w tym my. Stół pysznie zastawiony (każdy przyniósł, co mógł)  – aż się uginał od jadła i napitków. Balowaliśmy do piątej rano.

Styczeń ‘1982

  1. piątek

Spaliśmy prawie do południa. Potem się snuliśmy, nie mając ochoty nawet na sanki „noworoczne”, jedynie wieczorem poszliśmy na herbatkę do pani Janki.
W pierwszym dniu nowego roku, mimo nadziei, wciąż po staremu… Chyba w karnawale największym hitem stanie się przyśpiewka, którą na różne melodyjki wyśpiewywaliśmy podczas sylwestrowych baletów: „WRONA Orła nie pokona”.

  1. niedziela

O czternastej wpadają Kalina z Miśkiem (dostał pięć dni „wojennego” urlopu). Tłuczemy w brydża. Pod wieczór dochodzi Lalka. Oglądamy „Gdzie jest generał”. Fajna komedia, stara, ale jara. Dobre choć to, bo gdy człowiek obejrzy „Dziennik” i te mundury… I to, co pokazują, co ludzie mówią. Czy to jest przekaz obiektywny?
Lepiej bezrefleksyjnie pośmiać się przy filmie.

  1. wtorek

Pierwszy dzień pracy po przymusowych feriach „wojennych”. W szkole zimno jak w psiarni, na lekcje chodzimy w płaszczach i kurtkach, uczniowie oczywiście też, a na każdej przerwie rozgrzewamy się herbatą i kawą. Czajnik, maszynka elektryczna i grzałki ledwo dyszą.
Wieczorem przyjeżdża moja mama z zapasami żywnościowymi oraz papierosowymi. Kochana jest!

  1. piątek

Mama wyjechała dziś rannym pekaesem. Kazała nam dbać o siebie i mniej palić. Mnie zresztą papierosy jakoś ostatnio przestały smakować i od dwóch dni ani jednego nie wzięłam do ust. Może wytrwam. Jurek nie zamierza rzucać nałogu, ale żeby mnie nie kusić, wychodzi palić do ubikacji.
W wojsku trochę poluzowali, Misiek ma znowu dwa dni wolnego. Gramy w brydżyka do drugiej w nocy (Miśki śpią u nas).

  1. sobota

Choinka dla maluchów w szkole. Piotrek się przebrał za Mikołaja i tak zmieniał głos pod ogromnymi, zrośniętymi z brodą wąsiskami, że go chyba żadne z dzieci nie poznało.
Wieczorem brydż z Miśkami. Gram w parze z Kaliną. Idzie nam rewelacyjnie, aż do momentu, kiedy położyłam 7 bez atu w kiery (z Jurka kontrą) – bez pięciu lew! Nasi mężowie pękają z radości, zresztą my też chichoczemy jak małe dziewczynki.
W nocy obserwujemy całkowite zaćmienie księżyca. Coś niesamowitego.

  1. poniedziałek

Jakie to szczęście, że mamy wolne poniedziałki! Dzięki temu ominęły nas w szkole dzisiejsze przesłuchania przez komisarzy WRONy i jakichś partyjniaków z powiatu. Pani Stasia, którą spotkałam w sklepie, zrelacjonowała mi szeptem, że wszystko okraszone było przychylnością i masą żartów, ale i tak się cieszymy, że na nas nie trafiło.
Wieczorem przychodzi Oskar. W technikum też byli panowie mundurowi. Mówi, że poszło gładko. Chyba wszyscy udają. Jedni służbistów, drudzy posłusznych. Jakiś nauczyciel z grona Oskara zadał pytanie, kiedy powrócą „cywilne” czasy, niestety nie uzyskał odpowiedzi.

  1. wtorek

Mam teraz niewiele czasu na notatki, bo po lekcjach, spośród tłumu zeszytów, niemal nie wyściubiam nosa.

  1. piątek

Wreszcie się odbył ten przełożony egzamin, Jurek zdał, hura! Potem aż do godziny milicyjnej oblewali to z Karolem, chłopakiem Lalki, który też zaliczył te wszystkie zatoczki, garaże i cofania, czy jak to się tam zwie. Prawo jazdy ma być do odbioru zaraz po niedzieli. Jurek cieszy się jak dziecko (ja też!). Wreszcie legalnie zasiądzie za kierownicą i w przyszły piątek zaraz po lekcjach ruszamy do teściów, już się zapowiedzieliśmy!

  1. niedziela

Rano wybraliśmy się na długachny spacer, najpierw na małą wyspę, potem aż na dużą. Przez całą drogę towarzyszyły nam stękania i poświstywania skutego lodem jeziora, momentami znów miałam stracha. Tym razem byliśmy bez sanek, tylko Jurek założył łyżwy i w mniej zaśnieżonych miejscach kręcił piruety. Ja nie umiem jeździć, ale w lutym będzie nasza piąta rocznica ślubu i coś czuję, że w prezencie od męża dostanę figurówki. Jeśli zima nadal nie puści, to się wreszcie nauczę.

  1. czwartek

Jaja jak berety z tym prawem jazdy! Przez prawie dwa tygodnie Jurek chodził do urzędu. Niemal od ręki mieliśmy załatwione pozwolenie na wyjazd, a najważniejszy dokument wciąż „nie przychodził”, pani w okienku tylko rozkładała ręce. Dziś wreszcie jest! Tylko trzeba było załatwić zmianę daty w przepustce. W końcu nasz wyjazd dojdzie do skutku!
Jutro ruszamy, a na razie – trzeba uczcić pierwszą „prawomocną” jazdę naszym zaporożcem (Jurek czasem mówi na niego „bolszewik” albo „zauralec”). Poprawiam makijaż, zakładam elegancką sukienkę, mąż też ubiera się odświętnie (w ślubny garnitur – innego zresztą nie ma) i robimy objazd po mieście i okolicy. Nie za długo, bo troszkę kręci mi się w głowie. W dodatku auto coś słabo grzeje, Jurek będzie musiał zajrzeć mu pod maskę. Ale to dopiero w przyszłym tygodniu.
Lewe koło też klekoczące. Aż się ludzie oglądali, nie wiadomo, czy przez ten klekot, czy może na widok naszych uradowanych gąb.

Luty ‘1982

  1. poniedziałek

Dopiero teraz na własne oczy zobaczyłam, co znaczy stan wojenny. Przygnębiające obrazki na drogach. Żołnierze przy koksownikach, samochody wojskowe, posterunki, nawet jakieś zasieki raz po raz… Zima już lżejsza, tylko resztki śniegu bieleją na polach, ale i tak żal było patrzeć na tych biedaków. Pewnie też, jak Misiek, mają przedłużoną służbę i niejedna żona się zamartwia.
Już byliśmy na rogatkach, gdy kazano nam zjechać na pobocze. Jurek wysiadł, pokazał dokumenty, przepustkę – i nagle słyszy od jednego z tych szwejków: „O, panie poruczniku, co za spotkanie!”. Rozpoznaje w żołnierzu swojego podkomendnego, z czasów gdy po ukończeniu SOR-u odbywał praktykę w jednostce. Chłopak zdążył awansować na kaprala – lecz i on musiał zostać w tym „przedłużonym” wojsku. I teraz stoi przy koksowniku… Podają sobie ręce, żołnierz salutuje z mizernym uśmiechem, odjeżdżamy. Smutno nam jak cholera.
Potem jeszcze zaliczamy zameldowanie się na komisariacie milicji – i wreszcie możemy zjeść przygotowaną przez teściową kolację, nawet z wódeczką (Jurek i ojciec, ja i mama tylko umoczyłyśmy usta). Byle unikać tematów politycznych. Nie rozpamiętywać wieści, kto z dawnych znajomych się ześwinił (tacy ludzie, których Jurek nawet by nie podejrzewał). Wspominać dawne lepsze czasy, serwować rodzinne anegdoty…
Mimo wszystko wyjazd bardzo się udał. Objadaliśmy się strasznie! Teściowa przygotowała nam masę smakołyków i wielką wałówkę na zaś, a teść przez znajomych załatwił 20 litrów paliwa i butelkę selektolu. Nawet samochód jedynie raz się zbuntował, przed startem, ale po zapaleniu na pych już wiózł nas dziarsko i szczęśliwie dostarczył do domu.
Tylko ja znów jakoś dziwnie się czułam. Czyżbym miała, jak w dzieciństwie, chorobę lokomocyjną? O nie, przecież nie po to mamy auto, żebym się nie nadawała do podróży! To pewnie mdłości po obżarstwie u teściów. Kto widział, żeby zjeść aż pięć gołąbków!
Chyba, że… W środy u nas do poradni przyjeżdża ginekolog, muszę się zapisać na wizytę. Jeszcze nic nie mówię Jurkowi, bo sama, nie mając pewności, na razie boję się cieszyć.
Pod wieczór mąż znów mnie trochę wozi na sankach po lodzie (jezioro wciąż skute) i holendruje „jak po stole na łyżewkach w dal”. Ale na gołąbki, które przywieźliśmy od teściowej, już nie mam apetytu.

  1. wtorek

Tak bardzo chcieliśmy pozostać niewinni. Na uboczu. Ale to nie jest możliwe w złych czasach. Dzisiaj ja pochlipuję, a Kalina mnie pociesza. Rano, jeszcze przed siódmą, wparowało dwóch mundurowych i wręczyli Jerzemu bilet. Mało nie zemdlałam. Niemal bez słów się to odbyło, tylko jeden coś bąknął o poligonie. Matko święta, właśnie teraz? Jaki poligon, gdzie? Tajemnica wojskowa. Kazali się Jurkowi szybko zbierać, żeby go odwieźć na stację. Chciał dzwonić do szkoły, zgłosić nieobecność, ale według nich wojsko już wysłało dyrektorowi zawiadomienie. Na szczęście na widok mojej miny nie robili głupich żartów. Nawet starali się pocieszyć, „proszę pani, to nie wojna, mąż wróci, ani się pani obejrzy”…
W szkole ledwo przetrwałam do końca lekcji, wciąż z Jurkiem w głowie. Nie zdążyłam mu nawet powiedzieć, że (chyba???) zostanie ojcem! Za to wypłakałam się Kalinie. Teraz ona mnie tuli i od czasu do czasu a to wycieramy nosy, a to się uśmiechamy do siebie. Dwie „wojenne” słomiane wdowy.

Sanki zaciągnęłam do piwnicy. Muszą zaczekać do przyszłego roku.

Luty, 2020.