SPOTKAJMY SIĘ W ŁUŻYCZANCE

Końcówka moich ostatnich szkolnych wakacji miała być radosnym fajerwerkiem, a tu klops. Karsten nie przyjechał na spotkanie! Strasznie mi się popsuł humor. Nie dlatego, że musiałam iść sama na fajf, w MDK-u już na mnie czekało moje fajfowe towarzystwo. W tańcu Karsten też nie był jak Fred Astaire. Przeciwnie, kiepsko mu szło. Ale te jego niebieskie oczy… Jak woda jeziora, w której odbija się niebo. No i dżinsy. Sztruksowe „Lee”. Fajnie było pokazywać się z kimś tak atrakcyjnym.
Kolejna niespodzianka była milsza. Obcy chłopak przy naszym stoliku. Bluza moro, czarny podkoszulek, spłowiałe dżinsy. I fryzura w takim nieładzie, jakby przyciął ją walec do rżnięcia sieczki. Żaden amant, a jednak…
– Mój kuzyn – przedstawił go Misiek.
– Krzysztof. – Chłopak podniósł się, gdy podawałam mu rękę. Ze cztery dołki w policzkach, które zaprezentował w uśmiechu, ogromnie dodawały mu urody.
Gdy zespół skończył wreszcie stroić gitary, Misiek poprosił mnie do tańca. Wykręcając głowę na parkiecie, widziałam, jak jego kuzyn tańczy z Jagodą.
– Jaki wydział? – dosłyszałam, gdy wrócili do stolika.
– Lekarski. – Jagoda właśnie dostała się na medycynę.
– O, niełatwo ci będzie. Trudne studia. – Krzysztof powiedział to trochę głośniej, jakby chciał, żeby go wszyscy usłyszeli.
– Skąd wiesz? – wtrąciłam się.
– Ojciec jest lekarzem i od małego wiedziałem, że też nim będę. – Znowu te dołki w policzkach! – Jestem na drugim roku.
Żeby nie myślał, że wypadłam sroce spod ogona, chciałam mu dać do zrozumienia, że też od października będę studiować. Zaczęłam coś mówić, ale chyba nie dosłyszał, bo zespół zagrał właśnie „Mother” Lennona.
– Jak ja to lubię… – westchnął. – Chodźmy. – Pociągnął mnie na parkiet, nawet nie pytając, czy chcę.
Jasne, że chciałam. Złość na Karstena i nawet jego niebieskie oczy w jednej sekundzie przestały się liczyć. W objęciach rozczochranego studenta medycyny czułam, jak wali mi serce, i pragnęłam, by ten taniec trwał bez końca.
– Coś ci pokażę – powiedział, gdy zagrali potem coś szybszego. – We Wrocławiu teraz tak tańczymy. – Zaprezentował kilka kroków.
– Jesteś z Wrocławia?
– Tak. Uważaj, teraz dwa kroki do tyłu – poinstruował mnie. – O, tak. Dobrze. – A zanim wróciliśmy do stolika, szepnął, schylając się tak, że poczułam jego oddech we włosach koło ucha: – Fantastyczny z nas duet.

*

Nim wyszliśmy z MDK-u, trzeba było przeczekać gwałtowny deszcz. Mimo że ustał tak szybko, jak niespodziewanie się pojawił, zrobiło mi się smutno, że ten wieczór zaraz minie i wrocławski kuzyn Miśka zdematerializuje się tak nagle, jak ta ulewa.
Szliśmy we trójkę, omijając kałuże.
– Krzysiu… – Chciałam mu powiedzieć, że ma najpiękniejsze imię świata, lecz zapytałam tylko:  – Wolno tak do ciebie mówić?
– To zależy, komu – roześmiał się i nagle poczułam dotyk jego palców. W lewej kieszeni, gdzie trzymałam swoją dłoń. Ścisnął ją mocno i najwyraźniej nie zamierzał puścić.
– Nieprzyzwyczajona jestem – mruknęłam, lecz nie wyszarpnęłam ręki.
Za mostem skręciłam w Dąbrowskiego. Ręka Krzysztofa w mojej kieszeni skręciła wraz ze mną. Jej właściciel rzucił tylko:
– Misiek, przeproś ciocię, że wrócę trochę później.
– Nie. – Misiek przystanął. – Będzie się niepokoiła. Zaczekam tu na ciebie. Dobranoc, Ola.
Pod moim domem Krzysztof zaczął mnie całować. Znowu nie zaprotestowałam ani jednym słowem czy gestem. W chłodny wrześniowy wieczór miałam wrażenie, że niebo z rozmazanym rogalem księżyca zaraz zwali się nam na głowę.
– Muszę iść – westchnął wreszcie. – Zobaczymy się jutro?
– Tak, jasne! – Wcale się nie kryłam z tym, jak cieszy mnie perspektywa następnego spotkania. – Może w Łużyczance? To taka kawiarnia nad Nysą, Misiek ci wytłumaczy, jak trafić.
– Świetnie. Zatem spotkajmy się w Łużyczance. O siedemnastej, dobrze? Z chęcią przyleciałbym już rano, ale ciocia zapowiedziała uroczysty obiad. Nie wypada odmawiać. A potem jeszcze chce piec pączki. Przyniosę ci ze dwa.
– Coś ty! Do kawiarni? Nie chcę żadnych pączków… Chcę ciebie. – Ale to ostanie dodałam już tylko w myślach.
Przez całą noc czułam na ustach jego pocałunki. Porządna panienka z zasadami, która dotąd Karstenowi pozwalała co najwyżej na to, by trzymał ją za rękę i przytulał w tańcu…
Jaki zresztą Karsten? Tylko Krzysztof. Już tylko on. Przyśnił mi się, gdy wreszcie nad ranem zapadłam w sen. Znowu zespół z MDK-u grał „Mother”, a on mnie przytulał.

*

– To gdzie jest ten twój chłopak? – zapytał, gdy przy kawiarnianym stoliku dopijałam swoją kawę.
Zaniemówiłam. Stać mnie było jedynie na kiwnięcie głową w stronę okna, za którym srebrzyła się graniczna rzeka, a celnik przed swoją budką legitymował przechodzących na drugą stronę mostu.
– Niemiec? – Bardziej stwierdził, niż zapytał. Pewnie już coś wiedział od Miśka.
– Co z tego? Znam niemiecki. – Odzyskałam wreszcie głos.
Bawił się papierową serwetką. Nie podnosząc głowy, spytał tylko:
–  Z Guben? Jak ma na imię?
– Z Eisenhüttenstadt. Poznaliśmy się na początku wakacji. Czasem tu przyjeżdżał na motocyklu… Karsten. Mówiłam na niego Tyczka, bo taki wysoki i chudy. Bohnenstange. A on na mnie Bohnchen. Fasolka. Bo mu sięgam głową ledwie do ramienia. To znaczy sięgałam… – Wyrzucałam z siebie masę słów, w nadziei, że on mi przerwie, coś powie, lecz wciąż milczał.
– To już nieaktualne! Słyszysz? – Podniosłam w końcu głos, aż odwrócili się w moją stronę siedzący przy innych stolikach.
Spojrzał mi w oczy. Nareszcie!
– Od kiedy? – spytał.
– Od wczoraj.
– O, ciekawe. To całkiem jak ja – mruknął.
– Co jak ty? – Nie zrozumiałam, lecz po chwili ostra szpila wbiła mi się w serce.
– U mnie też nieaktualne. Od przedwczoraj. Chodziłem z nią dwa lata, a teraz widzę, jaka to była nędza.
Powinno się we mnie zapalić światełko alarmowe. Przecież nie można tak mówić o swojej byłej, w dodatku po tak długiej znajomości! Ale nic mi się nie zapaliło. Byłam zakochana.
List od niego przyszedł dopiero po tygodniu. Już z niepokoju każdego wieczoru chlipałam w poduszkę, a na ulicy, niczym bohaterka wiersza Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, traciłam wszelką powagę, czyhając w bramie na listonosza. Wreszcie się doczekałam. Na kopercie wrocławski adres z ulicą Wojciecha z Brudzewa, a w środku najprawdziwszy list miłosny. Przez całe życie o takim marzyłam! Też napisałam podobny. Dotychczasowe łzy zmieniły się w cowieczorną modlitwę przed snem, w której jak na filmie przewijały się, kadr za kadrem, wszystkie chwile spędzone z Krzysztofem.
Ale nie napisał do mnie nigdy więcej.

*

Wracaliśmy z Haliną autostopem znad morza. Kłóciliśmy się już przed wyjazdem, a teraz doszło nieomal do rękoczynów. Aż kierowca, który nas zabrał,  po wjeździe do Zielonej Góry zatrzymał samochód zaraz za wiaduktem, blisko dworca PKP.
– Uspokójcie się albo wynocha – zagroził.
– Ty się wynoś. Ja jadę dalej – rzuciła mi nadąsana.
Bez słowa zabrałem plecak i wysiadłem. Gdy w dworcowym bufecie jadłem bigos, zapowiedziano odjazd pociągu do Gubina. W jednej sekundzie przestawiłem plan dalszej podróży na tory rodzinne. W Gubinie mieszkał mój kuzyn, w jego domu bywałem jako dziecko, już niewiele pamiętałem, pora odnowić kontakty. Zdążyłem kupić bilet i wskoczyć do ostatniego wagonu.
Ciotka i wujek przyjęli mnie po królewsku, a Misiek następnego dnia zabrał na spacer. Powłóczyliśmy się trochę po mieście. Resztki jego dawnej świetności sprawiały przygnębiające wrażenie. W samym sercu miasta, obok ruin ratusza i fary, niczym wciąż  niezabliźnione powojenne rany przecinały się na ukos ścieżki, wydeptane przez przechodniów pośród rozległych trawników. To już moja rodzinna Oława wyglądała ciut lepiej. Ale nie mówiłem tego głośno, by nie urazić kuzyna.
Zatrzymaliśmy się na  chwilę w jednym z pawilonów pod resztką zabytkowych murów obronnych (Misiek mówił na to „Żółte dachy”), wypiliśmy tam po piwku, humor mi się nieco poprawił. A potem poszliśmy do domu kultury na zabawę. I poznałem tę dziewczynę z włosami koloru wrześniowych kasztanów i nosem całym w piegach… Olkę Fasolkę.

*

Tylko ojciec-lekarz się zgadzał w tym całym obrazku, jaki jej sprzedałem. Wrocław niezupełnie był prawdą. Zataiłem, że mieszkam tam w akademiku, a nie na stałe. Drugi rok medycyny też szybko stał się bajerem, gdy po niezaliczeniu pierwszego w październiku skreślili mnie z listy studentów.
Sam nie wiem, czemu tak okłamałem tę dziewczynę. Nie przewidziałem, że się zakocham. Nie odważyłem się przyznać w pierwszym liście, zamierzałem w następnym, ale… Zaczął się rok akademicki i zjawiła się Halina. Znowu piękna i słodka. Jak przez całe te dwa lata, zanim zaczęliśmy się kłócić.
Ojciec załatwił mi zwolnienie lekarskie, by mnie uchronić od wojska. Miał nadzieję, że uda się powrót syna marnotrawnego na uczelnię, zapewniałem, że znowu będzie próbował dostać się na studia. Lecz za bardzo spodobało mi się luzackie życie. Trochę waletowałem w akademiku, trochę u znajomych na mieście. U Haliny na stancji coraz rzadziej, bo znowu się kłóciliśmy.
Wreszcie mnie dorwali. W wojsku byłem sanitariuszem. Nawet niezła fucha. Dzięki niej po powrocie do Oławy zaraz po wakacjach miałem zacząć staż w stacji pogotowia ratunkowego. I wtedy jak piorun z nieba poraziło mnie gubińskie wspomnienie sprzed paru lat! Gdy szukałem jakichś potrzebnych do pracy dokumentów, niespodziewanie wpadła mi w ręce dawno zapomniana koperta w zielone kwiatuszki.
Znów po wielokroć odczytywałem słowa Olki, z powodu których skakałem kiedyś do sufitu. I z dnia na dzień rosło we mnie pragnienie, by też napisać do niej.

*

Wymyśliłem co innego. Pojechałem do Gubina. Misiek pewnie szybko się domyślił, co mnie przygnało, ale nie chciałem go podpytywać. Znowu zabrał mnie na miasto. Tym razem na piwo do Guben. Potem już sam przez wiele godzin włóczyłem się po obu stronach granicy, a cały wieczór przesiedziałem w Łużyczance. Olki nie spotkałem, lecz wciąż liczyłem na cud.
Zdarzył się następnego dnia, gdy podczas łazęgi przysiedliśmy z Miśkiem na chwilę naprzeciwko kiosku „Ruchu”, by zapalić. W oddali zamigotał mi nagle sweterek w błękitno-białe paseczki. Ten, który Olka miała na sobie, gdy się poznaliśmy.
Ale nie była sama. Obejmował ją ramieniem długowłosy brodacz. Niosła oburącz ogromny bukiet ciemnoniebieskich kwiatów. Nawet znałem ich nazwę, babcia miała takie co lato w ogródku. Ostróżki. Nie miałem odwagi spytać Miśka, czy to może ten Niemiec, o którym mi mówiła, przecież musiał wiedzieć, Gubin to małe miasto…
Byli już blisko. Słyszałem jej śmiech. Gorączkowo rozważałem, co zrobić. Wstać, przywitać się z nią. Udać, że jej nie zauważyłem. Czy uciec? Ale nie mogłem już oderwać wzroku od tego sweterka. Od jej rozwianych rudych włosów. Od tych ostróżek.
Przystanęli na moment. Brodacz wziął od niej bukiet, a Olka wolną ręką zaczęła zapinać sweter pod szyją.
Wtedy zobaczyłem. Na jej palcu błyszczała obrączka. Chłopak, który podał jej kwiaty, miał na ręce taką samą.

/2019/

Skomentuj

Proszę zalogować się jedną z tych metod aby dodawać swoje komentarze:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Ta witryna wykorzystuje usługę Akismet aby zredukować ilość spamu. Dowiedz się w jaki sposób dane w twoich komentarzach są przetwarzane.